26 grudnia 2012

Występ na łące. Łąki Łan w Mega Clubie

www.suplement.us.edu.pl, grudzień 2012

Pewnego razu pod liściem jełopianu spotkało się sześciu niezwykłych smakoszy pyłku i nektaru kwiatowego... Poń Kolny, Niesforny Bonk, Zając Cokictokloc, Jeżus Marian, MegaMotyl oraz mały skrzat imieniem Paprodziad”. Tak rozpoczyna się historia funkowej grupy Łąki Łan. 16 grudnia warszawski zespół wystąpił w Mega Clubie.


Łąki Łan w Mega Clubie

fot. KM

Wydali jak dotąd trzy płyty : „Łąki Łan” (2005), „Łąkiłanda” (2009) i „Armanda” (2012). Tę ostatnią promowali na koncercie. „Materiał został nagrany, w większości, »na setkę« – reklamuje płytę wydawca – w legendarnym vintage'owym studiu z lat 70., które mieści się w polskich górach. Zespół podkreśla tym samym swój live'owy klimat oraz spontaniczność procesu tworzenia”. Podczas koncertów muzycy przebrani są za zwierzęta.

Poza nowymi utworami w katowickim klubie publiczność bawiła się m.in. przy piosenkach „Bzyk”, „Galeon”, „Propaganda” i „Selawi”. – Bardziej podobał nam się koncert w ubiegłym roku w Zabrzu albo w tym roku w Tarnowskich Górach, ale i tak było w porządku – mówiły jedne z uczestniczek.

(...) będziemy robić bezbolesne zastrzyki dobrej energii oraz wyzwalać z Was jej pokłady – zapraszali na koncerty muzycy zespołu – skrzętnie magazynowane i zapieczętowane wspomnieniami najwspanialszych chwil Waszego życia. Będziemy tam gdzie możemy być, a tam gdzie nas nie będzie, będzie nasza muzyka. Bądźcie z nami i przeżywajcie to na co musicie sobie pozwolić. Kożeńcie się!”.

BK

22 grudnia 2012

Mysłowickie święta. Minister Elżbieta Bieńkowska

myslowice.twojemiasto.info, 22 grudnia 2012

Przed Bożym Narodzeniem serwis Twoje Miasto zapytał osoby z Mysłowic, jak spędzają ten czas. Dzisiaj o swoich świętach mówi minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska.


Elżbieta Bieńkowska

fot. MRR, ilustr. KM

Jak pani minister spędza Boże Narodzenie?

Tradycyjnie, w gronie rodzinnym.

Jakie tradycje zachowały się w pani domu?

Wspólne ubieranie choinki, a także śpiewanie kolęd. Tradycyjne są również potrawy oraz dodatkowe nakrycie na wigilijnym stole.

Jakie potrawy pojawią się na wigilijnym stole?

Zupa grzybowa i jak w większości domów, karp. Szczególnie lubię barszcz z uszkami.

Wybrała już pani prezenty dla najbliższych?

Oczywiście. Więcej nie mogę jednak zdradzić, by nie zepsuć niespodzianki.

BK

18 grudnia 2012

Motyl z Mysłowic

myslowice.twojemiasto.info, 18 grudnia 2012

Holly Blue to nie tylko gatunek motyla, to Sonia Kopeć i Emil Blant. W kwietniu ukazał się ich pierwszy singiel „Tic-Tac Sound”. W listopadzie w internacie pojawiła się do kupienia ich debiutancka płyta „First Flight” („Pierwszy lot”). Do sklepów trafi 14 stycznia. – Nagraliśmy płytę dla ludzi. Nie popową, nie alternatywną – mówią muzycy.


Sonia Kopeć

fot. archiwum Holly Blue

Wczoraj, 15 grudnia, graliście w zabrzańskiej kopalni Guido. Jak to jest grać pod ziemią?

Emil: Dobrze to wyglądało. Miejsce jest super. Było trochę ludzi. Nam się podobało.

Sonia: Świetne miejsce. Akustyka jest tam genialna! Dla muzyka są tam najlepsze, sterylne warunki. To były targi kultury organizowane rzez naszego wydawcę, Marcina Babko i jego wydawnictwo Falami. Przyjeżdżali tam ludzie, żeby wystawić swoje prace, projekty. Oprawą muzyczną były zespoły, które wydaje Marcin.

Emil ma 29 lat, Sonia 18. 10 lat temu Emil grał w grupie Motyw, a ty jeździłaś na konkursy, śpiewałaś, przywoziłaś do domu nagrody. W domu grałaś na pianinie. Do twojego rodzeństwa przychodzili znajomi i mówili: „Soniu, zagraj coś!”. Mniej więcej wtedy się poznaliście. W jaki sposób?

Emil: Przez Kasię, moją dziewczynę i siostrę Soni.

W ubiegłym roku Sonia nagrała swoje piosenki i przesłała ci przez internet. Ten materiał nie pozwalał ci spać po nocach. Tak powstał Holly Blue.

Emil: Tak było. To były bardzo dobre piosenki, na poziomie. Z językiem i akcentem Soni śmiało można to puszczać w świat. Stwierdziłem, że ma to potencjał i dobrze spróbować iść w tym kierunku. Nie interesuje mnie tylko muzyka rockowa. Mam bardzo szerokie zainteresowania. Był to sposób, żeby iść w inną stronę, bardziej kreatywnie.

Nie zawsze występujecie w dwie osoby. Jak to wygląda?

Sonia: Gramy głównie w małym składzie, we dwójkę albo we trójkę, z basem. Mamy w planie dołączyć to tego perkusję, żeby stworzyła się prawdziwa sekcja rytmiczna. Gramy też duże koncerty, ale dopiero w sezonie, czyli na wiosnę, na plenerach. Wtedy gramy zazwyczaj w piątkę.

Emil: Płytę nagraliśmy sami, wymieniając się pomysłami, plikami, głównie przez komputery. Nie robiliśmy prób. Teraz, kiedy chcemy to zagrać na żywo, szukamy różnych rozwiązań.

Wasz wydawca, Marcin Babko, jako dziennikarz muzyczny, już długo siedzi w środowisku. Ponad 10 lat. To na pewno wam pomaga.

Emil: Tak, tworzymy z Marcinem bardzo zgrany duet, a raczej trio. Każdy ma swoje obowiązki i zadania, co sprawia, że praca staje się o wiele wydajniejsza i przynosi wymierne korzyści.

Śpiewasz po angielsku. Myślałaś o śpiewaniu w języku polskim?

Sonia: Tak. Dużo ludzi na mnie naciska, żeby pisać piosenki po polsku. Mamy już kilka takich pomysłów na nową płytę albo między płytami. Podczas koncertów powstaje bariera językowa między nadawcą a odbiorcą. Ludzie bardziej skupiają się na muzyce, co z jednej strony jest dobre, ale tekst nie za bardzo do ludzi dociera. Cały czas myślimy nad tym, żeby zrobić coś po polsku, ale nie jest to łatwe. Nasza muzyka jest dźwięczna, a język polski jest trudny do śpiewania i ma dużo szeleszczących głosek. Jest to wyzwanie.

Jesteś też autorką teksów.

Sonia: Tak. Na płycie jest tylko jeden cover, grupy The Connells, „'74-'75”, a reszta to nasze autorskie projekty.

Pisanie przychodzi ci łatwo?

Sonia: To ewolucja. Wpada mi do głowy pomysł, siadam, piszę i nie myślę o tym, że piszę. Dopiero później do tego wracam, robię poprawki, językowe, stylistyczne. Piszę do muzyki. Niektórzy najpierw piszą tekst. Ja inspiruję się muzyką.

Emil na co dzień pracuje w sklepie muzycznym, a ty uczysz się jeszcze w szkole. Jeździcie po Polsce, gracie koncerty – ostatnio jako support Belgijki Selah Sue. Udzielacie wywiadów, pojawiacie się w radiu, telewizji, nagrywacie piosenki, teledyski, macie próby. Jak godzisz to z nauką w Sosnowcu?

Sonia: Niedawno znajomi napisali mi na Facebooku: „Droga Soniu! Ostatnio częściej widujemy Cię na YouTubie i w telewizji, słyszymy w radiu. Wróć do szkoły! Pozdrawiamy”. Tak to ostatnio wygląda. Wszystko jest w tygodniu i jesteśmy w rozjazdach. Pięć dni siedzieliśmy w stolicy. Promowaliśmy płytę. Zagraliśmy dwa koncerty na Europejskich Targach Muzycznych, gdzie wypatrzył nas Jurek Owsiak, któremu nasza płyta bardzo się spodobała. Odwiedziliśmy program "Dzień Dobry TVN", radio Roxy FM i wiele innych. Ciężki tydzień. Siedzeniem nie można tego nazwać, bo była kupa roboty. Emil stwierdził, że przez ten weekend w Warszawie zrobiliśmy więcej niż zrobił we wszystkich swoich zespołach przez cały rok. Nie napotykam na problemy w szkole. Dla nich to też jest korzyść, bo powoli roznosi się wieść, że jakaś dziewczyna ze liceum Staszica śpiewa. To dobrze dla szkoły.

Jakie masz plany po zakończeniu edukacji w tej szkole?

Sonia: Myślę, żeby uderzyć w Kraków, na Uniwersytet Jagielloński, na studia językowe. Jeszcze nie wiem, jaki wybrać język.

Emilu, co z twoimi innymi zespołami, Gutierez i The Marians?

Emil: Gutierez odszedł w zapomnienie. Koledzy z tego zespołu zajmują się innymi rzeczami. Działający obecnie zespół Milcz Serce to praktycznie skład Gutierez. The Marians odłożyłem na boczny tor. Czasowo jest to niewykonalne. Gdybyśmy mogli żyć z muzyki, to wyglądało by to inaczej.

10 lat różnicy wieku. Dobrze się dogadujecie?

Sonia: Myślę, że tak.

Emil: Sonia nigdy nie grała w zespole, w garażu, a ja na początku miałem taki etap i szereg problemów, przez które przechodzi zespół. Z Sonią jest inaczej. Brała udział w konkursach, a teraz nagraliśmy płytę i gramy już duże koncerty. To dwie różne drogi. Jest między nami różnica wieku, ale uzupełniamy się. Mam doświadczenie, a Sonia napędza mnie młodzieńczą energią. Czasami są zgrzyty. Sonia chciałaby tak, a ja chciałbym inaczej, ale na tym polega zespół. Trzeba wypracować kompromis. Jest łatwiej, bo pracujemy w dwójkę.

Sonia: Kiedy w zespole jest więcej osób, to samo zrobienie próby może być problemem.

Emil: W zespołach może być pięć osób. Wtedy jest pięć osobowości i każdy chce czegoś innego, a my się dogadujemy, jak w małżeństwie.

BK

Street art z perlikiem i żelazkiem

myslowice.twojemiasto.info, 7 grudnia 2012

Mieszkańcy miasta widzą je na murze, przejeżdżając pociągiem obok kopalni Mysłowice. Widzą je przy rynku, wchodząc do pubu Wiking. To prace Razpazjana.


Mural Raspazjna na ogrodzeniu KWK Mysłowice

fot. BK

Za początek street artu, sztuki ulicy, można uznać lata 80. Na stacjach metra w Nowym Jorku Keith Haring tworzył tam wtedy jedne z pierwszych graffiti – rysował kredą na tablicach ogłoszeń. Poza graffiti, które zwykle tworzone jest farbą w sprayu, zjawisko obejmuje m.in. duże malowidła ścienne – murale, które mogą być połączeniem wielu technik – oraz naklejki i instalacje. Obecnie jednym z najbardziej znanych streetartowców jest anonimowy Brytyjczyk Banksy, autor m.in. malowanych na ścianach szczurów.

Sztuka ulicy prezentowana jest dzisiaj na festiwalach. Jeden z nich dwukrotnie zorganizowany został przez Instytucję „Miasto Ogrodów” w Katowicach, w 2011 i 2012 r. Organizatorzy chcą zmieniać miasto i przyzwyczaić ludzi do tego, że dobrą sztukę mogą zobaczyć nie tylko w galerii.

Jednym z uczestników katowickiego wydarzenia był Raspazjan (Spaz). Artysta nie chce, aby nazywano go streetartowcem. Uważa się za malarza. Lubi bawić się formą. Na jego muralach często pojawiają się śląskie symbole. Zaczął je wykorzystywać, odkąd wciągnęły go książki o regionie. W Mysłowicach widzimy więc perlik i żelazko – górnicze godło.

– Praca na zabudowaniach kopalni powstała w ramach projektu Kraków-Berlin-XPRS, organizowanego przez Dom Norymberski w Krakowie – mówi Raspazjan. Projekt miał na celu ingerencję w przestrzeń miejską na trasie pociągu łączącego Kraków z Berlinem, siedziby teatrów Starego w Polsce i Maxima Gorky'ego w Niemczech – Natomiast jeśli chodzi o Wiking, zwyczajnie zaprosił mnie właściciel, żebym ozdobił salkę – dodaje Raspazjan.

Prace pochodzącego z Mikołowa artysty często pojawiają się w towarzystwie murali Mony Tusz – jak w Mysłowicach – i Magdaleny Drobczyk.

BK

Negatyw nie znika

myslowice.twojemiasto.info, 18 grudnia 2012

O wizycie w Wielkiej Brytanii, dziesięcioleciu istnienia zespołu, koncertowym DVD i nowej płycie mówi Mietall Waluś, wokalista mysłowickiej grupy.


Mietall Waluś

fot. archiwum Negatywu

Wasza jesienna trasa koncertowa dobiegła końca. Po raz pierwszy byliście w Manchesterze.

Mietall Waluś: W tamtym roku byliśmy w Londynie. Byłem bardzo ciekawy Manchesteru, ponieważ stamtąd pochodzą takie zespoły jak Oasis czy Elbow, a jestem ich fanem. Pojechaliśmy tam samochodem. W jedną stronę podróż trwała 27 godzin, w tym 2 godziny płynęliśmy promem. Lubię takie przygody. Zagraliśmy tam dwa koncerty w małych, klimatycznych klubach. Było bardzo fajnie. Zwiedzaliśmy miasto. Byliśmy m.in. na stadionie Manchesteru United. Łukasz i Marcel, perkusista i manager, są fanami piłki nożnej, więc nie mogliśmy ominąć takiej okazji. Zwiedziliśmy też kilka muzeów.

W tym roku minęło 10 lat od wydania waszej debiutanckiej płyty „Paczatarez”. Mógłbyś wskazać jedno wydarzenie z każdego roku istnienia zespołu, które było dla grupy najważniejsze?

Trudno powiedzieć. Myślę, że najważniejszym momentem w naszym zespole było podpisanie kontraktu fonograficznego i nagranie płyty dla dużego koncernu płytowego. Wielkim przeżyciem było też usłyszeć w ogólnopolskim radiu naszego pierwszego singla „Amsterdam”. W tym samym roku zaprosili nas też na festiwal Top Trendy. Nie zapomnę też najdłuższej klubowej trasy koncertowej, którą zagraliśmy. To było mordercze przeżycie, bo w 75 dni zagraliśmy 52 koncerty. MTV i Viva zaczęły puszczać nasze teledyski, był to też ważny moment dla zespołu. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Teraz minęła pierwsza dekada zespołu, rynek muzyczny się bardzo zmienił. Kończymy miksować naszą nową płytę i walczymy dalej.

7 stycznia ukaże się wasze koncertowe DVD, wydane z okazji jubileuszu istnienia Negatywu. Pod koniec listopada miała miejsce premiera singla „Znikam”. Do piosenki nakręcony został teledysk. To krok do nowej płyty?

Piosenka „Znikam” promuje DVD. Ukaże się na nim koncert z Teatru Śląskiego, teledyski oraz „making of”, który pokazuje od zaplecza, jak te wydarzenie powstawało. Będą też wywiady m.in. z Muńkiem Staszczykiem, Kasią Nosowską, Olafem Deriglasoffem i Maćkiem Cieślakiem. Koncert ten można już zamówić przedpremierowo na stronie www.live10.pl.

W przerwie między koncertami jesteś w studiu w Warszawie. Nad czym pracujesz?

Lenny Valentino zakończyło swoją działalność, w Penny Lane już nie gram. Lubię się angażować w inne projekty. Dostałem propozycję wyprodukowania płyty zespołu, który dopiero zaczyna swoją karierę. Zadzwoniłem do producenta Leszka Kamińskiego, wynajęliśmy studio S4 i tam pracowaliśmy nad debiutancką płytą. Jest jeszcze za wcześnie, aby zdradzać nazwę zespołu i szczegóły z nim związane. Mogę tylko powiedzieć, że nie będę w składzie koncertowym.

Powiedziałeś, że Negatyw kończy miksować nową płytę. Kto jest jej producentem i kiedy premiera?

Nową płytę, która wyjdzie wiosną przyszłego roku, nagraliśmy z Marcinem Borsem we Wrocławiu. Znajdzie się na niej 10 premierowych piosenek, a w jednej zaśpiewa z nami gość. Myślę, że tych, którzy nas dobrze znają, bardzo zaskoczymy. Na razie mogę tylko zdradzić, że będzie to kobieta.

BK

25 listopada 2012

Ścieżka Lao Che

www.suplement.us.edu.pl, listopad 2012

– Alarm! Mamy dżumę! Na moich oczach zombi żuł człowieka gumę – śpiewał Spięty. 16 listopada w katowickim Mega Clubie zespół Lao Che promował wydany w październiku album „Soundtrack”.


Lao Che w Mega Clubie

fot. KM

Producentem piątej płyty założonej w 1999 roku rockowej grupy jest Eddie Stevens. Brytyjski muzyk i producent współpracował jak dotąd m.in. z zespołem Moloko, duetem Zero 7 i piosenkarką Roisin Murphy.

Jak przyznają członkowie płockiej grupy do nagrania płyty zainspirowały ich klasyczne albumy z muzyką filmową. Nowy album ma być autorską ścieżką dźwiękową. Na podstawie albumu miał zostać nakręcony film. Do tej pory pomysł nie został jednak zrealizowany.

Koncert grupy poprzedził występ duetu UL/KR. Lao Che wystąpił w składzie Rafał „Żubr” Borycki – gitara basowa, Mariusz „Denat” Denst – sampler, Hubert „Spięty” Dobaczewski – śpiew, gitara elektryczna, Maciek „Trocki” Dzierżanowski – instrumenty perkusyjne, Michał „Dimon” Jastrzębski – perkusja i Filip „Wieża” Różański – klawisze.

Muzycy wykonali utwory z wcześniejszych płyt, m.in. „Astrolog” (album „Gusła” 2002), „Czarne kowboje” („Gospel” 2008) i „Urodziła mnie ciotka” („Prąd stały / Prąd zmienny” 2010).

Z nominowanego do Fryderyka 2005 albumu „Powstanie Warszawskie” uczestnicy koncertu usłyszeli „Stare Miasto”. Za zasługi na rzecz popularyzacji i upamiętniania powstania 30 lipca członkowie zespołu odznaczeni zostali przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Publiczność bawiła się też przy piosenkach z nowego krążka, m.in. „Jestem psem”, „Dym”, „Już jutro” czy singlowej „Zombi!”.

– Byłam na wielu ich koncertach, ale nie wiem, czy ten nie był najlepszy. Nowa płyta przypomina mi dwie poprzednie, ale i tak mi się podoba, zwłaszcza teksty – mówiła jedna z uczestniczek. – Bardzo mi się podobają, są różnorodni – dodał jej kolega.

Występ zamknęła wykonana na bis piosenka „Kiedy byłem małym chłopcem” grupy Breakout.

BK

20 listopada 2012

Robodrom na pół wieku piosenki studenckiej

"Suplement", nr 3/2012

13 października werdyktem jury 48. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie I nagrodę otrzymał wykonujący muzykę elektroniczną zespół Robodrom. Na odbywającym się od 50 lat festiwalu karierę rozpoczynali m.in. Ewa Demarczyk, Marek Grechuta i Grzegorz Turnau. Rozmowa z członkiem zwycięskiej grupy.


Robodrom. Tomasz Robaczewski pierwszy z prawej

fot. materiały organizatora

Jesteście studentami?

Tomasz Robaczewski: I tak i nie. 2/6 zespołu jeszcze studiuje, ja się broniłem w tym roku, ale legitymację noszę na pamiątkę, choć i tak ulgi już nie mam. Pozostała część zespołu cieszy się tytułami magistra już chyba od 3 lat, ale nadal dokładnie studiuje życie.

Kto z waszej dwójki, Tomasz Robaczewski i Grzegorz Drojewski, wpadł na pomysł, żeby przyjechać z Warszawy i wziąć udział w festiwalu?

Nikt. Traf chciał, że Roman Kołakowski [członek jury – red.], który był kiedyś na naszym koncercie w Warszawie, zobaczył ostatnio nasz występ w telewizji i zaproponował nam udział w konkursie. Nie zastanawialiśmy się długo i spakowaliśmy instrumenty do bagażnika.

Mówicie, że „duet powstał na fali tęsknoty za harmonijnym współgraniem struktur, gdzie muzyka, słowo i ruch sceniczny budują spójną i, przede wszystkim, skuteczną wypowiedź”. Jak zrodziła się ta tęsknota?

Tutaj chodzi o myślenie o piosence jako o całości. Żaden z nas, chyba oprócz Maćka, saksofonisty, nie jest wirtuozem. Nie śpiewamy rewelacyjnie czysto i nie ruszamy się na scenie jak baletnice. Jednak, kiedy każdy da coś od siebie, dokładnie tyle, ile potrzeba, to nagle okazuje się, że całość fajnie gra. I ta całość jest właśnie istotna.

Staracie się o nagranie płyty?

Nagraliśmy już całkiem fajne demo, które krąży sobie w nieoficjalnym obiegu, ale to było jeszcze za czasów, kiedy graliśmy tylko we dwóch i z ograniczoną liczbą instrumentów. Teraz mamy dość bogaty skład – trąbka, saksofon, klawisze, loopy na żywo, gitara, czasem nawet piła akustyczna. Chcielibyśmy nagrać cały materiał na nowo, w nowszej aranżacji. Dopiszemy trochę materiału, przearanżujemy stare kawałki i spróbujemy z tym jakoś zadziałać dalej.

Wiecie już, jak wykorzystacie nagrodę, legendę festiwalu i 10 tys. zł?

Już sam fakt, że spotkało nas takie wyróżnienie, to dosyć sporo. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że to, co robimy, jest w jakiś sposób fajne i warto robić to dalej. To daje potężnego kopa. Jest to dla nas znak, że jesteśmy na dobrej drodze. Oczywiście to dopiero początek tej drogi, ale ogromna zachęta jest.

Co do kasy, to podzieliliśmy ją równo na sześć części. Ja kupiłem sobie struny i metronom. Co reszta chłopaków zrobiła ze swoją częścią, to już ich tajemnica.

Nagrań zespołu można posłuchać pod adresem http://robodrom.pl.

BK

Od ziarna do kwiatu, czyli jak rośnie nam UŚ

"Suplement", nr 3/2012

Uniwersytet Śląski przy współpracy z Uniwersytetem Ekonomicznym otworzył nową bibliotekę. Powstał też nowy ośrodek badań i studiów. Od kilku lat w planach jest nowy budynek Wydziału Radia i Telewizji oraz kampus akademicki w centrum Katowic. Plany te nie zostały jak dotąd zrealizowane. Co dobrego wyniknie z tych pomysłów dla studentów?


CINiBA

fot. CINiBA

Od 12 października na terenie dawnego lodowiska Torkat przy ul. Bankowej 11a w Katowicach działa Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka. Wspólny obiekt UŚ i Uniwersytetu Ekonomicznego ma spełniać standardy biblioteki XXI w., ma m.in. udostępniać informacje niezbędne do realizacji programów studiów oraz zwiększyć role uczelni w międzynarodowych relacjach naukowych. CINiBA to jedyna w regionie biblioteka hybrydowa, udostępniająca jednocześnie materiały drukowane i elektroniczne. W pierwszym okresie działalności gromadzi ok. 800 tys. książek.

– Studenci otrzymali najnowocześniejszą bibliotekę akademicką w kraju, gdzie korzystanie z księgozbioru jest bardzo wygodne – mówi Jacek Szymik-Kozaczko, rzecznik UŚ.

Starania o pozyskanie terenu dawnego lodowiska pod budowę nowego budynku podjął w 1995 r. ówczesny rektor UŚ prof. Maksymilian Pazdan. Prace budowlane rozpoczęły się 14 lat później. Budowę oraz wyposażenie sfinansowano głównie ze środków Unii Europejskiej.

Budynek według projektu pracowni HS99 Dariusz Herman i Piotr Śmierzewski zdobył już kilka nagród architektonicznych. Otrzymał m.in. nagrodę Obiekt Roku 2011 oraz wyróżnienie Grand Prix w 17. edycji konkursu na Architekturę Roku Województwa Śląskiego, organizowanego przez katowicki odział Stowarzyszenia Architektów Polskich.

Badania bez zakłóceń

10 dni przed otwarciem „hybrydy książki i elektroniki” odbyła się uniwersytecka inauguracja nowego roku akademickiego. Miała miejsce przy ul. 75 Pułku Piechoty 1 w Chorzowie, w Śląskim Międzyuczelnianym Centrum Edukacji i Badań Interdyscyplinarnych.

Budowa SMCEBI, na terenie przeznaczonym na Chorzowski Kampus UŚ, rozpoczęła się w 2010 r. Powstanie budynku, którego głównym projektantem jest prof. Jerzy Gurawski, również sfinansowane zostało w większości z funduszy europejskich.

– Uniwersytet Śląski pod koniec ubiegłego wieku otrzymał teren ok. 20 hektarów, przepiękny park, po likwidacji jednostki wojskowej – mówi prof. Alicja Ratuszna, dziekan Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii. – Położenie tego terenu, na którym brak zakłóceń mechanicznych i elektromagnetycznych sprawił, że uznaliśmy, iż można by tam zbudować kampus nauk ścisłych, z nowoczesnymi pracowniami naukowymi. „My” to grupa fizyków, chemików z Instytutu Fizyki, Instytutu Chemii i pracowników z Instytutu Nauki o Materiałach, a ojcem chrzestnym całego przedsięwzięcia jest prof. Jerzy Zioło.

– W Centrum realizowane będą kierunki i specjalności doświadczalne, które wymagają odpowiednich warunków do prowadzenia eksperymentów, zapewniających pracę precyzyjnej aparatury, minimalne zakłócenia mechaniczne i elektromagnetyczne – mówi prof. Jerzy Zioło, były dyrektor SMCEBI.

Studenci będą kształcili się w Centrum na kierunkach związanych głownie z nanomateriałami, nanofizyką, biofizyką i chemią leków. – W tej chwili, kiedy Centrum jest na etapie rozruchu, studiuje tam ponad 400 studentów – mówi prof. Ratuszna. – Teraz sprowadzane są sukcesywnie różne przyrządy, zależnie jak i kiedy zakończono procedury przetargowe. Docelowo, kiedy otworzymy już wszystkie pracownie dydaktyczne, w Centrum studiować będzie ponad 1000 studentów.

– Unikatowe specjalności i kierunki autorskie, które uruchomione zostaną w Centrum, wzorowane są na programach edukacyjnych czołowych uniwersytetów najbardziej rozwiniętych krajów świata – mówi rzecznik UŚ. – Jednym z głównych celów SMCEBI jest podniesienie jakości kształcenia i wzrost liczby studentów w dziedzinach priorytetowych z punktu widzenia rozwoju gospodarki, co zostanie uzyskane dzięki ułatwieniu dostępu studentów do nowoczesnej, unikatowej aparatury laboratoryjnej skupionej w nowoczesnych, certyfikowanych laboratoriach.

Głównym gospodarzem i użytkownikiem Centrum jest UŚ. Inne uczelnie będą miały możliwość korzystania z infrastruktury SMCEBI za zgodą uniwersytetu.

3 listopada 2012

Grubsona koncertowy brzuch

www.suplement.us.edu.pl, listopad 2012

27 października raper i DJ BRK promowali w Katowicach wydany w tym roku album „Gruby brzuch”.


Grubson w Mega Clubie

fot. KM

Poza tegoroczną płytą rybnicki wykonawca Tomasz Iwańca, Grubson, nagrał do tej pory dwa krążki, „O.R.S.” (2009) i „Coś więcej niż muzyka” (2011). „Dynamite Breaks” (2006) i „Mucha nie siada” (nagrana wspólnie z Jareckim, 2010) to z kolei dotychczasowe albumy rapera z Opola Bartosza Kochanka – DJ BRK, „Brzucha” – założyciela studia nagrań Kurnik.

„Artyści na początku 2012 roku zamknęli się w Kurnik Studio i przygotowali różnorodny materiał, który dla polskiej sceny muzycznej będzie sporą dawką pozytywnej energii – reklamował nową płytę wydawca. – Połączenie dwóch charyzmatycznych osobowości scenicznych jest gwarancją, że Gruby Brzuch to również kolejny ciekawy rozdział w karierze Grubsona, którego wokal doskonale współgra z niskim głosem BRK. Do tworzenia materiału na album zostali zaproszeni tacy artyści jak Jarecki, Bu czy Jotoskleja”.

– Weszliśmy do studia i zaczęliśmy się bawić – mówił Grubson dla dwutygodnika „Detalks” – większość hiphopowców za bardzo się spina i wszystko robi na poważnie.

– Ważne, żeby mieć do tego wszystkiego dystans – mówił dla „Detalks”. – My mamy takie kawałki jak „Ostatni raz” i „Naprawimy to”, które są bardzo przemyślane, ale są też takie jak „Można?! Da się?!”. Jak wsłuchasz się w słowa tej piosenki, to ona naprawdę ma przekaz, ale tekst jest w stylu, w jakim rozmawiasz na co dzień z kumplami.

Przed gwiazdą wystąpiła grupa Heavy Mental. Podczas dwóch i pół godziny koncertu Grubsona i BRK w Mega Clubie publiczność usłyszała m.in. piosenki „Nowa fala”, „Na szczycie”, „Koniec”, „Naprawimy to”, „Słowiańskie korzenie”, cover Skrilleksa i Damiana Marleya „Make It Bun Dem” oraz piosenki z nowej płyty, „Śniadanie”, „Szansa”, „Zacieszacz” i „Można?! Da się?!” – wykonaną wśród publiczności.

Ta na koncertach Grubsona bawi się wyjątkowo. – Bardzo udany, pozytywna energia, wyjątkowo długo grali, co też jest fajne – mówił jeden z uczestników. – Bardzo dobry! Ta atmosfera... Czekam na kolejny – dodał inny.

