13 czerwca 2010

Dom Aniołów Stróżów. Pomoc dzieciom i młodzieży w Katowicach

Anielska cierpliwość

Rozszerzona wersja reportażu wyróżnionego w XVII Ogólnopolskim Konkursie na Reportaż Prasowy i Radiowy „Szukamy Mistrza Reportażu” pod patronatem Ryszarda Kapuścińskiego

"Śląsk", nr 3 (173)

"A skrzydła jego wielce szatańskie
Lecz choć on czarny toć anioł pański"

Wiesław Dymny, "Czarne Anioły"

Na początku lat 90. kilkunastu młodych ludzi ze Śląska dostrzegło na ulicach Katowic dzieci wąchające klej. Takich przypadków można było doliczyć się ponad setkę. Dzieci spotykały się w obskurnych domach, piwnicach i melinach. Nie miały oparcia w rodzinie. To dla nich powstało Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom i Młodzieży "Dom Aniołów Stróżów".

Święto Aniołów, 4 października 2009. Malowanie.

fot. archiwum Domu Aniołów Stróżów

I.

Adrian Kowalski, założyciel stowarzyszenia, często opowiada historię, która odmieniła jego życie. Jako kleryk organizował na dworcu kolejowym mszę dla bezdomnych. Zauważył, że do późna kręcą się tam dzieci, które od dawna powinny być w domu. Były pod wpływem środków odurzających, ale Adrian nie wiedział jakich. Nawiązał z nimi kontakt, bo zauważył, że coś jest nie tak. Czy chciały z nim rozmawiać? Kiedy przełamały barierę nieufności, zaczęły przychodzić do niego do seminarium. Nie odróżniały księdza od kleryka, dla nich był po prostu osobą w sutannie i kimś, kto się nimi interesował.

– Myślę, że to było dla nich fascynujące – mówi Monika Bajka, wiceprezes Stowarzyszenia. – Dzieci widziały, że był im równy, a na dodatek był z innego świata, był przeciwieństwem ich braku reguł i moralności.

Adrian spotkał wtedy Siwego, lokalnego przywódcę wykolejonej młodzieży. Siwy przyszedł do niego i zaproponował przejażdżkę po Katowicach. Dzieciak pokazał mu meliny, w których wąchało się klej i piło wódkę, nastolatki pracujące na ulicy i kanały, gdzie spali złodzieje. To był zupełnie inny świat od tego, który znał, to był szok. Czego Siwy chciał od Adriana?

– Zrozumienia – odpowiada Sławomir Wichary, członek stowarzyszenia. Jedyne, co potrafił wtedy zrobić Adrian, to uklęknąć i zmówić modlitwę, o której sam mówi, że była to jego modlitwa bezradności. Od tego się zaczęło i trwa do teraz.

II.

Do 1995 roku członkowie stowarzyszenia pracowali wyłącznie na ulicy.

– Spędziliśmy wiele godzin na nawiązaniu kontaktu z ludźmi – mówi Sławek. – Nastawiliśmy się na dialog. – Zaplecze pedagogiczne nabyli później. Najpierw kierowali się sercem. Dopiero na szkoleniach zdobyli wiedzę, która nie mogła jednak zastąpić serca. – Gdyby tak się stało, to przyjmując każde następne dziecko, traktowalibyśmy je jak numer ewidencyjny – dodaje.

Z czasem ich projekt pomocy, nazwany „Być”, wymagał stworzenia struktury, w której mógłby sprawnie funkcjonować. Sławek wspomina, jak wprowadzili się do swojej pierwszej siedziby: – Był nam potrzebny jakiś budynek, gdzie moglibyśmy się w ludzkich warunkach spotykać. W końcu dostaliśmy stare i zniszczone pomieszczenie przy ul. Andrzeja w Katowicach. Wchodząc do środka zapaliliśmy zapalniczkę i zmówiliśmy modlitwę do Aniołów Stróżów.

W 1995 roku obiekt został oddany im w opiekę i stąd wzięła się nazwa stowarzyszenia. Początkowo zajmowało się ono dziećmi i młodzieżą w różnym wieku. Po wielu doświadczeniach skoncentrowało się na starszych, bardziej zdemoralizowanych. Sytuacja wymusiła wtedy podjęcia się przez wychowawców intensywnych szkoleń. Adrian i Sławek zauważyli, że praca ze starszą młodzieżą jest mało efektywna. Nastawili się ostatecznie na profilaktykę. Próbują docierać do jak najmłodszych, aby zapobiec temu, co spotyka się u starszych.


– Co ja będę gadał osiemnastolatkowi o pracy na budowie od 6.00 do 15.00 za 1500 zł miesięcznie, kiedy on tyle ukradnie w jedną noc – przyznaje Sławek. – Postanowiliśmy kłaść nacisk na młodsze dzieci. U starszych występował problem narkotyków, alkoholu i prostytucji. To był dla nas cięższy kaliber.

– Starsze dzieci zostały wtedy z nami – dodaje Monika – ale wstrzymaliśmy napływ nowych. Im ktoś jest starszy, tym trudniej zmienić jego przyzwyczajenia. Dzisiaj staramy się nie przekraczać w naborze wieku 12-13 lat.

III.

W 2001 roku powstały dwie świetlice terapeutyczne. Trzy lata później działalność wychowawczą przeniesiono do nowego budynku w Katowicach-Załężu, otrzymanego od władz miasta. Poza dwoma świetlicami terapeutycznymi dla dzieci w wieku szkolnym, powstało tam jeszcze ognisko wychowawcze dla grupy przedszkolnej, socjoterapeutyczny klub młodzieżowy i poradnia rodzinna.

„Anioły” pomagają dzieciom, młodzieży i ich rodzicom ze środowisk zmarginalizowanych, zagrożonych demoralizacją, przestępczością, uzależnieniami i zaniedbaniem. Codziennie o 13.00 ich placówka na Załężu zapełnia się dziećmi. Jest ich ok. 70 i są podzielone na cztery grupy wiekowe: przedszkolną, młodszą i starszą szkolną oraz klubowiczów – młodzież powyżej piętnastego roku życia. Nabór prowadzony jest przez szkoły, służby społeczne, kontakty ze społecznością lokalną i tzw. pedagogikę ulicy, prowadzoną dla dzieci, które z różnych powodów nie mogą przyjść do świetlicy. Pracujący w tym środowisku wychowawcy często wiedzą już, do których drzwi zapukać, aby znaleźć ludzi, którym potrzebna jest pomoc.

Skąd biorą się problemy podopiecznych? Daria Mejsner, konsultant merytoryczny świetlic, wie z doświadczenia, że dzieci z problemami często wyglądają normalnie i wydają się tylko nieśmiałe, ale później okazuje się, że tylko na zewnątrz wszystko jest w porządku.

– Czasem wystarczy ucieczka matki w seriale telewizyjne. Nigdy nie spotkałam rodziców, którzy mieliby złe intencje. Dawniej na Śląsku ludziom się powodziło, ale po transformacji nie potrafią sobie poradzić i zaczynają np. pić.

Praca w każdej z grup jest inna. W najmłodszej dzieci uczą się poprawnej wymowy, posługiwania się sztućcami, wiązania sznurowadeł i higieny. Tu nie prowadzi się terapii. W grupach odbywają się np. zajęcia plastyczne, sportowe lub kulinarne. Organizowane są również wycieczki na ryby albo ściankę wspinaczkową.

– Nasz główny cel to praca w systemie – mówi Monika. – Prowadzimy podopiecznego do momentu, w którym sam jest gotów wejść w życie.

– Każda grupa ma osobną świetlicę, na którą składa się kuchnia, łazienka, pomieszczenie do zajęć i tzw. materacownia, gdzie podopieczni przychodzą rozmawiać o swoich problemach. Starsi wychowankowie zastanawiają się już wspólnie, jak mogą je rozwiązywać.

– Czy dziecko może coś zmienić, kiedy matka pije, budzi je o trzeciej w nocy i robi awanturę?

– Nie może – odpowiada Sławek – ale czy może mieć wpływ na to, jakie będzie w przyszłości? Może. Najstarszą młodzież przygotowujemy również do podjęcia pracy. Organizujemy dla nich różne warsztaty, szkolenia i kursy zawodowe.

IV.

Jeszcze kilka lat temu na swoją działalność „Anioły” potrzebowały około pół miliona złotych rocznie. Do dzisiaj kwota ta urosła do około miliona. Każdego roku starają się o dotacje z urzędu miasta i dzięki temu udaje im się uzyskać 20% budżetu. Resztę pozyskują sami od innych instytucji, darczyńców oraz z funduszy unijnych.

Obecne władze przychylnie patrzą na działalność stowarzyszenia. Jednak do niedawna co roku istniało ryzyko, że dotacji nie będzie. Zdaniem Moniki to nie był dobry sposób na finansowanie działań, które zakładają długofalową pracę z podopiecznym. – Nie możemy komuś powiedzieć, że w następnym roku nie będziemy mu pomagać, bo nie dostaniemy pieniędzy. Poza tym organizacje takie jak nasza powinny ponosić niskie koszty administracyjne, a tymczasem sami musimy pozyskiwać środki na swoje utrzymanie i rozliczać się z nich. Na to nie ma dodatkowych pieniędzy.

Od tego roku umowy o dotacje podpisywane są przez urząd miasta na trzy lata.

– To trochę zmienia sytuację – komentuje Monika.

V.

Jak można pomóc „Aniołom”? Dobrą formą jest wolontariat, bo oprócz trzech wychowawców opiekujących się każdą z grup, praktykuje tam ok. 15 studentów. Wolontariat trwa dwa lata.

– Młodsi studenci niewiele potrafią – przyznaje Sławek. – Co innego wiedza, a co innego doświadczenie. My też im pomagamy i po roku są już świetnymi pracownikami. Pomagają nam też licealiści, którzy pieką ciasta, sprzedają je w szkole po złotówce za kawałek, a uzbierane pieniądze przynoszą nam.

Pomocne jest też wsparcie finansowe – udzielenie wpłaty na konto stowarzyszenia lub przekazanie 1% podatku.

VI.

Czy praca stowarzyszenia przynosi efekty?

Do świetlicy przychodzi Maciek*, ma 14 lat, ale wygląda na 9. Pochodzi z wielodzietnej rodziny. Jest bardzo niedojrzały emocjonalnie, nie umie czytać i pisać. Stwierdzono u niego upośledzenie umysłowe i wysłano do szkoły specjalnej, ale zdaniem Darii o żadnym upośledzeniu nie może być mowy.

– To zaniedbanie rodziców. Kiedy zobaczyliśmy jego mieszkanie, panował tam kompletny chaos, mama pozwalała mu nie chodzić do szkoły. Jego zaufanie zdobywaliśmy przez rok. Kiedy zauważyliśmy, że zaczyna mu na nas zależeć, postawiliśmy warunek, że jak nie pójdzie do szkoły, nie będzie mógł przyjść do świetlicy. Dzisiaj jest w szkole codziennie.

Kasia ma 14 lat. Jest drobną blondynką. Często kłamie. W „Aniołach” pojawiła się w deszczowy dzień przed pięciu laty. Była zmarznięta, więc Monika wpuściła ją do środka. Okazało się, że jej matka pije. Gdy po kilku latach warunki bytowe rodziny się pogorszyły, Kasią zaopiekowała się wychowawczyni i teraz jest u niej w rodzinie zastępczej.

Potężny Krzysiu trafił do świetlicy z powodu swojego trudnego charakteru. Wstydził się, że jest gruby, a wobec kolegów był złośliwy. Dzisiaj jeździ na rowerze, podczas posiłków nie chce dokładek, a wśród innych wychowanków ma dwóch dobrych kolegów.

Niektórym starszym podopiecznym życie się ułożyło, mają rodziny i pracę. Nie zawsze jest im łatwo, bo żyją w szarej rzeczywistości. Kilku podopiecznych już nie żyje, a kilku wpadło w porachunki gangsterskie. Wychowankowie często nie znajdują zajęcia, są dyskryminowani po pobycie w więzieniu albo zatrudniani są bez umowy o pracę i pracodawcy nie wypłacają im pieniędzy. Zrezygnowanie czasem sięga zenitu. Przychodząc do „Aniołów” grożą, że kogoś podpalą, bo chcą iść do więzienia. Dostaliby tam łóżko i posiłek, mogliby walczyć o swoją godność, bo tego się w życiu nauczyli. W normalnym społeczeństwie nie potrafią funkcjonować.

– Wyjście na sąsiednią ulicę to dla niektórych wyprawa co najmniej do Stanów – mówi Michał, jeden z byłych wolontariuszy. – Po dwuletniej pracy z tymi ludźmi zupełnie inaczej patrzysz na życie.

VII.

Chłopiec, który w 1992 roku oprowadził Adriana po Katowicach, zmarł sześć lat później. Podczas kłótni został pchnięty nożem przez własnego ojca. Miał 19 lat. Adrian był wtedy księdzem, ale w 2004 roku zrzekł się posługi kapłańskiej. Ojciec Ryszard Sierański, zakonnik Misjonarzy Oblatów i przyjaciel Adriana, nie potrafi zrozumieć decyzji przyjaciela. Widać, że mówienie o tym jest dla niego trudne:

– To my jesteśmy Kościołem, to ubodzy są Kościołem i to ja mogę do nich docierać. – Czy połączenie niesienia pomocy ubogim z głoszeniem Ewangelii jest potrzebne? Ojciec Ryszard nie wyobraża sobie pełnego życia bez Boga: – Jan Paweł II powiedział, że kiedy ma się miłość w sercu i jest się świadomym, że ta miłość pochodzi od Boga, to jest się nie do zwyciężenia.

– Kościół nie dociera tam, gdzie powinien – tłumaczy Adrian. – Nie wiążę śmierci Siwego ze swoją decyzją, ale przyznaję, że wpłynęła ona na moje życie. Miałem poczucie winy, bo nie byłem pewien, czy zrobiłem dla niego wszystko, co mogłem. Mimo to zrozumiałem, że warto dalej pracować, aby takim tragediom zapobiegać.

VIII.

Niesienie pomocy przez Dom Aniołów Stróżów jest trudne. Franciszkanin, ojciec Rajmund Dolinkiewicz był opiekunem kaplicy Aniołów Stróżów w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach. Zapewnia, że to niebieskie duchy pomagają ludziom. Od 1999 roku dzieci przynoszą do kapliczki aniołki – dary wdzięczności za życie i zdrowie. W kaplicy jest ich już ponad cztery tysiące i jak mówi franciszkanin: – Nie można powiedzieć, że jeśli przyniesie się aniołka, to się wyzdrowieje. To jest wotum z prośbą o pomoc, modlitwa, a ona daje nadzieję. Nie powinniśmy tracić nadziei.

Strona internetowa stowarzyszenia: www.anioly24.pl

* Imiona wychowanków zmienione.

BK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz