23 grudnia 2013

Szemrany

"Gazeta Mysłowicka", nr 30/2013


29 listopada 2013

Szemrany

"Gazeta Mysłowicka", nr 29/2013

18 listopada 2013

Kryształowy koncert w Studiu

www.suplement.us.edu.pl, listopad 2013

Jesteśmy tu jak jedna rodzina – mówił gitarzysta Crystal Fighters 12 listopada podczas występu w krakowskim klubie Studio.


Crystal Fighters w Krakowie

fot. Marcela Miś

Założona w Londynie w 2007 r. rockowa grupa wydała jak dotąd dwa albumy: „Star of Love” (2010) i „Cave Rave” (2013).

Przed Brytyjczykami wystąpił wykonujący muzykę elektroniczną polski duet Rubber Dots. Crystal Fighters przyjechali do Krakowa po koncercie w Warszawie poprzedniego dnia. Podczas półtoragodzinnego koncertu w Studiu zespół wykonał m.in. „LA Calling”, „Seperator”, „Plage”, „At Home”, „Are We One”, przebój „I Love London” i „You & I”.

– Nagłośnienie na tym koncercie było beznadziejne. Coś się zmieniło dopiero w drugiej połowie. W ogóle nie było słychać słów, a instrumenty brzmiały za głośno w stosunku do wokalu – komentowała jedna z uczestniczek. – Nie mogę uwierzyć, że jestem na ich koncercie – mówiła inna, śpiewając piosenki wraz z salą.

Śpiewało kilkaset osób. „Cześć! Mam na imię Mimi. Kocham Londyn!”.

BK

2 listopada 2013

Szemrany

"Gazeta Mysłowicka", nr 28/2013


2 października 2013

Szemrany

"Gazeta Mysłowicka", nr 27/2013

27 września 2013

Kultura śląska to dla mnie...

"Inspiracje", 23.09.2013

Życie, energia, pień drzewa, poczucie przynależności – mówią ludzie z regionu.

Zbigniew Cierniak, dyrektor Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”:

Całe życie. Urodziłem się w Zbrosławicach, wychowywałem w Zabrzu – dorastałem w śląskiej kulturze, by w końcu związać z nią na stałe swoją karierę zawodową. Śląsk jest mi bliski od urodzenia ze wszystkimi wartościami, jakie niesie ze sobą: etosem pracy, wiarą w Boga, różnorodnością i bogactwem tradycji, niepowtarzalną obrzędowością oraz oczywiście pięknem i wielobarwnością kultury. Przez 20 lat występowałem na scenie z Zespołem Pieśni i Tańca „Śląsk” jako artysta, od dwóch lat jestem dyrektorem tej instytucji – troska o kulturalne bogactwo regionu to moja codzienność. Misją zespołu jest pielęgnowanie śląskiej kultury: tańca, śpiewu, muzyki – a przede wszystkim ocalenie od zapomnienia tych bezcennych wartości i przekazanie następnym pokoleniom. Kierując zespołem „Śląsk” mam możliwość podejmowania konkretnych działań, aby tę kulturę popularyzować wśród młodego pokolenia, np. poprzez funkcjonujące w zespole Śląskie Centrum Edukacji Regionalnej. Obserwuję z radością, jak dzieci i młodzież chętnie uczestniczą w koncertach edukacyjnych, warsztatach tanecznych i wokalnych, poznają historię zespołu czy biorą udział w konkursach i przeglądach pieśni regionalnej. To daje ogromne poczucie satysfakcji z wychowania kolejnego pokolenia, które też kiedyś będzie mogło z dumą powiedzieć, że kultura śląska to dla nich całe życie.

Raspazjan, malarz:

Pachnąca lasem, przyczajona w pozostałościach po hucie albo kopalni energia o nieokreślonym kształcie, będąca w procesie transformacji, rosnąca w siłę, posługująca się śląską gwarą i mieniąca się tysiącami barw.

Mirosław Neinert, dyrektor Teatru Korez:

Pień drzewa. Pień twardy, zdrowy, ciągle żywy. Mocno zakorzeniony w tradycji i historii a gałęziami sięgający w przyszłość. Gałęziami, na których ciągle rosną zielone, świeże liście. To drzewo – żywe, szumiące i trwałe, produkuje tlen, którym oddycham na co dzień. Burze nie zwalą tego drzewa, żadna siekiera go nie zetnie. Przez wieki będziemy odpoczywać i tworzyć w jego cieniu.

Sonia Wilk, kierownik Działu Plastyki Nieprofesjonalnej Muzeum Śląskiego:

Przede wszystkim to moje poczucie przynależności – to zrozumiały dla mnie kod, dzięki któremu czuję się u siebie. I wcale nie mam tu na myśli stereotypów – krupniok, wice, szlagry. Śląsk to przecież także kultura wysoka – muzyka, literatura, sztuka. Ma to dla mnie bardzo głęboki wymiar, tym bardziej, że chociaż większość mieszkańców regionu to rdzenni Ślązacy od kilku pokoleń, w tym także moja rodzina, u mnie w domu nigdy nie posługiwaliśmy się gwarą, a zatem o moim poczuciu tożsamości decyduje nie tyle język, co duma z tego, że jestem stąd i mam się czym chwalić.

BK

9 września 2013

Energia CocoRosie na urodziny Katowic

www.suplement.us.edu.pl, wrzesień 2013

Amerykański alternatywny duet wystąpił 8 września w Galerii Szyb Wilson inaugurując obchody 148. rocznicy powstania miasta.


CocoRosie w Katowicach

fot. Marcela Miś

CocoRosie. Dwie siostry. Sierra i Bianca Casady. Nazywane przez mamę Coco i Rosie. Urodzone w Stanach Zjednoczonych, odpowiednio w 1980 i 1982 r. Rozstały się w roku 1994 i ponownie, po 9 latach rozłąki, spotkały się w Paryżu. Tam zamknęły się w łazience i nagrały swój pierwszy album. Płyta „La Maison de Mon Rêve” („Dom moich marzeń”) ukazała się w 2004 r. Od tamtej poty siostry nagrały pięć albumów. Ostatni, „Tales of a Grass Widow” („Opowieści o słomianej wdowie”), ukazał się w 2013 r.

Sierra i Bianca pojawiły się z zespołem na scenie m.in. wśród fortepianu, harfy, instrumentów elektronicznych, rozwieszonych na sznurze ubrań, toaletki, przy której zmieniały makijaż i ekranu, na którym wyświetlane były wizualizacje.

W Katowicach publiczność usłyszała m.in. „God Has a Voice, She Speaks Through Me”, „Gravediggress”, „K-Hole”, „Poison”, „Tears for Animals”, „Teen Angel”, „Turn Me On” i kapitalnie wykonany „Villain”. Przeważnie w aranżacjach różniących się od albumowych.

– Musiałam poprosić, żeby ktoś mnie uszczypnął. Bardzo mi się podobało – mówiła jedna z uczestniczek.

Pod koniec wyjątkowego koncertu na sznurze nie było już rozwieszonych ubrań. Wykonawcy mieli je na sobie.

W programie obchodów urodzin miasta m.in. koncerty: 13 września Meli Koteluk, Comy i Myslovitz (Dolina Trzech Stawów, godz. 18.30), Medulli, Fair Weather Friends i Kalibra 44 (pl. Sejmu Śląskiego, godz. 18), 14 września Holly Blue, Ani Dąbrowskiej, Czarno-Czarnych i Big Cyc (Dolina Trzech Stawów, godz. 17). Wstęp wolny. Pełny program pod adresem http://miasto-ogrodow.eu.

BK

30 sierpnia 2013

Szemrany

"Gazeta Mysłowicka", nr 26/2013

15 sierpnia 2013

OFF był ON

myslowice.twojemiasto.info, 15 sierpnia 2013, www.suplement.us.edu.pl, sierpień 2013

4 sierpnia zakończyła się w Katowicach ósma edycja Off Festivalu. W ciągu czterech dni w centrum miasta i Dolinie Trzech Stawów wystąpiło ponad osiemdziesięciu wykonawców.

The Smashing Pumpkins w Katowicach

The Walkmen w Katowicach

fot. Marta Kowalska

Off zadebiutował w 2006 r. w Mysłowicach. – Jest to jedna z najważniejszych imprez muzycznych tego rodzaju w Europie. Przebyliśmy długą i wyboistą drogę, żeby znaleźć się w tym miejscu – mówił dyrektor festiwalu Artur Rojek w wywiadzie dla serwisu Twoje Miasto.

W Dolinie Trzech Stawów koncerty odbywały się na czterech scenach: głównej mBanku, leśnej, Trójki i eksperymentalnej.

Zbigniew Wodecki z grupą Mitch & Mitch zauroczył publiczność wykonaniem swojej debiutanckiej płyty z 1976 r. Amerykanie z kultowego The Smashing Pumpkins zaprezentowali nowsze piosenki, jak również te z lat 90. The Walkmen (USA) nie zapomnieli o swoim przeboju „The Rat”. Miłośnicy łagodniejszych brzmień mogli w tym czasie posłuchać nastrojowej Julii Holter (USA). Po ośmiu latach na scenę festiwalu powrócił elektroniczno-jazzowy duet Skalpel, którego płyty ukazały się nakładem kultowej londyńskiej wytwórni Ninja Tune. Gitarowy show bez świateł, ale wzbogacony wizualizacjami, dał kanadyjski Godspeed You! Black Emperor. Dobrą zabawę zafundowała reaktywowana elektroniczno-dyskotekowa grupa Super Girl & Romantic Boys, która po 15 latach wydała w tym roku swoją debiutancką płytę. Chwilę później na scenie pojawili się rockowi Amerykanie z Deerhunter. Ostre dźwięki zaprezentowali na finał Irlandczycy z kultowego My Bloody Valentine, na którego wydaną w tym roku nową płytę fani musieli czekać aż 22 lata. Jeden z ostatnich występów dał Mykki Blanco (USA), który prezentując elektroniczne dźwięki tańczył przed publicznością w bieliźnie.

Festiwal to nie tylko muzyka. Melomani mogli też spotkać się z literatami i wziąć udział w pokazach filmowych.

Zdania o imprezie są podzielone. – Jest OK, ale bez rewelacji. Podobał mi się Wodecki. Smashing Pumpkins wystąpili bez entuzjazmu, a koncert My Bloody Valentine był źle nagłośniony. Wizualnie mi się podobał, ale nie było słychać wokali – mówił jeden z uczestników. – Podobał mi się Godspeed You! – dodała jedna z uczestniczek. – Przy tej muzyce można było odpłynąć i pomarzyć. Najbardziej podobał mi się ostatni dzień. Koncerty Super Girl & Romantic Boys i Mykki Blanco dały mi dużo pozytywnej energii.

Na Off Festivalu bawiło się kilkanaście tysięcy osób. Jak mówił napis przy głównej scenie: „OFF is ON”.

BK

31 lipca 2013

Szemrany

"Gazeta Mysłowicka", nr 25/2013

29 lipca 2013

Połączone brzmienia na Męskim Graniu

www.suplement.us.edu.pl, lipiec 2013

Możdżer, O.S.T.R., Soyka, Nosowska i Łobaszewska. To tylko niektórzy z wykonawców, którzy wystąpili ze sobą na jednej scenie podczas koncertu 20 lipca w Chorzowie.


O.S.T.R., Katarzyna Nosowska i Small Synth Orchestra w Chorzowie

fot. BK

Męskie Granie wystartowało w 2010 r. Od tamtej pory cykl letnich koncertów odwiedza co roku największe miasta Polski. W tym roku dyrektorami artystycznymi imprezy są wokalistka zespołu Hey Katarzyna Nosowska i raper Adam „O.S.T.R.” Ostrowski (Ostry).

– Bywa, że z pozornie mało spójnych składników powstaje szalenie interesujący dla kubków smakowych koktajl – mówiła w czerwcu wokalistka Hey. – Tak widzę mieszankę Ostrego i Nosowskiej. To prawdziwe porozumienie poza stylami, dowód na istnienie płaszczyzny wrażliwości i pasji, na której spotkać może się każdy, z każdym. Adam jest dla mnie dodatkowym źródłem zasilania.

W chorzowskiej Sztygarce wystąpili: Krzysztof Zalewski, Ballady i Romanse, Fisz i Emade z grupą Tworzywo, Très.B i energiczna Maria Peszek, promująca swój ubiegłoroczny album „Jezus Maria Peszek”.

Pianista Leszek Możdżer pojawił się na scenie w towarzystwie Ostrego. Było to ciekawe połączenie rapu i muzyki jazzowej. W trakcie przygotowań do występu z fortepianu Możdżera urwała się noga, pokazana publiczności przez prowadzącego wieczór Piotra Stelmacha, dziennikarza radiowej Trójki (dla fortepianu organizatorzy znaleźli inne oparcie).

Stanisław Soyka wystąpił z piosenkami m.in. Czesława Niemena. Gościem podczas tego występu był gitarzysta Niemena Tomasz Jaśkiewicz i Katarzyna Nosowska, która wraz z Soyką zaśpiewała jedną z piosenek.

Po zespole Hey (z udziałem Soyki) na scenie pojawiła się grupa 2Cresky z gościnnym udziałem wokalisty L.Stadt Łukasza Lacha. Występowi towarzyszyły wyświetlane na telebimie animacje.

Podczas koncertu Ostrego wystąpiła obchodząca tego dnia urodziny Grażyna Łobaszewska, dla której publiczność zaśpiewała „Sto lat”.

Podczas wieczoru za wizualizacje na scenie odpowiedzialny był Tomasz „Spider” Pająk.

W przerwach między koncertami prowadzący Piotr Stelmach wraz z kamerzystą ruszył za scenę, aby pokazać publiczności kulisy organizacyjne. Dla uczestników koncertu miał też prezenty w postaci płyt.

– Jest tu dobra organizacja – mówił jeden z uczestników. Dobrym pomysłem była kaucja za kubki na piwo. Na terenie imprezy pomogło to utrzymać porządek.

– Animacje na 2Creskach były super. Podobała mi się Maria Peszek – mówiła jedna z uczestniczek.

Koncertem finałowym był występ Small Synth Orchestra, powstałej specjalnie na Męskie Granie. Wraz z nią Katarzyna Nosowska i O.S.T.R. wykonali na zakończenie promującą imprezę piosenkę „Jutro jest dziś”.

BK

28 czerwca 2013

Szemrany

"Gazeta Mysłowicka", nr 24/2013

23 czerwca 2013

Paul McCartney: Cześć Polacy, dobry wieczór Warszawo!

– Przykro mi, że nie potrafię powiedzieć więcej, ale to dla mnie bardzo trudny język – mówił 71-letni muzyk. 22 czerwca wystąpił na Stadionie Narodowym w ramach trasy „Out There!”. Chociaż od lat 80. nie okupuje już pierwszych miejsc list przebojów, żyjąca legenda podbiła serca publiczności.


Paul McCartney w Warszawie

fot. BK

Był to jeden z trzech koncertów, które w tym roku były Beatles zagra w Europie.

Podczas prawie trzygodzinnego występu McCartney wykonał piosenki z repertuaru legendarnej czwórki (1960-1970), Wings (1971-1981) i utwory solowe, m.in.: „Band on the Run”, wzruszający „Blackbird”, „Eleanor Rigby”, „Get Back”, „Hey Jude”, „Lady Madonna”, „Let It Be”, „My Valentine” (z najnowszej, wydanej w 2012 r., płyty „Kisses on the Bottom”), „Paperback Writer”, „Something”, „Yesterday” oraz widowiskowe „Helter Skelter” i „Live and Let Die”.

Podczas „Hey Jude” fani wyciągnęli wydrukowane kartki z napisami „Hey” i „Paul”. Na pierwszym bisie McCartney pojawił się z polską flagą w rękach.

Kiedy w marcu organizator występu w Polce wypuścił do sprzedaży bilety, najtańsze kosztowały 242 zł. Przed koncertem można je było kupić za 129 zł. Zabieg marketingowy czy brak zainteresowania? Tak czy inaczej piosenek wysłuchało na stadionie 26 tys. osób i było to jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych w Polsce od lat.

– Chociaż było słabe nagłośnienie, to i tak mi się podobało. Nie podejrzewałem, że kiedykolwiek usłyszę te utwory na żywo – mówił jeden z uczestników koncertu.

Była to pierwsza wizyta McCartneya w Polsce. Po wykonaniu na bis piosenek „Golden Slumbers”, „Carry That Weight” i „The End” z albumu The Beatles „Abbey Road” muzyk zszedł ze sceny przy wybuchach sztucznych ogni i konfetti. Pożegnał się słowami: – Do zobaczenia następnym razem!

BK

Cudowna Bartosiewicz zagrała w Parku Śląskim

www.suplement.us.edu.pl, czerwiec 2013

21 czerwca gwiazda lat 90. i artystka, której koncerty są rzadkością, wystąpiła w ramach obchodów 63. urodzin parku w Chorzowie.


Edyta Bartosiewicz w Chorzowie

fot. BK

Edyta Bartosiewicz zadebiutowała w 1992 r. albumem „Love”. Jest autorką pięciu bardzo dobrze przyjętych przez fanów i krytykę przebojowych krążków oraz laureatką pięciu Fryderyków i Paszportu Polityki. Jej ostatnia płyta ukazała się w 1998 r. Po premierze „Wodospadów łez” zniknęła ze sceny. Występowała i nagrywała sporadycznie. Po latach przerwy artystka zagrała pierwszy koncert w 2010 r. w Warszawie. Od tamtej pory wystąpiła z koncertem jedynie kilka razy. W 2011 r. nagrała piosenkę „Witaj w moim świecie” do filmu „Kubuś i przyjaciele”.

Wyczekiwana od wielu lat płyta artystki, której premiera wielokrotnie była przekładana, „Renovatio”, zapowiadana jest po wakacjach. Oficjalna premiera singla z płyty, „Rozbitkowie”, będzie miała miejsce 24 czerwca.

W Chorzowie publiczność usłyszała m.in. piosenki: „Niewinność”, „Ostatni”, „Siedem mórz, siedem lądów”, „Urodziny”, „Zabij swój strach”, „Zegar”, rewelacyjny cover Joy Division „Love Will Tear Us Apart”, a na bis m.in. „Upaść, by wstać”.

Artystka zagrała na Śląsku po raz pierwszy od 2005 r., kiedy gościnnie wzięła udział w jubileuszowym koncercie grupy Myslovitz w Mysłowicach. Występ sprzed 8 lat wspominała podczas Urodzin Parku Śląskiego. Po próbie w Mysłowicach przyjechała z managerem do „parku chorzowskiego”, pływała na łódce i sprawiło jej to ogromną radość.

To był wieczór pełen wzruszeń.

BK

Szemrany

23 maja 2013

Ze słownika: akademik – członek akademii, student, dom akademicki

"Suplement", nr 2/2013

Wyremontowana kuchnia, cicha, ładna okolica, sympatyczni pracownicy, miła atmosfera, miejsca dla palaczy. Tak jest na Ligocie. Są też minusy. Znikający internet, małe pokoje, brak biurek, mało pralek, stan ubikacji, duża odległość od uczelni, grasujące dziki. Dla jednych drogo, dla innych nie. Tak przynajmniej mówią mieszkańcy. Piszemy o Domach Studenta Uniwersytetu Śląskiego.

Dom Studenta nr 1 w Katowicach-Ligocie

fot. Łukasz Wycisło

UŚ prowadzi 10 Domów Studenta (DS): 3 w Katowicach, 4 w Sosnowcu i 3 w Cieszynie. W Katowicach-Ligocie zamknięty jest DS 3. Dlaczego? – Ze względów oszczędnościowych, kiedy zapotrzebowanie na akademiki przez dłuższy czas kształtowało się na niskim poziomie – mówi Jacek Szymik-Kozaczko, rzecznik UŚ. – Jego przyszłość nie jest rozważana jako pojedynczego budynku, a w kontekście całego osiedla akademickiego.

O przyznanie miejsca w DS mogą ubiegać się: studenci i doktoranci UŚ, studenci i doktoranci innych szkół wyższych, a także osoby niebędące studentami ani doktorantami.

Pierwszeństwo w przyznaniu miejsca w DS przysługuje m.in. znajdującemu się w trudnej sytuacji materialnej studentowi lub doktorantowi UŚ, który jest osobą zamiejscową lub niepełnosprawną. Z kolei pierwszeństwo w przyznaniu pokoju jednoosobowego oraz pokoju jednoosobowego typu studio przysługuje studentom lub doktorantom UŚ ostatnich lat studiów pierwszego, drugiego i trzeciego stopnia oraz jednolitych studiów magisterskich, studiującym na więcej niż jednym kierunku w UŚ lub równolegle w innej szkole wyższej oraz zamieszkującym w DS w poprzednich latach studiów.

Po zapewnieniu zakwaterowania studentom lub doktorantom UŚ, o ile pozwala na to liczba wolnych miejsc, w dalszej kolejności miejsca w DS mogą otrzymać studenci i doktoranci innych szkół wyższych lub osoby niebędące studentami ani doktorantami.

Czy są wolne miejsca? – Na tę chwilę jest pełne obłożenie, natomiast o wolne miejsca można na bieżąco pytać w Dziale Studenckich Spraw Socjalnych lub w administracji każdego z akademików – mówi Szymik-Kozaczko.

W Katowicach i Sosnowcu ceny za miejsce w pokoju dwuosobowym mieszczą się w przedziale 339-402 zł za miesiąc od osoby. W Cieszynie ceny za podobny pokój wynoszą 237 lub 267 zł.

Jaki jest standard obiektów? – Polepsza się z każdym rokiem akademickim, remonty na bieżąco przeprowadzane są we wszystkich akademikach i nie obejmują jedynie bieżących napraw, ale także polepszenie warunków bytowych dla studentów. Akademiki dysponują także specjalnymi pokojami przystosowanymi dla potrzeb osób niepełnosprawnych – mówi Szymik-Kozaczko.

Co o domach akademickich mówią ich mieszkańcy? Zapytaliśmy studentów z DS w Katowicach-Ligocie.

Adriana z DS 1: – Niewiarygodnie: woda, internet, ogrzewanie! Brakuje tylko paczek żywnościowych.

Płacę 375 zł. Stypendium nie otrzymuję, ale cena nie jest rażąca.

Jest przyjemnie. Zastrzeżeń brak. U nas cisza, spokój i wszechogarniający pokój. Ten spokój czasem razi. Razi też brak komunikatywnych person w sąsiedztwie, ale to wynik złośliwego losu, który rzucił mnie na piętro, na którym każdy żyje w swoich 4 ścianach. Na całe szczęście są jeszcze inni. Mieszkanie w akademiku ma ten duży plus, że można poznać ludzi ze starszych lat i liczyć na ich pomoc. Bardzo miła sprawa.

Szemrany

"Gazeta Mysłowicka", nr 23/2013

20 maja 2013

W obiektywie. Przez modę o kulturze

Krytyczna analiza roli ubioru, wyglądu, stylu i mody we współczesnym świecie. Tym tematom poświęcona jest trwająca od 18 maja w Krakowie wystawa fotografii „Pogranicza mody”.

Jurgen z niemieckiego Darmstadt i ubrania z pokrzyw, fragment „Albumu rodzinnego”

fot. BK

„Jedna z klasycznych teorii antropologicznych mówi, że poprzez refleksję nad zwyczajami żywieniowymi i życiem seksualnym można badać daną kulturę jako całość – podaje organizator Fundacja Sztuk Wizualnych. – Za »Pograniczami mody« stoi przekonanie, że ubranie oraz związane z nim zachowania i zwyczaje, a także ich wizualne reprezentacje mogą być analogicznym narzędziem pozwalającym przyjrzeć się kluczowym aspektom kultury współczesnej”. Zdaniem organizatora moda i styl mogą być zarówno narzędziem konstruowania i manifestowania jednostkowej tożsamości, jak i metodą na jej dyscyplinowanie oraz podporządkowanie.

– „Pogranicza mody” oferują alternatywne spojrzenie na problematykę związaną z modą i stylem oraz sposobami ich przedstawiania – mówi Paweł Szypulski, kurator wydarzenia. – Na wystawie niemal zupełnie nieobecna jest typowa fotografia modowa. Można będzie za to zobaczyć prace artystów konceptualnych i dokumentalistów. Zgromadzone projekty reprezentują bardzo zróżnicowane podejście do tematu – część jest głęboko ironiczna, część analizuje go z pełną powagą.

Wśród prezentowanych artystów i projektów znajdują się m.in. Zbigniew Libera, Józef Robakowski, Charles Freger, Phyllis Galembo oraz Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”.

Warszawskie Towarzystwo „ę” przygotowało projekt „Album rodzinny”. Polegał na stworzeniu wystawy-instalacji, złożonej z fotografii pochodzących z rodzinnych zbiorów. – Projekt przyniósł mi wielką satysfakcję, dał możliwość połączenia zainteresowań ze studiów historycznych, socjologicznych i fotograficznych – mówi Karolina Sobel, współtwórca „Albumu”. – Najważniejsze w tym przedsięwzięciu było spotkanie z drugim człowiekiem, zainteresowanie historiami. To, co jest zaprezentowane na ścianie w Bunkrze, to zaledwie drobna wizualizacja, która była przyczyną tego spotkania. Na czas projektu, wyławiając z rodzinnych archiwów historie na ścianę, poczułam się jak kolekcjoner sztuki.

Wystawa „Pogranicza mody” organizowana jest w ramach Miesiąca Fotografii. Znajduje się w Galerii Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki przy pl. Szczepańskim 3a. Potrwa do 16 czerwca. Wstęp: 5 i 10 zł.

BK

17 maja 2013

21 kwietnia 2013

Mroczna płyta Korbowodu

myslowice.twojemiasto.info, 21 kwietnia 2013

Nasz nowy album jest inny niż poprzednie – mówi Michał Koterba, gitarzysta mysłowickiego zespołu po koncercie 18 kwietnia podczas festiwalu AlterFest w Mysłowickim Ośrodku Kultury.


Korbowód w Mysłowicach

fot. BK

Korbowód istnieje nie od dzisiaj. Jakie były początki?

To długa historia. To było bardzo dawno temu, w latach 90. Zaczęliśmy w Krakowie, był 1992 r. Pierwszą płytę nagrywaliśmy w 1997 r. Skład ciągle się zmienia, jest rotacja. Pierwszy był inny. Od drugiej płyty gram z Leszkiem Mitmanem, basistą. Zmieniają się perkusiści. Od pewnego czasu na klawiszach gra z nami Grzesiu Bimczok.

Urodziłem się w Mysłowicach, wychowałem, Leszek też i większość z nas.

W 2005 r. ukazała się jedyna wasza płyta dostępna w sklepach, „Strona C”.

Jedyna, przy której był oddźwięk. Wcześniej ukazały się dwa CD-R, które nagraliśmy własnym sumptem, ale nie wydaliśmy ich, jak „Strony C”.

Nowy album Korbowodu, „My Six Is Your Nine”, ukaże się 24 kwietnia.

Na razie wydajemy go tylko internetowo. Będzie do ściągnięcia. Zobaczymy, jaki będzie efekt. Bardzo bym chciał, żeby można by wziąć go do ręki. Mój ojciec zrobił okładkę. Bardzo mi się podoba.

Album nagraliśmy z wokalistą z Irlandii, Davidem O'Sullivanem. Śpiewa, pisze teksty, nagrał już bardzo dużo swojego materiału. Jest niszowy, nigdy nie wypłynął na szersze wody. Ma przejmujący głos, jak David Bowie. Bardzo ciężko jest śpiewać męskie wokale. Aga Maliszczak, nasza wokalistka, ma z tym problem. Śpiewa z Maćkiem, moim bratem, ale jej samej jest trudno. Może najlepszym określeniem głosu O'Sullivana byłby Iggy Pop [O'Sullivan nie wystąpił w MOK; Aga Maliszczak na zdjęciu z prawej; Maciek Koterba na zdjęciu z lewej – red.].

Płyta jest inna niż nasze poprzednie. David dodał coś nowego. Jest świetnym wokalistą. Nie mieliśmy takiego wcześniej. Płyta jest mroczna, nie jest wesoła, nie jest dla wszystkich. Zaczęliśmy nagrywać ją 5 lat temu.

Korbowód istnieje ponad 20 lat. Pojawia się i znika, nagrywa płytę przez 5 lat. Wasi koledzy z innych zespołów grają koncerty, zabiegają o kontrakty. Wy nie. Swoją twórczość traktujecie hobbystycznie?

Każdy z nas ma swoje zajęcia, nie jest to nasz zawód, choć byłoby pewnie miło. Tak się ułożyło. Nasz klimat muzyczny nie jest dla wszystkich. Były momenty. Wyszliśmy na składance „Trójkowego Expressu” [audycja radiowej Trójki – red.], ale nie parliśmy. Gramy, nagrywamy, jesteśmy skupieni na muzyce, wysyłaliśmy nagrania do różnych miejsc, ale nikt nas nie wyciągnął.

Wydajecie płytę. Będą koncerty?

Mam nadzieję. W połowie maja będziemy grali w Katowicach, w nowym klubie Ściana. Nie będziemy grali trasy, bo musiałby to ktoś zorganizować, a my się do tego nie nadajemy. Gdyby ktoś do nas przyszedł i powiedział: „Zorganizuję dla was trasę”, to my byśmy się zastanowili. To byłby dobry pomysł.

Więcej informacji o zespole: www.facebook.com/korbowod.

BK

8 kwietnia 2013

Artur Rojek przed Offem: Wszystko dotyczy muzyki

myslowice.twojemiasto.info, 8 kwietnia 2013

Impreza, której pierwsze edycje odbywały się w Mysłowicach, w katowickiej Dolinie Trzech Stawów będzie miała miejsce między 2 a 4 sierpnia. Zapowiedzianych jest już 24 wykonawców. Kolejni ogłoszeni zostaną 15 kwietnia. O festiwalu mówi jego dyrektor Artur Rojek.


Artur Rojek

fot. Jacek Poremba

Czekamy na ósmą edycję OFF Festivalu. Co, twoim zdaniem, jest jak dotąd największym osiągnięciem imprezy?

To, że jest to jedna z najważniejszych imprez muzycznych tego rodzaju w Europie. Przebyliśmy długą i wyboistą drogę, żeby znaleźć się w tym miejscu. Bardzo mnie to cieszy, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że wciąż muszę się rozwijać, ulepszać i zmieniać, bo wszystko dookoła zmienia się w bardzo szybkim tempie.

Jak wybierani są występujący na festiwalu wykonawcy?

Obserwuję to, co dzieje się na rynku muzycznym od 20 lat. Zawsze była to moja pasja, która doprowadziła do tego, że założyłem swój pierwszy zespół, potem drugi oraz powołałem do życia festiwal. Wszystko, czym zajmuję się przez te lata, dotyczy muzyki. Jestem zarówno fanem kupującym płyty, jak i artystą występującym na scenie. O muzyce piszę, czytam, oglądam i słucham, gdziekolwiek w świecie jestem. Moją stroną startową na komputerze jest serwis muzyczny. Artyści na Offie to wypadkowa wiedzy zgromadzonej w ten sposób.

W tym roku główną gwiazdą będzie założona w Irlandii w 1984 r. alternatywna grupa My Bloody Valentine. W lutym, po 22 latach, ukazał się ich kolejny, trzeci, bardzo dobrze przyjęty album „m b v”. Jak udało się ich zaprosić?

O My Bloody Valentine starałem się od kilku lat i ciesze się, że wcześniej mi się nie udało. Ten rok jest bowiem szczególnie dla nich ważny, bo tak jak wspomniałeś, po 22 latach ukazała się ich nowa, moim zdaniem, świetna płyta.

Ich obecność na Offie to wynik pozycji, jaką obecnie cieszy się festiwal. Nie dotyczy to tylko tego, że jesteśmy uznanym w Europie festiwalem, bo zapraszamy co roku ciekawych artystów, ale jesteśmy też wiarygodnym organizatorem który od 2006 r. prowadzi działalność opartą na szacunku wobec odbiorców, artystów i ekip z nami współpracujących.

OFF Festival to nie tylko muzyka. Podczas festiwalu mają też miejsce inne artystyczne wydarzenia. Czego możemy spodziewać się w tym roku?

Rozwijamy działalność Kawiarni Literackiej, która jest moim oczkiem w głowie i pracujemy nad kilkoma nowymi projektami poza muzycznymi, które być może już w tym roku będą miały swoją premierę.

BK

24 marca 2013

Bród i tłuszcz Milcz Serce

myslowice.twojemiasto.info, 24 marca 2013

Zespół pochodzi z Mysłowic. Tworzą go: Adam Be, Bart Björn i Martin Gaszla. 14 lutego ukazał się ich debiut fonograficzny „Nawyki/Kolizje”. „Muzyka grupy rozpościera się gdzieś pomiędzy akustyczną delikatnością a post-rockową psychodelią” – reklamuje wydawca.


Adam Be i Bart Björn

fot. archiwum Milcz Serce

Jak przebiegała praca nad płytą?

Adam Be: 90% materiału nagraliśmy w MCK i naszych domach, parę wokali w studiu Radia Katowice, a część korespondencyjnie, z uwagi na to, że Marcin przebywa na emigracji. Mastering zrobiliśmy w studiu AsOne w Warszawie. Ot cała historia.

Bart Björn: Pewnie niewiele osób domyśla się, że dla zespołu o takim statusie jak Milcz Serce, udźwignąć proces nagrania płyty, zarówno pod względem artystycznym, jak i finansowym czy organizacyjno-technicznym, jest niezmiernie trudno. Materiał nagrywaliśmy w sali prób, niejednokrotnie korzystając z pożyczonego sprzętu. Weekendową sesję nagraniową w radiu udało nam się załatwić dzięki temu, że wykorzystaliśmy stare znajomości i układy. Jako, że Milcz Serce to ciągle nasze zajęcia „po godzinach”, zmagaliśmy się też często ze zwykłym brakiem czasu.

Czego można spodziewać się po krążku?

Adam: Żyletek, szmat, siekiery, noży i pięknych niewiast. Trzeba posłuchać.

Bart: Zespół to nie fabryka czy zakład produkcyjny. Choć efektem jest CD w pudełku, bywały momenty, że nie było pewności, czy i kiedy ta płyta powstanie. Mówię tu o muzyce i tekstach. Jako że jest to nasz drugi album – pierwszy w całości wrzuciliśmy do sieci – podskórnie czuliśmy presję, żeby zwyczajnie nie zawieść. Poszło do pieca parę zeszytów z tekstami i kilka razy kliknęło się „Delete” na kompie. Teraz, po paru miesiącach, powoli zaczynam słuchać tej płyty, melodii, słów, przestaję odbierać ten album, jak wzór matematyczny. Emocje, te negatywne i pozytywne, przeżycia, różne rozterki, upadki, knajpy, kłótnie udało nam się ubrać w słowa i melodie. Myślę, że słychać też to, skąd jesteśmy, słychać brud i tłuszcz naszego miasta, czuć ciężar śląskiego syfu.

Planujecie koncerty? Kiedy w Mysłowicach?

Bart: Chcemy uniknąć wszelakiego festyniarstwa i piknikowych występów z okazji dni miast.

Adam: Najbliższy koncert już 23 marca w Katofonii w Katowicach, 6 kwietnia w Tarnowskich Górach, 18 kwietnia w Warszawie, a 21 w Mega Clubie, jako support przed Skubasem. W Mysłowicach na pewno zagramy jeszcze przed wakacjami, ale szczegóły nie są jeszcze ustalone.

BK

13 marca 2013

„Suplement” ma 10 lat! Redaktorzy o piśmie

"Suplement", nr 1/2013

– Powstał na kartce papieru podczas ćwiczeń, chyba łaciny, na trzecim roku moich studiów historycznych – mówi Maciej Leśnik, pierwszy redaktor naczelny (2003-2005). – Robiliśmy wywiady z prostytutkami, ganiliśmy leniwych wykładowców, recenzowaliśmy posiłki na stołówce. Czasami dostawaliśmy za to po głowie, ale wiele osób ceniło nas za dziennikarski ząb. Zajęliśmy miejsce w pierwszej dziesiątce najlepszych magazynów studenckich w kraju.


Jubileuszowy numer

okładka: Kamil Walczak

Maciej mówi o początkach pisma: – Wspólnie z Robertem Lipką, kolegą z roku, pomyśleliśmy, że uniwersytet powinien mieć magazyn studencki, tworzony przez studentów i dla studentów. Ponieważ były to ćwiczenia, na których nie wolno gadać, swoje przemyślenia zapisywaliśmy na rzeczonej kartce. Po zakończeniu zajęć kartkę schowaliśmy, śmiejąc się, że jak już nasz wymyślony właśnie magazyn będzie świętował dziesięciolecie, to będzie niezła pamiątka. Dwa dni później kartka zginęła.

„Suplement” zadebiutował w druku w styczniu 2003 r. Po kilku miesiącach pojawiła się też jego strona internetowa. Za kadencji Macieja pismo wychodziło w nakładzie 5 tys. egzemplarzy.

Pierwszy i kolejne numery powstawały w pokoju, w którym redaktor naczelny mieszkał w domu studenckim nr 1 w Katowicach-Ligocie. Koledzy chcieli tworzyć prawdziwy, solidny magazyn. Mieli kolegia redakcyjne, planowali numery, szukali tematów. – Wokół „Suplementu” bardzo szybko zaczęła się gromadzić grupa dziennikarskich zapaleńców – mówi Maciej. – Wiele z tych osób spotkałem potem i nadal spotykam w pracy zawodowej. Poza tym walczyliśmy o pomieszczenie dla redakcji. Po około pół roku się udało i dostaliśmy pokój w budynku obecnie już byłej stołówki studenckiej obok Wydziału Prawa. Trzeba było się też nieźle napocić, żeby dostać pieniądze na działalność. Ale dzięki uprzejmości i wsparciu samorządu studenckiego, rektora i innych jakoś się udawało.

– Pismo było czymś ważnym – mówi. – W przeciwieństwie do większości ówczesnych magazynów studenckich „Suplement” nie był magazynem złożonym z felietonów o muzyce, filmie czy innych przemyśleń młodego autora, który chciał je przekazać światu. Wzorowaliśmy się na tygodnikach opinii.

W trakcie studiów Maciej został współpracownikiem „Dziennika Zachodniego”, potem był reporterem i wydawcą "Aktualności" TVP Katowice. W 2008 r. zaproponowano mu stanowisko zastępcy szefa redakcji informacyjnej w nowo powstającej telewizji TVS. Od 2010 r. prowadzi agencję reklamową Formind. – Pismo było fundamentem całej mojej przyszłej drogi zawodowej, ale i osobistej. To właśnie w „Suplemencie” poznałem kobietę mojego życia – mówi. – Doświadczenie wyniesione z tych czasów procentowało potem wiele razy. Działalność studencka, czy to w kołach naukowych, magazynach, samorządach, to doskonała podbudówka przed startem w dorosłe życie zawodowe. Taka działalność jest dla studenta niemal równie ważna, jak zdawanie kolejnych trudnych egzaminów podczas sesji.

Szlifowanie warsztatu

W 2005 r. Maciej przekazał redakcję Marcinowi Badorze, studentowi politologii na specjalności dziennikarskiej. Pierwszy zredagowany przez niego numer wydany został w maju 2005 r., a ostatni w czerwcu 2006 r.

Raz w miesiącu zespół spotykał się w redakcji, która mieściła się wówczas na Wydziale Fizyki. Przychodziło kilkanaście osób, ale skład nie był stały. Zawsze pojawiał się ktoś nowy, inni znikali. Najważniejszym zadaniem kolegium było zaplanowanie najbliższego numeru. – Przynosiłem szablon przedstawiający każdą z dwudziestu stron i wypełniałem go propozycjami tekstów – mówi Marcin.

Głównym punktem numeru był raport. W założeniu miał zajmować trzy strony i dać motyw okładki. To zawsze miał być nośny temat, który weźmie na siebie ciężar całego numeru. Zadanie sporządzenia go dostawały co najmniej dwie osoby spośród bardziej doświadczonych i zaufanych. – Raz zdarzyło się, że wyznaczone osoby zawiodły i to była sytuacja prawdziwie kryzysowa. Zazwyczaj jednak współpracownicy wywiązywali się z pracy bardzo profesjonalnie, mimo że nie mogli liczyć na nic oprócz satysfakcji. To była najłatwiejsza część przygotowywania pisma. Na tym przynajmniej się znałem, dzięki doświadczeniom ze współpracy z „Dziennikiem Zachodnim” – wspomina Marcin.

20 lutego 2013

Sto lat dla raperów z Mad Crew

www.suplement.us.edu.pl, luty 2013

7 lutego na 18. urodzinach muzyków występujących pod szyldem świętokrzyskiej grupy wystąpili m.in. Baku Baku Skład, Abradab, Joka, DJ Feel-X, Gutek, WSZ i CNE.


Joka w Mega Clubie

fot. KM

Grupa powstała w 1995 r. w mieście Końskie. Założycielem jest DJ Feel-X, były członek nieistniejącej już legendarnej formacji Kaliber 44. Didżej prowadzi obecnie tyskie wydawnictwo fonograficzne i studio nagrań Siła-z-pokoju.

– Mad Crew nie zrodziło się w mojej głowie, ale w naszych sercach i dlatego może z tak prawdziwym uczuciem pielęgnuję je do dziś dnia – mówił Feel-X w wywiadzie dla „Ultramaryny”.

W katowickim Mega Clubie publiczność usłyszała m.in. piosenki: „Masz albo myślisz o nich aż...” i „Gruby czarny kot” (Kaliber 44), „Pom pom” (Indios Bravos), „Mamy królów na banknotach” i „Rapowe ziarno 2 (Szyderap)” (Abradab) oraz „Reprezent” (Miuosh).

Dwa dni wcześniej podobna urodzinowa impreza miała miejsce we Wrocławiu. Wydarzenia zarejestrowane zostały na potrzeby koncertowego DVD, które ma ukazać się w tym roku.

– Byłam tylko do Baku Baku. Potęga! Było megasuper! – komentowała Karina, jedna z uczestniczek katowickiego koncertu – Tylko publika mnie trochę zawiodła. Gutek świetny! Wszyscy zresztą, DJ Feel-X, Kocur.

BK

Lao Che. „Soundtrack” do obrazu, którego nie ma

www.suplement.us.edu.pl, luty 2013

Mówi, że do życia nikt ci ściągi nie podrzuci, że najważniejsza jest miłość, że kotwicą tkwi w odizolowanym systemie, że jest tu i teraz, że czasem wyjdzie na koncert i się morduje. O nowej płycie płockiej grupy Lao Che i innych rzeczach, po koncercie w zabrzańskim CK Wiatrak, opowiada Hubert „Spięty” Dobaczewski, wokalista zespołu.


Lao Che w CK Wiatrak

fot. KM

Jesteście w trakcie trasy koncertowej, która promuje album „Soundtrack”. Płyta zbiera dobre recenzje. Singiel „Zombi!” ma wysokie miejsce na liście przebojów Trójki. Jak oceniacie odbiór płyty?

Na liście przebojów jest jedna piosenka, która nie do końca pasuje do całego albumu, wyłamuje się. Z drugiej strony jest nośnym singlem. Reprezentuje nasze podejście do muzykowania. Jest agresywna, a tekstowo abstrakcyjna. Lubię takie rzeczy pisząc teksty.

Płyta nie jest przebojowa. Jest trudna. Jak ktoś śledzi to, co robi Lao Che i chce się z płytą zapoznać i w nią wniknąć, to ma materiał, który jest bogaty. Jest na niej sporo pomysłów i muzykowania, ale czy to komuś pasuje czy nie, to jest już indywidualna sprawa. Płyta nie jest nośna, nie wchodzi od pierwszego razu, nie jest oczywista.

Z płytą wiązał się projekt filmowy. Dlaczego nie został zrealizowany?

To obszerna opowieść. Zawsze robiliśmy muzykę obrazową – od pierwszej płyty „Gusła”, na zasadzie słuchowiska. Wyobrażasz sobie jakieś sytuacje i je opisujesz dźwiękiem i słowem. Przed tym, kiedy zaczęliśmy komponować piosenki do piątej płyty, pojawił się team filmowy, który powiedział, że mamy podejście filmowe, więc razem możemy stworzyć coś obrazowego. Potem się to rozpadło, a my wtedy pomyśleliśmy, żeby zrobić soundtrack do obrazu, którego nie będzie.

Czyli pomysł filmowy był pierwszy.

Nie pamiętam. To był poważny filmowy team, ale to się rozsypało. Potem pojawił się drugi team, który uznał, że te piosenki – skomponowane, z tekstami, nagrane w formie demo – to fajny materiał, żeby zrobić film i próbował to zrobić. Też się nie udało, więc to rzecz niedokończona. Ale z naszej strony udało się nagrać płytę.

Jest szansa, że film powstanie?

Nie wiem. Nie zajmuję się filmem. Pojawili się ludzie, którzy parają się inną formą sztuki, ja się na tym nie znam. Jeśli uznali, że to fajny pomysł, żeby na bazie piosenek zrobić film, to fajnie. Nie udało się. Jakby miało się to udać, to czemu nie.

Pojawiają się głosy, że to najspokojniejsza płyta w waszej karierze.

Najmniej rockowa, bo to chyba o to chodzi, że jest najmniej jazgotliwa. Nie ma przesterowanych gitar, które definiują zespół jako rockowy.

Na „Soundtracku” momentami brzmisz jak w Koli.

To proste nawiązanie. Ktoś patrzy na piosenkę „Jestem psem” przez pryzmat dokonań tego zespołu. W ramach tria Dimon, Denat i ja fascynowaliśmy się hip hopem, jako nowym środkiem wyrazu. Jako zgnuśniali metalowcy stwierdziliśmy, że to coś nowego. Wbiliśmy się w to i w 1999 r. wydaliśmy płytę, a potem założyliśmy Lao Che. Teraz analogia jest taka, że czegokolwiek bym nie zrobił, co oparte jest na bicie i na rymowaniu, to to budzi skojarzenia.

Jesteś autorem tekstów. Poruszasz różne tematy. Mówisz, że „Soundtrack” jest płytą smutną i osobistą, że teksty wiążą się twoimi problemami. Co chciałeś w nich powiedzieć?

Nie wiem. Wyraziłem się w pewnym momencie mojego życia. Padło na moment, w którym nie do końca było mi wesoło i nie chodzi o coś konkretnego. Taka jest natura człowieka, jest sinusoidą. Przynajmniej u mnie. Nie wiem, jak u innych. Pisanie tekstów wpasowało się w dołek. Idea płyty była taka, że będzie to rzecz, która jest wzięciem się za bary z jakąś problematyką i to nie będzie rzecz wesołkowata i głupkowata. To nie ma tak, że kiedy jest jakiś problem, to od razu go rozwiązujemy i dostajemy odpowiedź. Nikt ci nic nie podpowie. Niestety nikt ci ściągi nie podrzuci, więc musisz sam poszukiwać i starać się sam w tym wszystkim połapać. To nie jest łatwe. To dzieje się falami, przynajmniej w moim przypadku. Trochę przysypiam, gdzieś funkcjonuję, żyję sobie, a potem łapią mnie rozterki, a ponieważ jestem niecierpliwy i brak jest odpowiedzi, to mnie to frustruje i ciągnie w dół.

Masz prawie czterdziestkę. Jakieś odpowiedzi się pojawiły?

Na parę rzeczy tak. Ale jest gros, na które odpowiedzi nie znam i nie wiem, czy poznam. To są subiektywne sprawy.

Dla ciebie najważniejsze w życiu jest...

Miłość. Pomyślałem ad hoc. Ale to chyba w przypadku każdego. Dzisiaj są Walentynki, więc na pewno miłość.

Lao Che jest w Polsce dość popularnym zespołem. Myślice o karierze za granicą?

Nie jesteśmy z tego pokolenia. Być może są następne pokolenia zespołów, które czują się dobrze z językiem. Jestem rocznik 1974. Kiedy zacząłem muzykować, to to była końcówka komuny. Kotwicą tkwię tutaj, w odizolowanym systemie. Tak się czuję sam ze sobą. Nie mam potrzeby, żeby gimnastykować się z językiem, żeby próbować wyrazić coś komuś tam gdzieś uniwersalnie. Wystarcza mi, żeby wyrażać się dla sporej populacji tutaj, bo tu jest niemały naród, więc jest do kogo mówić, jest do kogo śpiewać i to mi wystarcza. Chyba nie chodzi o to, żeby zawojować świat.

Twoja działalność to nie tylko Lao Che. Często jesteś w trasie i coś robisz. Jak to godzisz bądź jak to godzicie z życiem prywatnym?

To szumnie powiedziane. Grając w zespole dużo się wyjeżdża i dużo jest się poza domem. To nie jest łatwe, jeśli ma się małe dzieci, a my mamy małe dzieci. Dużo energii wpompowuje się w to, żeby wystawić fajny koncert, a potem wraca się do domu i trzeba dobrze wystawić koncert w domu, żeby żona była zadowolona, żeby dzieci były zadowolone, żeby wszystko było dopieszczone, żeby człowiek był zaangażowany. Ciągle jest pompowanie energii i to nie jest łatwe, ale na emeryturę mamy jeszcze czas i nie narzekamy, że nie wiadomo, jak mamy trudno. Z drugiej strony bycie na scenie nie jest łatwe – ma blaski i cienie. Jest fajnie, jak jest fajnie, a jak jest słabo, to jest bardzo słabo – w sensie, że jeździsz na koncerty i każdy koncert chciałbyś wystawić wyjątkowo. Ludzie tego oczekują i to się uda 3-4 razy na 10. Nie wiem, jak długo będzie udawało się tak funkcjonować.

Udają się 3 koncerty na 10?

Nie, tak strzeliłem. Może nie tak. Więcej jest koncertów udanych, nawet subiektywnie z mojej strony patrząc i opiniując. Liczby nie są ważne. Cholernie nie lubię matematyki. Chociaż statystyki są istotne. Nie wiem. Jestem po prostu tu i teraz. Albo się coś uda, albo nie. Czasem wyjdę na koncert i się morduję. Wczoraj graliśmy w Zakopanym. Część załogi mówiła, że świetny koncert, a ja się mordowałem strasznie. Nie miałem siły. Byłem zbitym psem, a dzisiaj bardzo mi się podobało. Miałem luzik. Czasami tak to się pojawia, na zasadzie łaski, a czasami tego nie ma i się człowiek morduje. Jest różnie.

BK

5 lutego 2013

Stara szkoła zamieniła się w miejsce muzyki i sztuki

myslowice.twojemiasto.info, 4 lutego 2013

– Chcemy rozruszać miasto – mówi szef „poMysłowych”. 1 i 2 lutego stowarzyszenie zorganizowało festiwal muzyki i sztuki Old School.


Holly Blue podczas Old School

fot. BK

Impreza odbyła się w dawnym budynku szkoły przy ul. Kościelnej na Brzezince w Mysłowicach. – Wzorowaliśmy się na Golden Vision – mówi Jacek Duda, prezes stowarzyszenia. Festiwal Golden Vision zorganizowany został po raz pierwszy 21 lipca przez katowicką galerię BIBU w szopienickiej hucie Uthemann. Katowicka inicjatywa chce ożywić dawne obiekty przemysłowe przez wydarzenia kulturalne.

Podobną drogę obrali „poMysłowi”. W trakcie dwóch dni mysłowickiego festiwalu na kilku scenach wystąpiło kilkudziesięciu wykonawców muzyki rockowej, elektronicznej i hiphopowej. Na ostatnim piętrze szkoły odbywały się wystawy sztuki.

Wystąpił m.in. olśniewający popwo-alternatywny zespół Holly Blue. Mysłowicka grupa istnieje od 2011 r. W styczniu miała miejsce premiera jej debiutanckiego albumu „First Flight”.

Na scenie zagościł też m.in. wspaniały Generał Stilwell, formacja założona w Mysłowicach w 1986 r. Byłą jedną z pierwszych w kraju wykonującą brytyjski gitarowy rock. Reaktywowana w 2007 r. grupa zaprezentowała materiał z wydanej własnym nakładem płyty „Marta w Nicei” (2012).

Jedną z gwiazd imprezy – co przyznają uczestnicy i organizatorzy – był m.in. rewelacyjny polski muzyk country Peter J. Birch, który mógłby pochodzić – i takie sprawia wrażenie – z Dzikiego Zachodu.

Carlos, Krystian Różycki, wystąpił ze swoim zespołem Czary mary koszmary i ćmy. Był jedną z osób, które pomagały organizatorom w zapraszaniu wykonawców.

Pokaz mody podczas brzęczkowickiej imprezy zaprezentowała, przy współpracy z Sarą Kajzerek, Maryna Bombik, fotograf i właścicielka sklepu z odzieżą Julie Schop.

Na ostatnim piętrze dawnej szkoły miały miejsce wystawy, m.in. Rafała Jagieły, Mariusza Rosińskiego i Wieka.

Już pierwszego dnia uczestniczyło w imprezie ok. 300 osób. Wydarzenie było pilotażowe. O tym, czy będzie miała miejsce kolejna edycja, zadecydują organizatorzy. Mają już w planie kolejne wydarzenia, ale... – Nie chcemy zdradzać szczegółów – mówi szef stowarzyszenia Jacek Duda.

BK

3 lutego 2013

Brawura w Kaloszu

Mysłowice.twojemiasto.info, 3 lutego 2013

Maciej Wachowiak na co dzień występuje w śląskim elektroniczno-punkowym zespole Slutocasters. Od niedawna koncertuje solo, pod pseudonimem Max Bravura. Na scenie pojawia się z gitarą elektryczną. Gra punk, ale występuje w marynarce. Tak było 31 stycznia w mysłowickim pubie Kalosz, w ramach „Leniwej muzyki na koniec miesiąca”.


Max Bravura w Kaloszu

fot. BK

Z macierzystym zespołem zagrałeś już około stu koncertów w kraju i za granicą. Wasz teledysk do piosenki „Monkey Monkey” nominowany został do nagrody festiwalu Yach Film. Czym zaskoczycie publiczność w tym roku?

Materiał na debiutancką płytę czeka już od roku. Ciągle robimy nowe rzeczy, pojawia się sporo gitarowych sampli i mocnych, analogowych brzmień. Jesteśmy na etapie poszukiwania wydawnictwa, które by nam odpowiadało. Myślę, że począwszy od wiosny utwory na żywo ulegną zmianie brzmieniowej. Pierwsze numery próbujemy aranżować w nowych formach.

Czym różni się twoja solowa muzyka od muzyki Slutocasters?

Dynamika i emocjonalność numerów w jakimś stopniu są podobne, ale samo brzmienie różni się diametralnie. W Max Bravura mówimy o gitarze i wokalu, nie ma bitu ani syntez, jako dominanty w brzmieniu. Planuję dołożenie do Maksa perkusji i basu, ale na to trzeba trochę poczekać. Uważam, że na wszystko jest dobry czas i dobry moment. Max Bravura rozwija się stopniowo, choć niektóre stopnie ma już za sobą, przez moje doświadczenie w prowadzeniu Slutocasters, gdzie nadal pełnię rolę managera i członka zespołu.

Co planujesz w tym roku jako Max Bravura?

Na okolice maja w planach jest EP [wydawnictwo promocyjne – red.]. Planuję dużo grania, co zapowiada się dość dobrze. 8 lutego będzie pierwszy eksportowy koncert w Berlinie, a 22 lutego gram w katowickim Rialcie, przed premierą dokumentu o Sixto Rodriquezie. Ciągle powstają nowe utwory. Ciągle też staram się zmieniać aranż numerów, ich kompozycje i ład. To nie sztuka powtarzać to samo, choć oczywiście nie jest to regułą i staram się zachować w tej zabawie zdrowy rozsądek.

Nagrań Slutocasters można posłuchać pod adresem http://soundcloud.com/slutocasters, nagrań Maksa Bavury pod adresem http://soundcloud.com/max-bravura.

BK

17 stycznia 2013

Konserwator, który uratował Giszowiec

"Śląsk", nr 1 (207)

Być może Adam Kudla zostałby zawodowym piłkarzem. Wybrał jednak konserwatorstwo. Dzięki jego inicjatywie uratowano część zabytkowej zabudowy katowickiej dzielnicy. I nie tylko. O jego dokonaniach i wspólnym życiu opowiada Irena Kudla, wdowa po zmarłym 31 sierpnia ubiegłego roku wojewódzkim konserwatorze zabytków w latach 1961-1983.


Adam Kudla z żoną Ireną (2011 r.)

fot. archiwum Ireny Kudli

Naprawdę nazywał się Kudła, ale w wyniku pomyłki w urzędzie, oficjalnie pozostał przy nazwisku Kudla, choć w materiałach pisanych przez niego do Wojewódzkiej Rady Narodowej w latach 70. i 80. widać wybite na maszynie podpisy z nazwiskiem rodziców.

Przez dwie dekady organizował prace i prowadził nadzór konserwatorski m.in. nad zamkiem w Ogrodzieńcu, pałacem w Sośnicowicach, zamkiem w Toszku, dworkiem w Dobieszowicach, pałacem i parkiem w Pszczynie, pałacem w Ogrodzieńcu oraz skansenem w Chorzowie.

Doczekał się uznania nie tylko w kraju. Znał dobrze język angielski i niemiecki, co pozwalało delegować go przez ministra kultury na zagraniczne konferencje konserwatorskie.

– Adam często wyjeżdżał, brał udział w sympozjach – mówi Irena Kudla.

Napisał szereg artykułów. Dotyczyły one m.in. parków w ówczesnym województwie katowickim, obiektów Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej, byłych budynków przemysłowych, ochrony i adaptacji zabytków dla celów rekreacyjnych.

Od 1973 roku Adam był też wykładowcą na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Być może stało się to, jak mówi Irena Kudla, za pośrednictwem architekta prof. Franciszka Maurera, wykładowcy Politechniki. Adam pracował tam przez sześć lat.

W obronie Giszowca

W ramach swojej pracy konserwatorskiej zainteresował się kolonią Giszowiec. Osiedlem robotniczym koncernu Georg von Giesches Erben (Spadkobiercy Gieschego) zbudowanym w latach 1907-1910. Projekt wykonali architekci z Charlottenburga koło Belina – Georg i Jerzy Zillmannowie. Zaprojektowali oni dzielnicę mieszkaniową wzorując się na idei miasta-ogrodu, której twórcą był brytyjski urbanista Ebenezer Howard. Kolonia nosiła początkowo nazwę „Gieschewald” i służyć miała niemieckim górnikom, którzy jednak szybko opuścili Górny Śląsk. Robotnicze osiedle w gminie Janów, na leśnej parceli hrabiego Tiele-Wincklera, polecił zbudować naczelny dyrektor spółki Anthon Uthemann.

W 1964 roku w pobliżu osiedla rozpoczęła wydobycie węgla kopalnia Staszic. Aby zakwaterować pracujących w niej górników, w 1969 roku ówczesne władze podjęły decyzje o wyburzeniu zabytkowej części Giszowca. Sekretarzem KW PZPR był wtedy Zdzisław Grudzień. Na wyburzonym obszarze miały powstać liczące 10-11 pięter bloki osiedla Staszica.

„Ambicje odgrywania awangardy nowoczesności – pisze Elżbieta Kaszuba w Historii Śląska z 2002 roku – przywodziło aparatczyków Grudnia do decyzji i działań skandalicznych, powodujących nieodwracalne szkody. Przykładów dostarczał barbarzyński stosunek do śląskich zabytków kultury materialnej. Na wyburzenie skazywane bywały historyczne obiekty z przełomu wieków XIX/XX, z lekceważeniem fachowej ekspertyzy. Szopienicki Giszowiec [zanim w 1960 roku stał się dzielnicą Katowic, w latach 1951-1960 należał do powiatu Szopienice], już wówczas architektoniczna rzadkość w kategorii zabytków osiedlowego budownictwa robotniczego, w Polsce porównywany z Witominem wzniesionym w okresie międzywojennym dla zasłużonych budowniczych Gdyni, w dwóch trzecich zrównany został z ziemią (wyburzenia przerwały wypadki 1980 r.). Zalesiony azyl w środku zadymionego górniczego miasta, z ogrodami wokół domków ostatnio zamieszkałych przez Ślązaków emerytów z kopalni Wieczorek, jako kapitalistyczny relikt poświęcono wraz z nazwą na rzecz betonowego nowoczesnego osiedla mieszkaniowego”.

Wyburzanie osiedla stało się tematem filmu Kazimierza Kutza „Paciorki jednego różańca” (1979). Obraz opowiada historię mieszkających w jednorodzinnym domku Habryków, którzy nie chcą opuścić swojej ojcowizny.

Działania władz przerwano po interwencji Adama Kudli w Ministerstwie Kultury i jego decyzji z 1978 roku, jako wojewódzkiego konserwatora zabytków. Układ urbanistyczno-przestrzenny Giszowca wpisany został do rejestru zabytków ówczesnego województwa katowickiego. Znalazł się tam fragment osiedla – rynek, szkoła, dawny budynek administracyjny, dawne nadleśnictwo, park centralny, dawna gospoda, budynek łaźni, pralni, magla, dawny zespół domów noclegowych, poczta oraz osiem kwartałów zabudowy mieszkaniowej.

Władze zdążyły jednak wyburzyć 2/3 zabytkowej zabudowy.

Za objęcie ochroną konserwatorską starego Giszowca Adama spotkała polityczna kara.

Ale udało się. Część zachowano. Przypomniano sobie o „Mieście Ogrodów”, kiedy Katowice starały się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

14 stycznia 2013

Generał Stilwell. Płyta po dwudziestu sześciu latach

myslowice.twojemiasto.info, 14 stycznia 2013

Mysłowicka grupa powstała w 1986 r. Była jedną z pierwszych grających w Polsce brytyjski gitarowy rock. Po przerwie wznowiła działalność sześć lat temu. Przy okazji organizowanego przez siebie 10 stycznia w miejskim Przedszkolu nr 5 Koncertu Zimowego o muzyce mówi lider zespołu, Marek „Dżałówa” Jałowiecki, pracownik placówki.


Marek „Dżałówa” Jałowiecki

fot. archiwum Generała Stilwella

To będzie już szósty Koncert Zimowy. Jak to się stało, że odbył się pierwszy?

Pierwszy był bardzo skromny. Na początku miał być nastawiony na śpiewanie kolęd i pastorałek, ale zacząłem myśleć, bo w temacie muzyki czuję się swobodnie, żeby zaryzykować i wprowadzić trochę muzyki rockowej o zabarwieniu alternatywnym, czyli takiej, jaka jest mi bliska. Dla przedszkola to novum. Być może gdzieś jeszcze robi się takie rzeczy, ale w Mysłowicach na pewno już nigdzie.

Można wymienić kilku świetnych wykonawców, którzy wystąpili tu podczas wcześniejszych edycji, przede wszystkim Graftmanna, Iowę Super Soccer, Penny Lane, Milcz Serce. Co roku coś się dzieje. Cechą charakterystyczną jest to, że co roku występuję ja, ale zawsze w innej formie, bo zaprezentowałam tu już Ladislava, Generała Stilwella, siebie solo, a dzisiaj znowu jest inaczej, bo z gitarzystą Generała Bartkiem Koźmińskim.

Był Generał, reaktywowany kilka lat temu i który co jakiś czas pojawia się z koncertem, później grałeś sam, następnie w Delons i Ladislav. Te zespoły już nie istnieją. Grasz teraz solo, z Generałem czy bardziej skupiasz się na pracy pedagogicznej?

Ostatni okres jest bardzo bogaty, jeśli chodzi o wydarzenia artystyczne w moim życiu. Jesienią zagrałem kilka koncertów, we Wrocławiu, w Żywcu, Opolu, Ostrzeszowie, teraz w Krakowie. Zazwyczaj gram w konfiguracji takiej, jak dzisiaj, ale mam Generała Silwella. Reaktywowaliśmy się na poważnie, od dwóch lat pracujemy i w ubiegłym roku nagraliśmy płytę. To debiutancka płyta zespołu.

Po 26 latach.

Za każdym razem powtarzam to na koncertach, bo jest to rekord.

Na Koncercie Zimowym występujesz z Bartkiem Koźmińskim.

Gramy na boku akustyczno-elektroniczne koncerty. Za niedługo zamierzam nazwać ten dwuosobowy projekt, ale dopiero, kiedy nagramy krótki minilongplay.

Mysłowice to nie jest już tak gitarowe miasto, jak w latach 80. Śledzisz to, co dzieje się w mieście w muzyce?

Mimowolnie śledziłem, ale nie robiłem tego celowo. Informacje docierały do mnie mimochodem. Byłem w tym, ale nie byłem zainteresowany sceną mysłowicką. W pewnym sensie jestem jej elementem, więc wiem trochę na ten temat. Gdybyś spytał mnie o twórczość danych zespołów, o ich piosenki, to miałbym problem.

Na Koncertach Zimowych wystąpiło kilka zespołów z Mysłowic. Masz wśród nich faworyta?

Był nim w pewnym momencie Iowa Super Soccer.

Teraz Natalie Loves You.

Nie słyszałem tego. Nie chciałbym dyskredytować czegoś, czego nie słyszałem. Wiem skąd się wzięła Iowa Super Soccer. To był klimat. Wiedziałem, kto to zrobił. Są zespoły, które powstają teraz na fali mody. To nie jest dla mnie przekonujące. Natalia zaistniała w zespole Iowa Super Soccer. Może to jest fajne? Nie wiem, nie słyszałem. Na YouTubie się jeszcze nie skusiłem, zapomniałem. Teraz będę pamiętał.

Osoby zainteresowane egzemplarzem płyty Generała Stilwella „Marta w Nicei” mogą zwrócić się w tej sprawie do zespołu. Informacje kontaktowe pod adresem www.generalstilwell.pl.

BK

5 stycznia 2013

Natalia kocha

myslowice.twojemiasto.info, 2 stycznia 2013

Mysłowicki zespół Natalie Loves You powstał w 2011 r. Muzycy mówią o granym przez siebie gatunku: dream pop, alternatywa, indie. Rozmowa z wokalistką grupy Natalią Baranowską.


Natalia Baranowska

fot. archiwum Natalie Loves You 

Jak zaczęła się wasza przygoda z muzyką?

Zespół powstał mniej więcej rok temu z inicjatywy Grześka Chrząścika i mojej. Potem dołączyli do nas Bartek Pluta, Piotrek Sawicki i Tomek Szczepanek. Każdy z nas zajmował się wcześniej muzyką, więc było nam łatwiej podejść do tego poważnie. Wiedzieliśmy, jak powinniśmy pewne rzeczy robić. Na początku musieliśmy wypracować jakiś system, według którego będziemy robić muzykę, poszukać tego, co siedzi nam w głowach. Jesteśmy na samym początku drogi, jaką musi pokonać zespół, żeby się zgrać, ale coraz częściej zauważam, że każdy wie, jak ma wyglądać efekt.

Singiel i teledysk, którego premiera miała miejsce 3 grudnia, to zapowiedź płyty?

Piosenka „Theory of Moving On” jest jedną z kompozycji, która powstała niedawno, ale wiedzieliśmy, że właśnie ten utwór ma zostać singlem. Jest zwarta muzycznie i tekstowo, odzwierciedla to, co chcieliśmy przekazać. Dodatkowo teledysk, który stworzyliśmy przy pomocy Rumburak Produkcji, dopełnia tę wizję. Zdjęcia rejestrowaliśmy pod koniec jesieni w murckowskim lesie. Piosenka miała na celu pokazać ludziom, że istnieje taki zespół jak Natalie Loves You. Byliśmy mocno zszokowani, że po opublikowaniu jednego klipu tyle się wydarzyło. Zostaliśmy zaproszeni do Telewizji Silesia, "Dzień Dobry TVN", piosenkę doceniła Karolina Korwin Piotrowska [dziennikarka TVN Style – red.], redaktorzy naczelni portali modowych i lifestyle’owych. Otrzymaliśmy dużo miłych wiadomości od ludzi, co było niesamowite. Nie możemy się doczekać koncertów, które zaczynamy już w styczniu. Cały czas pracujemy również nad płytą.

Mówicie, że inspirujecie się skandynawskimi i europejskimi brzmieniami. To znaczy?


Inspirację czerpiemy z wielu wykonawców. Kiedy określamy pewne brzmienia, chcemy przybliżyć klimat, w jakim obraca się nasza muzyka. Podawanie konkretnych wykonawców zamyka, według mnie, pole myślenia na temat zespołu. To klasyczne szufladkowanie. Gdy pada porównanie: „Oni grają jak...”, wtedy kilkanaście innych osób to koduje i zapamiętuje. Powstaje metka, która jednocześnie zabija to, co jest w muzyce danego zespołu naturalne, nieokreślone i indywidualne zarazem. Dlatego wolałabym nie konkretyzować naszych muzycznych inspiracji.

Naprawdę wszystkich kochasz, bez wyjątku?

Nazwę zespołu wymyślił Grzesiek. Kiedy usłyszałam jego pomysł, stwierdziłam, że nazwa jest słodka, infantylna, zbyt prosta. Z biegiem czasu jednak doszło do mnie, że to wcale nie musi oznaczać niczego dobrego. Miłość nie jest jednowymiarowa. Niesie ze sobą tyle różnych emocji, które znajdują się w naszej muzyce. Potem doszłam do wniosku, że Grzesiek jest geniuszem i nazwa została. Natalia kocha i chciałaby, żeby wszystko to było widoczne w piosenkach.

BK