BK

25 września 2012

Islandzkie róże w Nowej Hucie

www.suplement.us.edu.pl, wrzesień 2012

Koncerty Kronos Quartet i Sigur Rós zakończyły trwającą między 9 a 17 września jubileuszową, 10. edycję Festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie.


Kronos Quartet 16 września w Nowej Hucie

fot. KM

Impreza prezentuje muzykę XX wieku i najnowszą, łączy muzykę poważną z innymi nurtami. Do tej pory na festiwalu wystąpili m.in. Ensemble Modern, Ensemble intercontemporain, Klangforum Wien, Aphex Twin, Jónsi (Sigur Rós), Kraftwerk, Jonny Greenwood (Radiohead), Adrian Utley (Portishead), Will Gregory (Goldfrapp) i Steve Reich.

„Sześć najlepszych na świecie zespołów specjalizujących się w wykonawstwie muzyki współczesnej – reklamował festiwal jego dyrektor Filip Berkowicz – przyjęło nasze zaproszenie do zaprezentowania tego, co najlepsze i najbardziej aktualne w naszej rodzimej twórczości. Paweł Mykietyn, Agata Zubel, Marcin Stańczyk, Aleksander Nowak, Cezary Duchnowski oraz Sławomir Kupczak to dziś najgorętsze nazwiska polskiej sceny kompozytorskiej młodego i średniego pokolenia”. Ponadto muzykę Krzysztofa Pendereckiego, Witolda Lutosławskiego, Henryka Góreckiego i Wojciecha Kilara 15 września wykonał podczas koncertu „Polish Icons” Kronos Quartet. Towarzyszyli mu didżeje: reaktywowany na tę okazję duet Skalpel oraz King Cannibal, Grasscut, DJ Food i DJ Vadim.

Dwa ostatnie wydarzenia – koncerty Kronos Quartet i Sigur Rós 16 września, powtórzone następnego dnia – podobnie jak koncert „Polish Icons” miały miejsce w hali ocynowni huty ArcelorMittal Poland w Nowej Hucie. Działający od 1973 r. Kronos Quartet z San Francisco to jeden z najbardziej znanych kwartetów smyczkowych świata. Znany jest m.in. z nagrania muzyki Clinta Mansella do filmu „Requiem dla snu”. W Krakowie wykonał dwa utwory, „Death to Kosmische” kanadyjskiej kompozytor Nicole Lizée oraz „Flugufrelsarinn” („Zbawca much”) z repertuaru Sigur Rós.

Podczas dwugodzinnego koncertu Islandczyków z Sigur Rós (Róża Zwycięstwa) publiczność usłyszała głównie utwory z płyt „Ágaetis byrjun” („Dobry początek”, 1999) i „Takk...” („Dziękuję...”, 2005), m.in. „Svefn-g-englar” („Somnambulicy”), „Vidrar vel til loftárása” („Dobra pogoda na podniebny lot”) i „Glósóli” („Lśniące słońce”). Koncert obył się w ramach trasy po trzyletniej koncertowej przerwie zespołu.

Założony w 1994 r. Sigur Rós to jeden z najbardziej oryginalnych zespołów na świecie. Nastrojowy rock, charakterystyczny wysoki śpiew grającego smyczkiem na gitarze elektrycznej wokalisty Jónsiego, projekcje wideo na trzech ekranach zawieszonych nad sceną oraz przemysłowa hala krakowskiej huty dostarczyły wielu wrażeń. – Miejsce było niepowtarzalne i to był ogromny atut – mówiła jedna z uczestniczek – klimat niesamowity i dla osób, które za to płaciły, to niewątpliwie dobrze zainwestowane pieniądze.

Koncert grupy zamknął utwór „Popplagid” („Piosenka popowa”).

Występy 15 i 16 września rejestrowane były przez Program 2 Polskiego Radia. Wcześniejsze nadawane były przez radio na żywo.

BK

21 września 2012

Siła Golden Vision

www.suplement.us.edu.pl, wrzesień 2012, "Gazeta Mysłowicka", nr 15/2012

W budynku dawnej huty Uthemann 15 września katowicka galeria BIBU – tym razem we współpracy z grupami artystycznymi Transkolektyw i Not Your Party – po raz drugi zorganizowała Golden Vision Music & Art Festival.

Fair Weather Friends w hucie Uthemann

fot. KM

Festiwal organizowany jest w przemysłowych budynkach na terenie Śląska. W programie pierwszej edycji, 20 lipca, znalazły się m.in. koncerty Basa Tajpana i Slutocasters oraz wystawy artystyczne.

Druga edycja imprezy odbyła się pod hasłem „Siła Transkolektywu”. Podobnie jak poprzednio publiczność bawiła się w budynku katowickiej huty przed kilkoma scenami – eksperymentalną, alternatywną, hiphopową i elektroniczną. Wystąpiło ponad dwudziestu wykonawców. Przed wejściem dostępne było regionalne jedzenie i piwa, a na piętrze wystawy oraz stoiska z ubraniami, designem i rękodziełem.

Swoje prace wystawiała m.in. fotograf Martyna Bombik z Mysłowic. – Zdjęcia wystawiamy z Sarą Kajzerek jako S&M creative photography, tak jak nazywa się nasz fotograficzny duet, ale wygląd pomieszczeń i dźwięki tworzymy razem z Królikiem Wieprzowym, zespołem z Mysłowic, który gra bardzo ciekawą muzykę. – Na festiwalu Martyna była po raz pierwszy. – Atmosfera jest jednorazowa i bardzo mi się podoba. Nie tylko sama impreza, ale też przygotowania do niej. Czekam na kolejne edycje.

Golden Vision to całoroczny cykl imprez. Następne odbędą się 6 października w Browarze Obywatelskim w Tychach pod nazwą „Warzenie muzy” oraz 12 i 13 października w dawnej walcowni cynku Huty Metali Nieżelaznych „Szopienice” w Katowicach. W walcowni będzie miała miejsce premiera spektaklu Daniela Charmsa „Elżbieta Bam, czyli Interdyscyplinarny Kabaret Ponurego Żartu” w wykonaniu Teatru Rawa.

Jak zaprezentować swoją twórczość na festiwalu? – Wystarczy wysłać informacje na adres goldenvision.biuro@gmail.com – mówi Michał Pamuła z galerii BIBU. – Następnie organizatorzy, planując charakter imprezy, dobierają właściwych artystów. Artyści sztuk wizualnych otrzymują pełną dowolność w wymiarze aranżowania przestrzeni.

BK

3 sierpnia 2012

Sztuka na Uthemannie

www.suplement.us.edu.pl, lipiec 2012

Kilkaset osób bawiło się 21 lipca podczas Golden Vision Music & Art Festivalu w katowickiej hucie Uthemann.


Koncert Slutocasters przypominał występy legendarnego brytyjskiego Joy Division w latach 70. Być może w tym roku ukaże się pierwsze wydawnictwo śląskiej grupy

fot. KM

Festiwal odbył się w budynku dyrekcji huty, zaprojektowanym w 1910 roku. Budynek był częścią działającej od 1834 roku Huty Metali Nieżelaznych Szopienice. Podczas pożaru w listopadzie 2011 roku spłonął dach budynku i jego charakterystyczna wieża zegarowa.

– Festiwal dowiódł, jak ogromny drzemie potencjał w łączeniu różnych form sztuki: muzyki, sztuk wizualnych oraz sztuk performatywnych – mówi organizator Michał Pamuła z katowickiej galerii BIBU. – Była to wielka artystyczna podróż przez różne, uzupełniające się obszary sztuki.

Pierwsza festiwalowa scena znajdowała się przed budynkiem. Obok niej stoiska z piwem (m.in. pszeniczne, jagodowe) i jedzeniem (kanapki z krupniokiem). Druga scena, główna, znajdowała się na parterze. Wystąpili na niej m.in. Slutocasters i Bas Tajpan. Wytrwali mogli bawić się tam do rana, przy muzyce elektronicznej Dub Lovin' Criminals i Chino. W piwnicy, podobnie jak w reszcie budynku, powstało graffiti. Na piętrze znajdowały się stoiska ubraniami, designem i rękodziełem, instalacje oraz sceny: klubowa i koncertowa.

Chociaż zabrakło zapowiadanego wcześniej transportu do centrum Katowic, organizatorzy są zadowoleni. Było awangardowo. – Jest tu dużo dziwnych ludzi, ale podoba mi się – mówiła jedna z uczestniczek. – Na Śląsku to chyba najciekawsza impreza artystyczna od lat – mówiła inna.

– Projekt Golden Vision to długofalowe działanie – mówi Pamuła – mające na celu stworzenie młodym osobom warunków do rozwoju twórczego, integracji środowisk artystycznych i naukowych oraz ochrony dziedzictwa kulturowego. W ramach projektu realizowany będzie cykl wystaw artystycznych, koncertów muzycznych oraz spektakli teatralnych.

Kolejną imprezą organizowaną przez BIBU w hucie Uthemann będzie zapowiadana na 15 września Golden Vision – Siła Transkolektywu.

BK

1 sierpnia 2012

Kuba Sojka. Elektroniczne intrygi

"Gazeta Mysłowicka", nr 13/2012 

Jak mówi ludzie znają go ze stylu detroit techno. Kuba Sojka z Mysłowic (24 l.) występuje w kraju i za granicą. Jego nagrania ukazały się nakładem dwóch amerykańskich wytwórni. 28 lipca wystąpił na festiwalu Audioriver w Płocku.


Kuba Sojka

fot. Magdalena Jendyk

Mysłowice to bardziej rockowe miasto. Jak się zainteresowałeś się muzyką elektroniczną?

Interesowałem się nią najpierw w ramach hobby, później na poważnie. Kupiłem pierwszy syntezator i zacząłem pokazywać to publiczności, najpierw w internecie, później na scenie.

W 2007 roku zacząłem komponować muzykę eksperymentalną, trudniejszą do słuchania, ambient. W 2009 roku zdecydowałem, że zacznę produkować muzykę bardziej taneczną. Miałem z nią do czynienia wcześniej, ale nie miałem odpowiedniego sprzętu.

Skończyłeś szkołę muzyczną.

Pierwszego stopnia. Chodziłem do szkoły w Jaworznie, do klasy trąbki i fortepianu. Rano chodziłem do podstawówki w Mysłowicach, a popołudniami jeździłem do Jaworzna. Trafiłem na studia, na edukację artystyczną w zakresie sztuki muzycznej na wydziale Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Musiałem przerwać studia, bo dużo czasu zajmuje mi jeżdżenie po Polsce, za granicę i produkcja, ale od października chcę zacząć studia realizacji dźwięku w Warszawie.

Nawiązałeś współpracę z dwoma wytwórniami z Ameryki. Jak do tego doszło?


Już 2008 roku miałem kontakt z właścicielem wytwórni Matrix Records w Detroit, dość legendarnej w stylistyce, którą się zajmuję, czyli detroit techno, elektro techno, deep house. Wysłałem demo, ale miałem niedopracowany warsztat. Od nikogo się nie uczyłem. Podszkoliłem swoje zdolności, zacząłem czytać książki. Nagrałem nowy materiał, wysłałem, on zatwierdził.

To moment przełomowy.

Przed singlem wydanym w 2009 roku w Detroit nie miałem okazji grać. Kiedy ludzie związani z muzyką elektroniczną w Polsce dowiedzieli się, że jest ktoś taki jak Sojka i wydaje dla Matrix Records, byli zszokowani, bo wcześniej nic o mnie nie wiedzieli.

Współpraca z wytwórniami w Detroit i Chicago to na razie współpraca na odległość i nie wiązała się jeszcze z występami w Ameryce, ale myślę, że to kwestia czasu.

Singiel „Message from Earth” („Wiadomość z Ziemi”) to twój debiut wydawniczy.

Na winylu. Wcześniej współpracowałem z netlabelami, czyli wytwórniami internetowymi, które zazwyczaj wydają za darmo, w formacie MP3.

Gdzie można znaleźć twoje wydawnictwa?

Na winylach mam około pięciu-sześciu wydań, w tym wydany w ubiegłym roku dwupłytowy album „Mysterious Intrigue” („Tajemnicza intryga”). Są dostępne w zagranicznych sklepach albo w sklepie SideOne w Warszawie.

Muzyka elektroniczna to twoje jedyne zajęcie?

Tak, w ostatnim czasie zacząłem współpracować jeszcze z „Kato Magazynem”. Piszę tam o muzyce. W tym roku organizowałem też swoje warsztaty muzyczne w Rondzie Sztuki w Katowicach. Trwały trzy dni. W jednym miejscu spotkało się kilku producentów, mogli wymieniać się doświadczeniem. Każdego brałem do wytłumionego pomieszczenia, w którym każdy miał swoją produkcję i pokazywałem, na co powinien zwrócić uwagę.

Uczyłeś się gry na fortepianie i na trąbce. Wykorzystujesz te instrumenty w swoich nagraniach?

Często. Umiejętność gry na fortepianie bardzo mi się przydaje. Na warsztatach zachęcałem ludzi, aby zaczęli uczyć się podstaw muzyki. To bardzo ważne.

Występowałeś w Mysłowicach?

Dopiero w tym roku wystąpiłem po raz pierwszy – podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i na imprezie Analogowe historie.

Masz plany koncertowo-wydawnicze na najbliższy czas?

Przygotowuję materiał do dwóch wytwórni w Paryżu. Do dwóch miesięcy pojawi się winylowe wydanie w wytwórni Skylax. Później, w drugiej wytwórni, w formacie MP3 muzyka bardziej spokojna, eksperymentalna, pod pseudonimem Psi-Acoustic, czyli tym, pod którym tworzyłem na początku. Będę miał też dużo koncertów. 18 sierpnia gram w Katowicach w klubie INQbator.

BK

23 czerwca 2012

Pofrunęli z Eluce

www.suplement.us.edu.pl, czerwiec 2012

Zróbcie hałas dla nauczycieli, którzy czują misję! – mówił L.U.C podczas koncertu 20 czerwca w krakowskim klubie Forty Kleparz. Występ pod nazwą „Fruń za pasją” odbył się w ramach Grolsch ArtBoom Festivalu.

L.U.C w Fortach Kleparz

fot. KM

4. edycja festiwalu prezentującego sztukę w przestrzeni publicznej odbywa się w dniach 19-29 czerwca. W tym roku hasłem przewodnim jest „Twierdza Kraków – Festung Krakau”. Przez dwa tygodnie prezentowane są projekty m.in. Guerrilla Girls, Grupy Voina, Ai Weiweia, Doroty Nieznalskiej i Mirosława Bałki.

Łukasz „L.U.C” Rostkowski, to osoba działająca na wielu artystycznych płaszczyznach. Pierwszą płytę nagrał w 2004 roku w Kanale Audytywnym. W ramach akcji Pospolite Ruszenie sprzeciwia się kiczowatym remontom budynków. Podczas krakowskiego festiwalu zorganizowany został konkurs ReFRESZ. Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe zgłaszały budynki, które wymagają renowacji i artystycznej interwencji. Zwyciężył blok na krakowskim osiedlu Ruczaj. Jego elewacja zostanie odmalowana na podstawie projektu stworzonego przez zaproszonych artystów.

Na Kleparzu wrocławski raper wykonał piosenki z wydanej w 2011 roku płyty „Planet L.U.C. Kosmostumostów”. Występy promujące album muzyk określa jako „koncertokomiksy”. Piosenkom towarzyszą wyświetlane na ekranach animacje, publiczność dostaje naklejki. – Projekt Planeta składa się z wielu ścieżek, tak jak planeta ma wiele stron, w które można pójść – mówił L.U.C dla „Suplementu”.

„Choć pali dużo, student to nie Lexus / Jego się nie oblewa i nie leczy nim kompleksów” – śpiewał L.U.C. Podczas piosenki „Wrometamorfoza” pojawił się na scenie w peruce, z gitarą-zabawką buchającą zimnym ogniem.

– Jedyne, co mam mu do zarzucenia, to puszczanie z nagrań fragmentów, które na płycie śpiewają goście, ale i tak bardzo mi się podobało – mówiła jedna z uczestniczek.

Po wykonaniu „Pospolitego Ruszenia”, na rękach publiczności L.U.C odfrunął do garderoby.

BK

2 czerwca 2012

Katowice Europejską Stolicą Młodzieży?

"Suplement", nr 2/2012

– Starania miasta o tytuł ESM są naturalną konsekwencją wyścigu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 – mówi Łukasz Kałębasiak z „Miasta Ogrodów”. – Byliśmy od niego o krok, a energia, którą wyzwolili w sobie mieszkańcy miasta, szczególnie ci młodzi, nie powinna zostać zmarnowana.


Street Art Festival (20-29 kwietnia). Koparki obszyte przez Olek przed Spodkiem

fot. Paweł Mrowiec

Pomysłodawcą i organizatorem kandydatury stolicy naszego województwa do tytułu w 2015 roku jest Instytucja Kultury „Katowice – Miasto Ogrodów” (do września 2011 roku „Katowice 2016 Biuro ESK”). Zdobycie tytułu, zdaniem organizatorów, oznaczałoby dla Katowic wzrost popularności i atrakcyjności turystycznej, zainteresowanie mediów, możliwość realizacji nowych pomysłów oraz pobudzenie życia kulturalnego miasta zwycięskiego i sąsiadujących miast i gmin, a także możliwość pozyskania nowych źródeł finansowania publicznego.

Ambasadorami starań o tytuł dla Katowic zostali: wokalistki Ania Brachaczek i Asia Mina, dziennikarz Kamil Durczok, himalaista Artur Hajzer, pisarz Wojciech Kuczok, kabaret Mumio, muzyk Artur Rojek oraz operator Adam Sikora.

Czy marzenie się spełni?

Hasłem katowickich starań jest „Miasto marzeń”. Nawiązuje ono do sloganu „Miasto ogrodów”, stworzonego na potrzeby walki o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 (zwyciężył Wrocław). „Przyjazne miasto, które pobudza wszystkie zmysły i zachęca do działania, nie mogłoby istnieć, gdyby nie marzenia jego mieszkańców – podają organizatorzy. – Szczególne znaczenie w tworzeniu idealnego miasta mają marzenia młodych. To oni stanowią o kształcie jutra. To od ich aspiracji, pragnień i możliwości zależy, jak Katowice będą wyglądały za 5, 10, 20 lat”.

Młodzi rządzą!

Działania w ramach kandydatury oparte są o sześć bloków tematycznych: wydarzenia kulturalne, muzyka i film, sport, aktywność społeczna, aktywność obywatelska oraz przedsiębiorczość. Wykreowaniu pomysłów na działania mają służyć m.in. debaty Rady Konsultacyjnej Młodych. W skład rady wchodzą reprezentanci stowarzyszeń i organizacji działających na rzecz młodzieży i realizujących projekty z ludźmi młodymi, m.in. Forum Studentów AEGEE Katowice.

Spotkania rady rozpoczęły się w grudniu 2011 roku. Ich celem nadrzędnym jest stworzenie spójnej koncepcji działań dedykowanych młodzieży. Rada jest również głównym autorem złożonego już wniosku aplikacyjnego o tytuł. – Wśród członków stowarzyszeń wspierających nasze starania jest wiele studentów UŚ – mówi Łukasz Kałębasiak z Instytucji Kultury „Katowice – Miasto Ogrodów”. – Chęć dołączenia do Rady Młodych deklaruje działające na uczelni stowarzyszenie AIESEC.

Plany, plany, plany

W dniach 21-31 marca do wspólnych starań organizator zachęcał hasłem „Dream, it Works!”. Głównym wydarzeniem w tych dniach była oficjalna inauguracja pod nazwą „Młodzi na start”, która miała miejsce 28 marca w Bibliotece Śląskiej w Katowicach. – Podczas spotkania wiedzą podzielił się z nami m.in. Marcello Ingrassia, zaangażowany w projekt Europejska Stolica Młodzieży Turyn 2010 – mówi Kałębasiak. – Przekonywał nas, że mamy szansę na tytuł, jeśli przekonamy urzędników, aby zaufali młodzieży, wsłuchali się w jej głos i oddali część decyzji jej dotyczących w ręce młodych ludzi. Że jest to możliwe, udowadniał przykład Młodych Burmistrzów dzielnicy Lewisham w Londynie, którzy również przyjechali do Katowic.

Do tej pory organizatorzy proponowali również m.in.: spacer Wschodząc nad Rawą oraz warsztaty muzyczne z beatboxu z Minixem, kulinarne z Patrycją Walter, designerskie z Grupą Wzorro, taneczne z Maciejem Florkiem, a także koncert Cool Kids of Death, konkurs literacki i plastyczny „Katowice. Moje Miasto Marzeń” oraz Katowice Street Art Festival.

– Najbardziej spektakularne plany, wpisane w program kulturalny starań, to największe festiwale wpisane w pejzaż Katowic, Off Festival i Tauron Nowa Muzyka – mówi Kałębasiak – ale i mniejsze, bardziej społeczne projekty, takie jak SuperOgród. To pomysł młodej artystki, absolwentki ASP, która wymarzyła sobie wertykalny ogród na fasadzie katowickiej Suerpjednostki. To projekt, który angażuje mieszkańców tego gigantycznego gmachu. Mieszkańcy otrzymują od nas donice z kwiatami, którymi muszą się opiekować.

Historia konkursu

Wyborem do tytułu zajmuje się Europejskie Forum Młodzieży, międzynarodowa organizacja z siedzibą w Brukseli. Krótką listę miast, z których zwycięzcę poznamy w listopadzie, forum ogłosi w lipcu.

Pomysł na Europejską Stolicę Młodzieży narodził się w 2009 roku w Holandii – w Rotterdamie. Było to pierwsze miasto, które pod takim tytułem przedstawiło program przeznaczony dla osób w wieku 12-27 lat. Od 2010 roku miasta, które zdobywają tytuł, wybierane są w drodze konkursu. W 2011 roku stolicą była Antwerpia, w 2012 jest nią Braga. Następne w kolejności są Maribor i Saloniki.

BK

30 maja 2012

Graffiti to nie zawsze wandalizm

"Gazeta Mysłowicka", nr 11/2012

Sztuka ulicy (ang. street art) to m.in. graffiti, murale – duże malowidła na ścianach – i naklejki. Dzieła street artowców pojawiają się w Mysłowicach. O sztuce ulicy rozmowa z dr Irmą Koziną, historykiem sztuki z Uniwersytetu Śląskiego.


Mural Mony Tusz na ogrodzeniu KWK Mysłowice

fot. archiwum Mony Tusz

Czym różni się street art od graffiti?

Kiedy myślę o street arcie, to myślę zarówno o zjawiskach, które się pojawiają na murach przy ulicy, jak i siedziskach Matyldy Sałajewskiej na ul. Mariackiej w Katowicach.


Kiedyś street artowców nazywano grafficiarzami.


Street art to pojęcie szerokie, w obrębie którego znajduje się też graffiti.


Jednym z pierwszych street artystów uznanych przez kolekcjonerów i krytyków był Keith Haring. W latach 80. XX w. wysiadał na stacjach metra w Nowym Jorku i na tablicy ogłoszeń białą kredą tworzył formy rysowane linią. Został za to aresztowany. Wtedy street art był pojęciem, które zawierało element sprzeciwu wobec władzy.


Niektórzy uważają, że street art powinien być partyzancki, nielegalny, tymczasem organizowane są jego festiwale.


Street art nie jest już partyzancki, ale to się zaczęło od Keith'a Haringa i słynnych nowojorskich galerników Tony'ego Shafraziego i Leo Castelliego. Shafrazi z Castellim lansowali Andy'ego Warhola, ale w pewnym momencie usłyszeli, że pop art z Andym Warholem jest salonowy i nieautentycznie wylansowany. Zwrócili się do Haringa, który współpracował ze slamsami i gangami. Była słynna akcja „Crack is Wack” – „Kokaina daje kopa”. Była związana z tym, że dużo młodych ludzi w Nowym Jorku umierało po zażyciu kokainy. Policja nie reagowała, hiphopowcy zorganizowali festiwal uliczny i śpiewali „crack is wack”. Haring zrobił wielką tablicę, na której przedstawił śmierć, która „daje kopa” i spycha młodych ludzi do grobu. To było przeciw policji. Musiały być organizowane szwadrony pilnujące przedstawienia Haringa, bo władze Nowego Jorku chciały to usunąć.


Jak to się skończyło?


Policja zareagowała i aresztowano mnóstwo sprzedawców narkotyków. To było przeciw władzy, ale na rzecz człowieka. Wtedy zastanawiano się, czy mural „Crack is Wack” zostanie, a niedawno czytałam, że zniszczył się po trzydziestu latach i został odrestaurowany jako najważniejsze dzieło sztuki w Nowym Jorku.


Jest śmieszna sprawa Banksy'ego. Banksy chce być muzealny, więc umieszcza kamień ze swoją sztuką w zbiorach sztuki starożytnej w Londynie. Kamień przez rok nie jest zauważony, to denerwuje Banksy'ego, wreszcie pisze oświadczenie do gazety – słuchajcie, zostawiłem w muzeum moje dzieło, na kamieniu, nikt tego nie zauważył, a ja tam już od roku jestem.


To jeden z najbardziej znanych współczesnych street artowców. W 2007 roku jedna z jego prac została sprzedana za rekordową sumę 102 tys. funtów. Autor dziwił się później, jak ludzie mogą kupować dzieła o tak niskiej wartości artystycznej. Jak w street arcie odróżnić dzieło sztuki od amatorszczyzny?


Proces tworzenia aury wokół własnej osoby zalicza się do dzieła sztuki i ludzie płacili za to, że to Banksy. Tak samo było w czasach Leonarda da Vinci. Wszyscy podziwiali geniusz da Vinci związany z tym, że był inżynierem, robił machiny oblężnicze i dodawali to do jego twórczości. Ktoś płacił za Monę Lizę nie dlatego, że to było dzieło wybitne, bo jeśli przyjrzeć się malarstwu włoskiemu z przełomu XV i XVI wieku, to można znaleźć lepsze dzieła od Mony Lizy, ale nie można znaleźć takiej osobowości jak da Vinci.


Street art jest potrzebny?


Street art ma szansę bycia demokratycznym działaniem, więc go wspieram. Zdziwił się mój student, który całe Katowice pokrywa wyobrażeniem naklejanego gołębia. Studiował na ASP i zapytał, na czym na akademii to przykleić, a ja powiedziałam, że nie na akademii. Dałam mu pokrowiec z komputera. Dał mi wlepkę Gołębia Gru i mam ją na pokrowcu.


Ulica może być miejscem do wyrażania rzeczy, których nie można wyrazić gdzie indziej, natomiast nie podoba mi się, że ktoś niszczy odremontowane budynki.


BK

25 maja 2012

Kot i Szwedzki. Biorą puszkę i malują

Przy okazji Wall Street Festivalu, który odbył się 19 maja w Świętochłowicach, o swojej twórczości mówią członkowie 0700team Zbigniew Kot i Szwedzki.


Szwed (pierwszy od góry) i Kot (drugi od dołu) na wiadukcie nad ul. Żołnierską w Świętochłowicach

fot. KM

Zbigniew Kot:

– Lubię malować i nie uważam się ani za grafficiarza, ani za streetartowca. Biorę puszkę w sprayu czy farbę emulsyjną i maluję.

Zaczęło się od lekcji plastyki. Był 1996 r. Podobało mi się rysowanie. Poznałem kolegę, powiedział mi, że jego brat maluje i że jest coś takiego, jak spraye. To było w szóstej klasie podstawówki. Zakupiliśmy pierwsze spraye, mazaki. Pobazgraliśmy osiedle, potem myłem połowę klatek schodowych. Tata zlał mi tyłek pasem, ale było warto.

Nie wyobrażam sobie nie malować. To całe moje życie. Jeśli nie maluję ściany, a siedzę z dziewczyną w domu, to maluję na kartce albo maluję jej ubrania. Na szczęście jest bardzo wyrozumiała.

Szwedzki:

– Graffiti i street art w moim przypadku to podobna technika, bo maluję, rzadziej wlepiam czy robię szablony lub plakaty, co jest domeną street artu. Maluję postacie, które ingerują w przestrzeń miejską i ludzi, więc uważam się bardziej za streetartowca, ale nazwa nie ma dla mnie większego znaczenia.

Stworzyłem postać Szwedzkiego i utożsamiam się z nią. Tekstami w dymkach lubię ingerować w to, co dzieje się dookoła, do ludzi zwracać się bezpośrednio albo opisywać miejsce, w którym się pojawiam, jako postać.

Moje pierwsze przygody zaczęły się od malowania liter. Było to w latach 2000-2003. Zacząłem kultywować to na własną rękę i w kręgu znajomych. Nie obserwowałem sceny. Później zacząłem widzieć ludzi z zagranicy i wtedy zainteresowałem się formą street artu, w której tworzy się postać i powiela.

Czy któregoś Szweda pamiętam albo lubię najbardziej? Kilka lat temu malowaliśmy w Chorzowie. Był o tyle fajny, że miał dobre parę metrów wysokości, ale nie uważam go za najlepszego. Po prostu był wysoki. Korzystałem wtedy z trzech albo czterech stopni rusztowania. Mam problem ze sklasyfikowaniem tego, który jest najlepszy, bo wszystkie lubię. Bardzo podoba mi się Szwed koło Silesii City Center – z napisem „Lubię często Fresco z Tesco”, bo sam lubię często Fresco z Tesco. Samo życie.

BK

21 maja 2012

Peter Gabriel Life

www.suplement.us.edu.pl, maj 2012

Brytyjski muzyk wystąpił na zakończenie Life Festivalu Oświęcim 2012. – Nie do końca rozumiałem, co wy tutaj próbujecie robić – mówił podczas wizyty – ale po odwiedzeniu obozów Auschwitz i Birkenau zaczynam powoli czuć, o co w tym wszystkim chodzi.

Peter Gabriel w Oświęcimiu

fot. KM

Ideą zorganizowanego po raz trzeci festiwalu jest budowanie pokojowych relacji ponad granicami kulturowymi i państwowymi oraz walka z rasizmem i antysemityzmem.

Gabriel zaczynał jako wokalista Genesis. Po odejściu z grupy jego pierwszy album ukazał się w roku 1977. Od tamtej pory nagrał kilkanaście płyt, łącząc rock, pop i muzykę etniczną. Jednym z jego najbardziej znanych albumów jest wydany w 1986 roku krążek „So”. Pochodzi z niego przebój „Sledgehammer”. Znany jest z działalności społecznej (Amnesty International), zamiłowania do eksperymentów (grał z szympansami bonobo), nowych technologii (jedne z pierwszych animowanych teledysków) i widowiskowych koncertów (promując album „Up” w piosence „Downside Up” śpiewał zawieszony nad sceną do góry nogami).

Zamiast tradycyjnego rockowego składu, 62-letniemu Brytyjczykowi towarzyszyła w Polsce kilkudziesięcioosobowa New Blood Orchestra. Muzyk promował w ten sposób wydany w 2011 roku album „New Blood”, zawierający symfoniczne aranżacje jego utworów, nagranych z orkiestrą pod dyrekcją Bena Fostera. Razem z Gabrielem śpiewała również na scenie jego córka Melanie. Między piosenkami zza kulis muzyka tłumaczył dziennikarz radiowej Trójki Piotr Kaczkowski.

– Kilka tygodni temu świętowałem z moim ojcem jego urodzimy. Ma 100 lat – mówił Gabriel przed wykonaniem „Father, Son”.

Podczas dwugodzinnego koncertu publiczność usłyszała m.in. „Heroes” z repertuaru Davida Bowiego, „Biko”, „Digging in the Dirt”, „Don’t Give Up”, „In Your Eyes” z gościnnym udziałem polskiej grupy Kroke, „Red Rain” oraz „Solsbury Hill”. Występ zamknął instrumentalny utwór „The Nest That Sailed the Sky”.

– Nie znałam wcześniej Petera Gabriela. Bawiłam się lepiej niż myślałam. Szkoda, że było tak zimno – mówiła jedna z uczestniczek. – Nie wszystko słyszałem. Koncert był źle nagłośniony, ale popłakałem się na „Signal to Noice”. To świetny kawałek – dodał inny uczestnik.

W czasie trzech dni festiwalu (10-13 maja) w Oświęcimiu wystąpiła m.in. Orkiestra Filharmonii Krakowskiej pod dyrekcją Krzesimira Dębskiego, Krystyna Janda, Dżem i Anna Maria Jopek.

BK

16 maja 2012

Sztuka na ulicy

"Śląsk", nr 5 (199)

– Autorem jednego z pierwszych murali w Katowicach (przy ulicach Mielęckiego i Warszawskiej) „Dawno w mieście nie byłem” jest Marcin Maciejowski. On otworzył drogę – mówi organizator kwietniowego Katowice Street Art Festivalu.

Raspazjan, mural w bramie przy ul. Andrzeja w Katowicach

fot. archiwum Raspazjana

– Street art ma szansę bycia demokratycznym działaniem – mówi dr Irma Kozina, historyk sztuki z Uniwersytetu Śląskiego. – Podoba mi się ta sztuka, natomiast nie podoba mi się, że ktoś niszczy odremontowane budynki.

Dr Kozina mówi o początkach sztuki ulicznej: – Jednym z pierwszych street artystów był Keith Haring. W latach 80. wysiadał na stacjach metra w Nowym Jorku i na tablicy ogłoszeń białą kredą tworzył formy rysowane linią.

Według części znawców, artystów i miłośników street art powinien być sztuką niekomercyjną. Kiedy w 2007 roku praca jednego z najbardziej znanych streetartowców, anonimowego Brytyjczyka Banksy'ego, została sprzedana za rekordową sumę 102 tys. £, autor ostro to krytykował. – Proces tworzenia aury wokół własnej osoby zalicza się do dzieła sztuki i ludzie płacili za to, że to Banksy – dodaje dr Kozina.

– Chodzi o to, żeby zmieniać miasto – mówi Łukasz Kałębasiak z Instytucji Kultury Katowice „Miasto Ogrodów”, organizatora Street Art Festivalu. – Zależy nam też na tym, żeby przyzwyczaić ludzi do tego, że aby zobaczyć dobrą sztukę, nie muszą chodzić do galerii. Chcemy też pokazać, że street art nie jest tylko malowaniem murali czy graffiti, ale mogą to być instalacje, wlepki albo knitting, który polega na obszywaniu obiektów. Rola sztuki ulicy to też nobilitacja zrujnowanych miejsc.

Na tegorocznym festiwalu przeważali artyści z zagranicy. Pojawili się też twórcy z regionu: w Katowicach m.in. Magdalena Drobczyk, Mona Tusz i Raspazjan, a w Piekarach Śląskich grupa 0700team – Franek Mysza, Zbigniew Kot i Szwedzki.


Wiadukt nad ul. Żołnierską w Świętochłowicach. 0700team maluje filary. Powstaje mysz, kot i skejt. Przyszła wiosna. Dla twórców graffiti to początek sezonu.

Franek Mysza: – Gdy skończyłem 16 lat zakochałem się w graffiti, wtedy także zacząłem sam malować i nadal to robię, co pozwala mi oddychać w miejskiej przestrzeni. W 2004 roku powstało 0700team i tak rozpoczęła się przygoda ze street artem. Graffiti to pasja życia. Dzięki niej poznałem wspaniałych ludzi i przeżyłem cudowne chwile.

Był 1996, 1997 rok. Wtedy powstały pierwsze tagi i prace w Katowicach, Chorzowie i Siemianowicach. Tak tworzyła się historia śląskiej sceny. Jeździłem środkami transportu i byłem pod wrażeniem, jak wszystko zaczyna się rodzić na moich oczach. Zobaczyłem, jak chłopaki piszą po ścianach i mówię: „Muszę spróbować!”. Zawsze lubiłem rysować – już w podstawówce malowałem po zeszytach. Tworzyłem różne postacie, jednak marzeniem było trafić w ten jeden odpowiedni charakter, który pozwoli mi zarażać optymizmem innych. Tak powstał powstał Franek Mysza.

Na pewno będę malował do końca swych dni, ale nie wiem, czy da się żyć tylko z malowania. To ciężka praca. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że czasem przypomina to prace budowlane, często nosimy ciężkie wiadra czy wspinamy się po rusztowaniach. Od niedawna mam mały problem z kręgosłupem i często malowanie czy samo ruszanie się z domu sprawia ból – jednak nadal to kocham. Mimo tego całego artystycznego syfu. Jak się maluje, człowiek wygląda czasem jak bezdomny. Nie potrafię siedzieć w domu. Kiedy jest ładna pogoda, to każde wyjście traktuję jak polowanie na ścianę. Czuję się jak myśliwy. Chociaż to dziwne, bo zazwyczaj to mysz jest ofiarą.



Drobna dziewczyna o krótkich włosach i wysoki chłopak w dredach przed Teatr Śląski przyjeżdżają na rowerach. Mona Tusz i Raspazjan (Spaz) dzień wcześniej malowali mural w Bielsku-Białej. Zmęczeni piją mocną kawę.

Spaz: – Bronię się przed tym, żeby nazywano mnie streetartowcem. Jestem malarzem. Maluję obrazy i murale. Za moich młodych lat, kiedy ktoś malował literki, to było graffiti, a kiedy ktoś malował postać, to było nazywane „charakterkiem”. Teraz „charakterki” są nazywane street artem.

Mona: – W ubiegłym roku malowaliśmy w bramie przy ul. Andrzeja w Katowicach. Powstała tam galeria „Ajnfart Story”. Była to dla mnie dość trudna realizacja i inna, niż zwykle konfrontacja z mieszkańcami. Kiedy zaczynałam malować, najpierw przyszedł pan i stwierdził, że to, co robię, jest brzydkie. Potem pani oznajmiła: „To jakieś wody płodowe! Może to i ładne, ale w galerii, nie tu!”, a ktoś zniszczył część mojej pracy malując na niej kibicowskie hasła. Jednak pod koniec pracy, pan, który narzekał na brzydotę, przyszedł podziękować. Mówił, że malowidła zaczynają mu się podobać, a cała brama i podwórko już nie straszy.

28 kwietnia 2012

Myslovitz na nowo

"Gazeta Mysłowicka", nr 10/2012

20 kwietnia mysłowicka grupa wydała oświadczenie, w którym informuje o zakończeniu współpracy w dotychczasowym składzie. Artura Rojka zastąpił Michał Kowalonek z zespołu Snowman. Trwają próby przed pierwszymi koncertami z nowym wokalistą.


Myslovitz z nowym wokalistą Michałem Kowalonkiem (drugi od prawej)

fot. Leszek Gnoiński

W jaki sposób Michał został wokalistą Myslovitz?

Przemek Myszor: Kupiliśmy go na Allegro. Szukałem stroika, zobaczyłem, że można kupić wokalistę Myslovitz i dałem za niego 5 dych. Nikt nie przebił i musimy razem grać... Kiedy już wiedzieliśmy, że zespole będą zmiany, wiedzieliśmy też, że będziemy grać dalej jako Myslovitz. Przeżywaliśmy odejście Artura. Wiedzieliśmy, że wcześniej czy później to się stanie. Kiedy pojawiła się roczna przerwa, to już wtedy rozmawialiśmy między sobą, że w razie czego w dalszym ciągu będziemy grać jako Myslovitz. Kiedy zapadła decyzja, nowego wokalisty szukaliśmy intensywnie przez miesiąc, w internecie, przez znajomych. Trochę orientujemy się też w branży. W ten sposób wytypowaliśmy sobie grupę ludzi, z którymi chcielibyśmy porozmawiać. Kiedy znaleźliśmy Michała, zadzwoniłem do niego, a on się rozłączył.

Wojtek „Lala” Kuderski: Nie chcieliśmy, żeby był to ktoś z talent show. To nie miał być też ktoś bardzo znany, ale ktoś, kto będzie do nas pasował. Dla nas ważne jest to, że to my szukaliśmy, a to nie on szukał nas. Nie chcemy się ścigać. Muzyka to nie sport i nie chcemy mówić: „Bo z Michałem będziemy lepsi”. W dalszym ciągu reprezentujemy ten sam, jeśli nie wyższy poziom. Myslovitz to ciągle ci sami ludzie.

Przemek zadzwonił do Michała i co dalej?

Michał Kowalonek: Odezwałem się do Przemka już wcześniej i napisałem, że jeśli będzie miał kiedyś wolną chwilę, to chętnie coś z nim zrobię. Przemek odpowiedział, że może za miesiąc miałby propozycję współpracy. Po miesiącu zadzwonił i powiedział, że rozstają się z dotychczasowym wokalistą i czy nie przyjechałbym zaśpiewać. Trochę się przestraszyłem i odpowiedziałem, że nie mogę rozmawiać, że zadzwonię za pół godziny. Poszedłem do domu i rozmawialiśmy żoną. Zastanawialiśmy się, czy nie oszalał albo czy to nie głupi żart. Po czterech dniach pojawiłem się na pierwszym przesłuchaniu. Potem były kolejne spotkania, na których chłopaki przemaglowali mnie od góry do dołu. Utwory nie są łatwe i jest ich wiele. Chcę dodać coś od siebie, żeby w tych dotychczasowych utworach zespołu także był mój cień.

Jesteś z Poznania. To nie problem, że zespół jest z Mysłowic?

Michał: W tym gorącym dla zespołu okresie wsiadam w pociąg i przyjeżdżam na tydzień. Nocuję u mamy Przemka, którą serdecznie pozdrawiam, a do domu wracam na weekendy.

Jak przebiegają próby?

„Lala”: Bardzo intensywnie. Czasami po 8-12 godzin z niewielkimi przerwami. Jesteśmy mocno zmobilizowani. W zespole jest teraz bardzo dużo świeżości. Mamy nadzieje, że nie będzie to świeżość tylko na teraz.

Wojtek Powaga: Gra nam się świetnie. Bardzo mi się podoba, jak Michał interpretuje teksty.

Atmosfera jest dobra.

Jacek Kuderski: Jest bardzo dobra. Dawno tak nie było. Wszystkie naprężenia, które były wcześniej w zespole puściły. Teraz jest tak, jakbyśmy zaczynali od nowa. Czuję się dwadzieścia kilka lat młodszy. Zdajemy sobie sprawę, że mamy dorobek i musimy to wszystko utrzymać. Od kilku majowych koncertów zależy to, czy publiczność nas zaakceptuje. Liczymy, że zaakceptuje, bo w zespole Myslovitz pozostało 4 muzyków. Brzmienie się nie zmieni. Zmieni się wokal, ale Michał potrafi interpretować utwory w stylu Artura, a ma też swoją charakterystyczną barwę. W historii wielu zespołów było tak, że szukano wokalisty podobnego głosowo. My wyszliśmy z innego założenia. Szukaliśmy wokalisty, który nie będzie w stu procentach przypominał Artura, ale w utworach będzie czuł się dobrze. Udało nam się go znaleźć. Zespół Myslovitz nie jest zespołem z castingu, więc chcieliśmy podejść do tego inaczej, żeby publiczność dalej nas szanowała. Były trudne momenty, ale w końcu pojawił się Michał.

Poza próbnym koncertem w Mysłowicach, planowany jest inny występ w mieście?

Przemek: Otwartą próbę w MOK-u gramy 30 kwietnia. To pierwszy oficjalny wspólny występ. Pierwszy koncert zaplanowany jest na 4 maja we Wrocławiu. Duży koncert w Mysłowicach planujemy prawdopodobnie na jesień.

Na najbliższych koncertach pojawią się nowe utwory?

Wojtek: Na pierwszy koncert chcemy się wyrobić z nowym utworem, który przyniósł Michał.

Jacek: Na dziś mamy opracowane 18 piosenek z dotychczasowego repertuaru. Żeby być przygotowanym do koncertów, musimy mieć ich minimum 20.

Pojawiły się informacje o nowej płycie z Michałem.

„Lala”: Wydanie płyty planujemy na jesień. Chcielibyśmy, żeby niebawem ukazał się singiel ukazujący możliwości Michała. Na nowej płycie zaśpiewa wszystkie utwory. Bardzo podoba mi się chrypka w jego głosie i na nowej płycie chciałbym to wykorzystać. Oprócz utworów, które już mamy, będą nowe, ale nie wiemy jeszcze, w jakiej ilości.

Odejście z zespołu było decyzją Artura?

Przemek: Tak, ale nie chciałbym się skupiać na rzeczach, które nas poróżniły, a na tym, co razem osiągnęliśmy, bo przecież osiągnęliśmy wiele.

BS, BK

19 kwietnia 2012

Ostry jak Tabasko

www.suplement.us.edu.pl, kwiecień 2012

– Kilka kawałków na płycie jest naprawdę dobrych – mówił o wydanym w kwietniu albumie Tabasko „Ostatnia szansa tego rapu” Grzegorz, uczestnik koncertu. Publiczność usłyszała m.in. „Kochana Polsko”, „Ostry na prezydenta”, „Niebo”, „Nie odejdę stąd”, „Zachłanność” i „Wychowani w Polsce”.


O.S.T.R. Koncert Tabasko w Mega Clubie

fot. KM

Piosenki pochodziły zarówno z solowej twórczości O.S.T.R., z działalności pod szyldem Tabasko, jak i ze współpracy rapera z innymi muzykami. Koncert odbył się 13 kwietnia w katowickim Mega Clubie. Jako support wystąpiła Familia H.P.

Adam „O.S.T.R.” Ostrowski jest absolwentem Akademii Muzycznej w Łodzi. W 2001 roku ukazała się jego debiutancka płyta „Masz to jak w banku”. Nagrał kilkanaście solowych płyt, w tym dwie jako POE, wspólnie z Emade. W 2007 roku otrzymał nominację do MTV Europe Music Award w kategorii najlepszy polski wykonawca. W 2008 roku otrzymał Fryderyka za płytę „HollyŁódź”. Laureat trzech złotych i jednej platynowej płyty za sprzedaż albumów. W 2009 roku wyprodukował ścieżkę dźwiękową do filmu „Galerianki” w reżyserii Katarzyny Rosłaniec.

Tabasko jest kontynuacją wydanego w 2002 roku pod tym tytułem albumu O.S.T.R. W skład grupy wchodzą O.S.T.R, Kochan, Haem i beatboxer Zorak. Album „Ostatnia szansa...” nagrany został w holenderskim studiu Killing Skills. „Materiał wyprodukowany przez Holendrów i Ostrego – reklamuje album wydawca – to subtelne połączenie analogowej barwy sowieckich synthów z kreatywnym i niepowtarzalnym samplingiem”.

BK

27 marca 2012

Autor „Tanga” doktorem honoris causa UŚ

www.suplement.us.edu.pl, marzec 2012

– Sławomir Mrożek lubi krótkie formy, więc będę mówił krótko – mówił rektor Uniwersytetu Śląskiego prof. Wiesław Banyś podczas uroczystości 23 marca w Teatrze Śląskim. – Wniosek nadania najwyższej godności naszej uczelni jest uzasadniony.


Sławomir Mrożek w Teatrze Śląskim

fot. BK

Laudację wygłosił prof. Marian Kisiel, prodziekan Wydziału Filologicznego UŚ i kierownik Zakładu Literatury Współczesnej. – Sławomira Mrożka nie można zamknąć w definicji. Jest geniuszem literatury – mówił. – Przede wszystkim to wybitny polski dramaturg i prozaik.

Mrożka połączyła z Katowicami miłość. W 1957 roku poznał tutaj swoją pierwszą żonę Marię Obrembę, którą po dwóch latach poślubił, również w Katowicach. – Powinienem wygłosić przemówienie o Śląsku. Będzie to przemówienie prywatne, o mojej pierwszej żonie – mówił wzruszony pisarz. – W roku 1963 wyjechaliśmy do Italii, a ja bez niej nie wyjechałbym nigdy. – Maria Obremba zmarła sześć lat później.

O godz. 17 honorowy doktor spotkał się z czytelnikami w księgarni Matras. Na następny dzień w Teatrze Śląskim zaplanowana została premiera jego sztuki „Kontrakt” w reżyserii Bogdana Cioska.

81-letni autor przyjechał do Katowic w towarzystwie żony Susany Osorio. Debiutował wydanymi w 1953 roku „Opowiadaniami z Trzmielowej Góry” oraz zbiorem opowiadań „Półpancerze praktyczne”. Po wyjeździe za granicę do kraju powrócił w roku 1996. Od czterech lat mieszka w Nicei. Niedawno nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazał się w Polsce drugi tom jego „Dziennika”.

BK

Bracia Waglewscy wystąpili w Mega Clubie

www.suplement.us.edu.pl, marzec 2012

– Im starszy tym lepszy mam smak – śpiewał Fisz. Jego koncert wraz z Emade odbył się w Katowicach 23 marca w ramach trasy promującej wydany w listopadzie album „Zwierzę bez nogi”.


Fisz i Emade w Mega Clubie

fot. KM

Wcześniej duet można było zobaczyć na Śląsku przed czterema miesiącami w chorzowskiej Szufladzie 15. Był to koncert w ramach festiwalu Ars Cameralis. Materiał z nowej płyty muzycy zaprezentowali wtedy na żywo po raz pierwszy.

– Mija 10 lat od wydania naszej debiutanckiej płyty „Polepione dźwięki” – mówił Fisz dla serwisu kulturaonline.pl – Nie lubimy jubileuszy, nie chcieliśmy też nagrywać nowych wersji starych nagrań czy wydawać czegoś w stylu „najlepszych przebojów”. Zrobiliśmy sobie prezent tą płytą trochę przez przypadek.

„To płyta w dużym stopniu sentymentalna – reklamował koncert organizator – to podróż do czasów, kiedy hip hop święcił swoje triumfy na międzynarodowej arenie. To właśnie w latach 90. trio Fisz, Emade i DJ Eprom zakochali się w tych brzmieniach, z wypiekami na twarzy podglądali, co dzieje się w muzyce. Hip hop okazał się dla nich najbardziej rewolucyjnym gatunkiem tamtych czasów. Płyta to swoisty hołd oddany klasyce tego gatunku. Muzycznie jak i tekstowo celowo najeżona została cytatami z twórczości ulubieńców – Run-D.M.C., Tribe Called Quest, BDP, Beastie Boys, Blackstar, jak również z początków własnej twórczości zespołu”.

– Dość długo pracowaliśmy nad płytą, prawie rok – mówił Fisz dla serwisu nowamuzyka.pl. – Obecnie skupiamy się nad tym, co lubimy najbardziej, czyli na koncertach. Mam nadzieję, że „Zwierzę bez nogi” wybuchnie koncertowo i tym samym otworzy nowy rozdział.

Z nowego krążka publiczność w Mega Clubie usłyszała m.in. piosenki: „Napoleon”, „Zwierzę bez nogi” i „Dziecko we mgle”. Muzycy wykonali też m.in. piosenki: „Szef kuchni”, „Jesteście gotowi?”, „Wiosna 86” i „Heavi metal”.

– To był najlepszy koncert Fisza, na jakim byłam – mówiła jedna z uczestniczek.

BK