30 kwietnia 2010

Wywiad z Jerzym Stuhrem

„Inspiracje”, 24.10.2005, fragmenty

Współczesne kino jest przedmiotem żywej dyskusji zarówno wśród młodych, jak i starszych kinomanów. Na pytania dotyczące problemów współczesnego kina odpowiada Jerzy Stuhr, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów i reżyserów, rektor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie.

Fot. BK

Znajomy absolwent katowickiej filmówki powiedział mi, że we współczesnym polskim kinie brakuje albo pieniędzy, albo scenariuszy i dlatego tryumfuje kino offowe. Każdy może chwycić za kamerę i robić co mu się podoba. „Pręgi”, „Edi”, „Cześć, Tereska” odniosły sukces. Czy wyższa popularność takich filmów świadczy o sukcesie, czy kryzysie polskiej kinematografii?

To pytanie ma dwa oblicza. Z jednej strony niezwykłe ważnym elementem są narodziny kina offowego, powstałego nie tylko z kryzysu, ale również z łatwości dostępu do kamery. Każdy ma dostęp do sprzętu, który może dać profesjonalną jakość obrazu. Offowe kino zawsze musi być uzupełnieniem oficjalnego nurtu. Czasem może go wyprzedzać i stać się awangardą, jak często dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Tam wyznacza ono mody, które przejmuje kino oficjalne. Kariera Jarmuscha lub duńskich artystów skupionych wokół Dogmy są tego najlepszym przykładem.

Źle się dzieje, jeśli takie kino wypełnia lukę, którą tworzy kino oficjalne. U nas te proporcje się zachwiały, chociaż pomimo to powstaje w naszym kraju ok. 15 filmów oficjalnego nurtu rocznie. Taka ilość chyba wystarczy.

Kino offowe istnieje na zachodzie i w Ameryce od kilkudziesięciu lat, a u nas pojawia się teraz. Czy to oznacza zaściankowość polskich filmów?

Nazwałbym to luką i nadrabianiem chaosu twórczego lat 90. Wtedy starsze środowisko filmowe zgłupiało, bo zabrakło mecenasa państwowego, z którym borykali się cenzuralnie – nie finansowo. Filmu nie można już było zrobić od razu. Dawniej minister dawał na to pieniądze, a teraz nie. Drugim problemem był strach, że ludzie nie pójdą do kin, więc zaczęto myśleć jak Amerykanie. Powstała seria nieautentycznych filmów. Polskie kino straciło wyraźną twarz, widzianą z zewnątrz. Odrodzenie pojawiło się pod koniec lat 90.

Obecnie nowe pokolenie wie, jakie chce robić filmy. Niestety, ci, którzy dają na te produkcje pieniądze, jeszcze w nich nie uwierzyli. Poza tym sytuacja kina światowego się zmieniła. Jest ono w głębokiej rozterce, co zauważam podróżując po świecie.

Wspomniał pan, że „dopóki młodzi filmowcy nie poprawią strony technicznej swoich prac, trudno im będzie dostać się na wielkie ekrany”. Co złego pod względem technicznym jest w polskich produkcjach?


Wielkie ekrany to dla mnie ekrany światowe. Zweryfikowałbym to zdanie, bo zauważam coraz więcej taniochy i publiczności, która zaczyna się przyzwyczajać np. do filmów kręconych kamerą cyfrową, a nawet woli je od filmów robionych na normalnej taśmie celuloidowej. Nie przeszkadza jej ziarnistość i strona techniczna, która jest nie do zaakceptowania przez profesjonalistów.


Boję się, że zmienią się kanony estetyki u odbiorcy. Wtedy technika taśmy filmowej zacznie odchodzić w niebyt, chociaż jeszcze się trzyma i odgrywa swoją rolę.

Wczoraj oglądałem relację z festiwalu etiud filmowych w Łodzi. Wygrał film, nagrodzony m.in. za piękne zdjęcia. Reżyser – Bułgar – dostał pieniądze, ponieważ mu zaufano i zrobił film o trzy klasy lepszy niż pozostałe.

Czy młodemu twórcy filmowemu trudnej zdobyć zaufanie niż doświadczonemu i starszemu?

Nawet ja, osoba uprzywilejowana, nie mam różowo.

Do „Pogody na jutro” zbierano pieniądze przez dwa lata.

Na przykład, ale to nie była wielka tragedia, chociaż przy poprzednich filmach nie miałem tego problemu. To znaczy, że teraz wszystkim patrzy się na ręce. Największym problemem jest wbrew pozorom dystrybutor. Może tego nie widać na zewnątrz. Zawsze znajdzie się producenta, nawet przy niewielkim budżecie, ale pod warunkiem, że najpierw znajdzie się dystrybutora. Młodzi są biedni, bo dystrybutorzy ich olewają. Filmy z ostatnich dwóch lat festiwalu w Gdyni były dystrybucyjną klęską do tego stopnia, że nie ogłasza się jej wyników.

Przez pana słowa na toruńskim Festiwalu Toffi zrozumiałem, że lepsze są filmy bardziej ogólne, ale docierające do większej ilości odbiorców.

Aby doszło do oddziaływania, język filmu musi być przekładalny, uniwersalny. Zawsze daję na to dwa przykłady. Pierwszy to „Dekalog” Krzysztofa Kieślowskiego. Fenomen tego cyklu polegał na tym, że opowiadał o osiedlu Stawki w Warszawie, a był rozumiany na całym świecie. Kieślowski opowiadał o swoim otoczeniu, a ludzie na całym świecie mogli się z tym utożsamić.

Drugim znakomitym twórcą był Tadeusz Kantor, który całe życie opowiadał tylko o sobie. Każde jego przedstawianie opowiadało o jego dzieciństwie, młodości, wojnie, o tym, z czego wyrósł, jakie miał kompleksy, ale robił to używając takiego języka, że ludzie na całym świecie go rozumieli. Mało tego – wzruszało ich to. Tego mi brak u młodych twórców.

Młodzi boją się zająć stanowisko. Nie chcą dać nadziei, pokazać, za czym się opowiadają. To jest najtrudniejsza rzecz. Młodzi potrafią bardzo dobrze opowiadać o tym, o czym chcą i doskonale narysować rzeczywistość. Tylko gdzie u nich stanowisko? W programie „Café Kultura” rozmawiałem z Dariuszem Gajewskim, reżyserem filmu „Warszawa”, którego bardzo lubię. Zapytałem go: „Panie Darku, pięknie pan to pokazał, tylko niech mi pan powie – jechać tam, czy nie?".

Jaka była odpowiedź?

Nie ma tej odpowiedzi.

Byłem w październiku w Denver na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym, gdzie pokazywałem „Pogodę na jutro”, ale był tam również prezentowany film „Warszawa”. Po jego projekcji podeszło do mnie polskie małżeństwo i zapytało: „Proszę pana, to tak teraz jest w Polsce? Tak strasznie?”. Powiedziałem, że też tak jest, ale, żeby nie wyrabiali sobie zdania na podstawie tego obrazu. Po moim filmie nikt nie przyszedł z takim pytaniem, bo chociaż również pokazuję rzeczy drażniące i przykre, to Amerykanie mają podobne problemy z dziećmi. Każdy je ma.

Wczoraj oglądałem „Zmruż oczy” – to jest wybitny film. Tam bohater się opowiada, odchodzi i mówi, że nie chce tamtego świata, idzie szukać swojego. To jest przesłanie.

Podobnie jak w „Pogodzie na jutro”?

W każdym filmie staram się dać przesłanie, choćby minimalne. Kiedy się ma wprawę, to w trakcie pisania scenariusza wszystko jest łatwe, ale na końcu pióro zaczyna drżeć. Jak mają wyglądać ostanie sceny? Łatwo urwać, albo puścić w ciemną stronę. U nas w środowisku mówi się, że malować świat na czarno jest łatwiej, niż dać nadzieję. Nie trzeba wymyślać, wystarczy codziennie otworzyć gazetę. Kiedy chcesz dać nadzieję, krytycy mówią, że jesteś moralizatorem, dydaktykiem, a przecież sztuka nie ma być dydaktyczna, lecz zadawać pytania. Publiczność z kolei bardzo chce przesłania. Wiele razy słyszałem już od widzów: „Dziękujemy, że wskazał nam pan drogę”. Jak pięknie powiedział po premierze „Pogody na jutro” pewien młody człowiek: „Dziękujemy panu za ten film, bo pokazał nam pan, młodym, niebezpieczeństwa, jakie na nas mogą czyhać. Jeszcze nikt ich tak wcześniej w filmie nie zebrał”.

Młodzież nie wie, na jakie niebezpieczeństwa jest narażona?

Trzeba to było usugestywnić, zrobić coś, żeby młody człowiek mógł się utożsamić z bohaterem na ekranie. Kiedy ktoś ci mówi o różnych problemach lub czytasz o nich w podręcznikach, myślisz, że one cię nie dotyczą. Kiedy zobaczysz je w okolicznościach tobie bliskich, to wizja staje się sugestywna i działa. Mam taką nadzieję.

Brak wydźwięku w dziełach młodych filmowców to nie jest chyba jedyny problem. Przyznał pan, że ma wrażenie fragmentaryczności polskiego kina, które nie odpowiada na wszystkie pytania współczesności.

To nie jest minus, ale stwierdzenie faktu. Może stawiam zbyt duże wymagania filmowi polskiemu. Jest bardzo trudno odpowiedzieć na wszystkie niedostatki. Bardzo sobie cenię młodych, np. moich studentów reżyserii, zajmujących się sobą. Kiedy student przychodzi do mnie i opowiada o swoich planach nakręcenia filmu o miejscowości, z której pochodzi, mówię, że to dobry kierunek myślenia, bo jest jego własny. Tutaj zaczynają się schody. Kiedy uczeń chce opowiedzieć o sobie i o tym, skąd wyszedł – brawo! Jednak jakim językiem to zrobić? Jaką formą? Zastanawiamy się razem cały rok. Wymyślić temat jest bardzo łatwo. Jednak język musi być uniwersalny, a młodzi nie znają jeszcze na tyle swojej publiczności, żeby go dla niej stworzyć.

Czy istnieją więc na dzień dzisiejszy jakieś atuty, którymi moglibyśmy się pochwalić za granicą?

Nie, mamy kryzys. Swoich problemów nie potrafimy artykułować w sposób uniwersalny. Po drugie, być może nasze problemy zaczynają przypominać problemy innych ludzi na świecie i ich nie interesują.

Dlaczego ktoś miałby się interesować naszymi problemami?

Ludzie zawsze się interesują! Na tym polega magia kina! Chcesz się dowiedzieć co jest  t a m !

Mówi pan, że pokazywanie podobnych problemów jest dla kina niekorzystne, a sam robi „Pogodę na jutro”?

Jest jakiś fenomen w tym filmie. Duża dawka humoru niesłychanie w nim elektryzuje. Ona ma uogólnienie w postaci końcowych sekwencji i bierze wszystko w nawias, sprawiając, że ten film przestaje być realistyczny. Ma on też siłę w tym, że rodzice, którzy mają podobne problemy z dziećmi utożsamiają się z głównym bohaterem i widzą, że podejmuje on próbę przełamania lodów, naprawy. Jest ona celowo tragikomiczna, ale jest. Nazwałbym to formą katharsis, bo widz zauważa, że problemy można rozwiązać.

Przedmiotem krytyki w tym filmie jest źle wychowywana młodzież, czy źle wychowujący rodzice?

Rodzice. Jeśli mam mówić o oskarżeniu, to oskarżam moje pokolenie, które zapomniało o swoich dzieciach. Tutaj znajduje się moje przesłanie – „Nie jest za późno!”. Starsze pokolenie często mówi, że się nie da naprawiać swoich błędów. W filmie przeor mówi do bohatera: „Wróć do rodziny. Napraw to”, a on na to: „Za późno...”, wtedy przeor oznajmia: „Nigdy nie jest za późno. Tam jest twój krzyż”. Moje pokolenie miało na głowie wolność, solidarność, więc dzieci same się wychowywały w takiej podwójnej moralności. Ten film jest przypowieścią i to źle, kiedy ktoś odbiera go realistycznie.

Jakie są pana artystyczne plany?

Chcę coś robić. Kręcę się. Osobiste tematy już się we mnie wyczerpały. Opowiedziałbym coś z obserwacji, bo w każdym filmie uwalniałem się z moich osobistych problemów.

Są aktualnie dwa tematy, które mnie interesują. Pierwszy – dlaczego ludzie od siebie odchodzą, gdzie kończy się uczucie, jak może ono zmienić się w nienawiść. Problem rozbitych rodzin potwierdza, że ten temat jest ważny. Młodzi ludzie chcieliby się dowiedzieć, dlaczego ich rodzice się rozchodzą. Temat jest, ale powstaje pytanie,  j a k ? Trzeba to opowiedzieć z delikatnością pochylenia się nad człowiekiem, a to jest trudne zadanie.

Drugi pomysł to komedia, ponieważ „Pogoda na jutro” dała mi do zrozumienia, że moje poczucie humoru i doświadczenie odpowiadają na wyzwanie publiczności i to pod każdą szerokością geograficzną. Najszczęśliwsze chwile w moim życiu przeżyłem w Sao Paulo, gdzie widownia, której wszystkie 900 miejsc było wykupione, płakała. Wtedy pomyślałem, dlaczego by nie wykorzystać moich umiejętności? Wolałbym tylko, żeby teraz ktoś napisał mi scenariusz. Jestem tym zmęczony.

Przecież pan to bardzo lubił.

Tak, ale scenariusz, w którym mężczyzna zostawia kobietę już sam bym pisał, a tutaj chcę się po prostu bawić. Myślę o jakiejś komedii, o tym, co przeżywamy w związku z przystąpieniem do Unii Europejskiej. Z jednej strony jest to ważne wydarzenie dla naszego kraju, ale z drugiej zauważam mnóstwo absurdów i śmiesznych sytuacji z nim związanych. Chcę wrócić również z dużym repertuarem do teatru.

Na koniec chciałem zahaczyć o pana słowa, że obecnie ludzie młodzi na starcie są przestraszeni i trudno w nich wzbudzić entuzjazm. Co powinno, pana zdaniem, motywować młodzież, a co motywuje pana do tego, aby wstając codziennie rano nie myśleć sobie: „Boże, znowu kolejny dzień pracy!”?

Też mam takie momenty, ale to mija na spacerze z psem! Najgorsza jest stagnacja i brak nadziei. Rozmawiałem niedawno z Wolfgangiem Beckerem, reżyserem „Good Bye, Lenin!”, o tym, dlaczego dawne NRD jest bardziej do tyłu od wszystkich państw byłego bloku wschodniego. Powiedział mi, że po upadku muru berlińskiego Niemcy wschodnie myślały, że wszystko dostaną od bogatych sąsiadów. Tak się nie stało. Polacy nie mieli bogatego wujka, dlatego musieli się sami organizować i w ten sposób wzrosła inicjatywa. Musi być bodziec energii szukania.

Trudnej wam jest, bo świat stał się bardziej okrutny. Teraz głównym tematem młodych jest samotność. Widzę to u moich studentów. Nie potrafią się porozumieć, słuchać, być w grupie.

To są już raczej skrajności.

Ale taki problem istnieje, a nie istniał 30 lat temu. Wszystko zależy od energii tkwiącej w człowieku, która daje mu satysfakcję spełnienia. Mnie taką satysfakcję przynosi dawanie szczęścia drugiej osobie, choćby przez dwie godziny w teatrze, ale wiem, że jest jej to potrzebne. To jest mój motor do wstania rano – coś komuś powiedzieć, coś dla kogoś zrobić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz