18 kwietnia 2010

Wywiad z Marcinem Koszałką

Filmowiec z drugiego planu

"Suplement", Nr 5/2009

Operator, reżyser, dokumentalista i scenarzysta. Absolwent i wykładowca Wydziału Radia i Telewizji UŚ. Zdobywca wielu nagród, w tym na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za zdjęcia do filmu „Pręgi” i polskiego kandydata do Oskara – „Rewersu”.


Marcin Koszałka i Magdalena Piekorz na planie filmu "Pręgi"

Fot. materiały promocyjne

Gdyby miał pan nakręcić film ze swoim mistrzem, to kto by to był?

Numer jeden jako człowiek i jako artysta to dla mnie prof. Bogdan Dziworski, wykładowca na naszym wydziale. Być może za dwa lata zrobimy razem film w Gruzji.

Czy to prawda, że przygodę z kinem zaczął pan jako nocny stróż w kinie?

Tak. W latach 90. pracowałem w krakowskim kinie „Kijów”, a potem w nieistniejącym już kinie „Wanda”.

Jak wpłynęły na pana studia w Uniwersytecie Śląskim?

Zdobyłem zawód, który jest moją pasją. Celowo nie wybrałem szkoły łódzkiej. Chciałem być w szkole, która w tamtych czasach była na uboczu i w której połowa roku nie będzie dziećmi znanych ludzi. Teraz nasi studenci zdobywają coraz więcej nagród i mówi się nawet, że nasza szkoła jest lepsza. Jedyny zarzut, jaki mam, to działanie w ramach struktury uniwersytetu. Dostajemy podobne pieniądze jak biologia czy geografia, a Łódź zawsze miała dofinansowanie z Ministerstwa Kultury. Mamy świetnych wykładowców, ale kiepski sprzęt. Może miasto powinno pomóc?

Rozmawiamy przed kinową premierą „Rewersu” Borysa Lankosza. Jak wyglądała praca na planie?

Borys dał mi dużo swobody. Mamy do siebie zaufanie. Zrobiliśmy czarno-białe zdjęcia, które są dzisiaj rzadkie. Film opowiada historię z lat 50-tych, ale mimo scenografii i kostiumów zdjęcia nie są stylizowane na tamte lata, tylko mają rys nowoczesny. Tak samo muzyka. I to
jest w tym filmie najciekawsze

Pana zawód jest trochę niewdzięczny, bo widzowie rzadko zwracają uwagę na to, kto zrobił zdjęcia do filmu.

Nawet polscy krytycy rzadko coś piszą. Pewnie dlatego powstał Festiwal Camerimage, żeby operatorzy byli bardziej doceniani. Jesteśmy ludźmi drugiego planu i nie jestem zły, że przeciętny widz nie zauważa mojej pracy, bo zauważają ją fachowcy.

Jest pan autorem zdjęć do amerykańskiej produkcji „House” z 2007 roku. Jaka była tam różnica w podejściu do pracy operatora?

To była ciekawa przygoda, bo trzeba było zrobić dużo efekciarskich ujęć. Metoda pracy była amerykańska. Reżyser decydował o wszystkim, chociaż liczył się z moim zdaniem. Amerykanie wykonują plan i nie ma za bardzo możliwości, żeby improwizować, a to często mnie się nie podoba. W Polsce operator jest ważny, ale na Zachodzie już nie.

W pana dokumencie „Istnienie” aktor Jerzy Nowak przygotowuje się na śmierć. Pojawiły się głosy, że to manipulacja, a aktor wystąpił tam dla sławy. Czy nie boi się pan subiektywizmu i kreacji w dokumencie?


Nie przyjmuję tych zarzutów, bo to są rozważania teoretyczne. Czysty dokument nie istnieje. Żaden dokument nie jest prawdą. Nawet „Muzykanci” Karabasza, którzy uznawani są za czysty obserwacyjny dokument, są kreacją. Ci tramwajarze, którzy grali w orkiestrze, wiedzieli, że stoi kamera.

Dokumenty kręci pan, żeby oswoić swój lęk przed śmiercią. Udaje się?


Tego nie można zrobić. Moją rolą nie jest rozprawianie się z własnymi lękami, tylko sprawa społeczna, żeby widz zastanowił się nad pewnymi rzeczami. Podejrzewam, że gdybym nie miał tego lęku, to nie potrafiłbym robić filmów.

BK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz