27 kwietnia 2010

Portret Marka Grechuty

Genialność była w nim

"Suplement", Nr 6/2006

In memoriam: portret zmarłego 9 października 2006 roku Marka Grechuty w rozmowie z kompozytorem Janem Kantym Pawluśkiewiczem, współzałożycielem kabaretu, a później zespołu muzycznego Anawa.


Fot. archiwum Marty Wielgus

Połowa lat 60. w Krakowie. Miasto przesiąknięte jest awangardową atmosferą. Tadeusz Kantor przywozi z Francji absurdalne malarstwo i happeningi, a Piwnica pod Baranami jest u szczytu popularności, artyści masowo ściągają do Krakowa, aby złożyć hołd Piotrowi Skrzyneckiemu, bohema spotyka się na jego występach, a Cyrankiewicz i Waldorff oblewani są tam wódką...

Tymczasem przy ul. Skarżyńskiego, kilka kilometrów od Starego Miasta, pomiędzy domami akademickimi Politechniki Krakowskiej, znajduje się studencki klub. W jego wnętrzu stoi zdezelowane pianino, jedyny instrument dla tysiąca studentów. Nikt się nim nie interesuje. Nikt, oprócz kilku przyszłych architektów. – Któryś któremuś musiał tam wejść w paradę, Marek mi, albo ja Markowi – Jan Kanty Pawluśkiewicz opowiada o tym w czterdzieści lat później, w kawiarni „Maska” w podziemiach Teatru Starego w Krakowie. – Życie akademickie poza nauką było bardzo atrakcyjne. Interesowały nas rzeczy, które doprowadziły do naszego spotkania.

Spotkanie przy zdezelowanym pianinie

Towarzystwo przy pianinie zaczytane jest w prozie amerykańskiej. Caldwell, Salinger, Faulkner, Hemingway. Marek imponuje im swoją znajomością poezji. – Był w niej kompetentny i rozszerzał nasze literackie zainteresowania. Ale zorientowałem się, że jego zainteresowanie muzyką było kompletnie absurdalne. Jeśli ktoś komponował piosenki, to było to cenne, ale śpiewać, to był obciach.

Młodzi studenci szybko dochodzą do wniosku, że mogliby założyć coś na kształt nieformalnej grupy artystycznej, która mogłaby dawać popisy, jak Piwnica. Interesują ich przede wszystkim głupoty. – Chcieliśmy robić coś, w czym wydawało nam się, że jesteśmy kompetentni, czyli w bałaganie i absurdzie. – Powstaje Anawa. Jan Kanty Pawluśkiewicz zaczyna komponować piosenki, a Marek śpiewać. – Był dla nas niezbędnym elementem, bo w kabarecie musi być przerywnik w postaci piosenki. Okazało się, że stanowimy wzajemnie uzupełniające się towarzystwo.

Księżyc, wycinane zwierzęta na sznurkach, chwiejący się las z dykty i teksty o amerykańskiej demokracji, wyszukane w historycznych kalendarzach z Biblioteki Jagiellońskiej – tak wyglądają ich pierwsze skecze.

Po założeniu kabaretu dostają druzgocącą recenzję w czasopiśmie „Politechnik”, ale to tylko utwierdza ich w przekonaniu, że należy dalej występować. – Wiedzieliśmy, że to jest znakomite, więc ten dziennikarz, który to napisał musiał być skończonym klepem.

Kiedy dwudziestodwuletni szczupły blondyn staje na scenie, efekt jest rewelacyjny. – Zupełnie tego nie rozumiałem, drażnił mnie jego infantylny przekaz. Jego myślenie i sposób śpiewania były w porządku, natomiast sylwetka kompletnie mi nie odpowiadała. – Krakowskie dziewczyny są Markiem zachwycone i dlatego wieść o nim szybko roznosi się po mieście. Z miesiąca na miesiąc wszystko toczy się bardzo szybko. Jest rok 1967 i Marek bardzo chce wziąć udział w Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Jury podczas eliminacji na Politechnice nie jest nim tak zachwycone jak dziewczyny na występach. – Marek proponował zupełnie inną estetykę poetycką. Kiedy śpiewał: „za smutek mój a pani wdzięk / ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii”, to tamte kmioty nie wiedziały o co chodzi, jaki pęk? Kto mógł sobie wyobrazić, żeby śpiewać utwory Wyspiańskiego, Witkacego, Przybosia, Mickiewicza? Udawaliśmy się w rejony, w które wówczas nikt inny nie zaglądał z piosenką, nawet Piwnica. – Chociaż Marek z ledwością dostaje się do konkursu, w finaleotrzymuje drugą nagrodę, lepsza od niego jest tylko Maryla Rodowicz.


Studencki Festiwal Piosenki okazuje się przełomem. Polskę zalewa 600 tys. pocztówek dźwiękowych z nagranym „Tangiem Anawa” i w dwa lata od startu Marek jest już gwiazdą. – Wystrzelił jak z haubicy. Normalne działo strzela poziomo, a haubica stoi prawie w pionie. Stał się magiczną postacią najlepszego towarzystwa, a „Księstwo Warszawskie” chciało go mieć na salonach. Genialność, jeśli nie ocierała się o niego, była w nim.

Profesjonalny artysta

W 1968 roku Anawa przygotowuje się do występu na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Utwór „Serce” ćwiczy przez pięć dni po dwie godziny, każdy dźwięk musi być idealnie zagrany. Kiedy podczas próby wykonawcy stają na festiwalowej estradzie, są przerażeni. Scena ma czterdzieści metrów szerokości, a oni porozsadzani są na różnych jej końcach. – Myśleliśmy, że to będzie klęska, ale kiedy zaczęliśmy, okazało się, że moglibyśmy grać nawet, gdyby jeden wiolonczelista był na rynku w Krakowie, a drugi na Placu Szczepańskim. Orły, które tam siedziały biły nam brawo, nam, studentom z politechniki!

Piosenka „Serce” zdobywa na Festiwalu Nagrodę Dziennikarzy. – Do osoby Marka należy dodać coś, o czym nie mówi się całej jego zjawiskowości i nieprzystawaniu do logicznych wzorców. Sukces był efektem naszej megaprofesjonalnej pracy. Przez te kilka miesięcy ukształtował się w nim absolutnie kompetentny i profesjonalny artysta. Podjęliśmy decyzję, aby rzucić studia. – Anawa staje się zespołem muzycznym tworzonym przez siedmiu profesjonalistów. W 1970 roku ukazuje się płyta „Marek Grechuta i Anawa”, a rok później „Korowód”. – Nagraliśmy tylko dwie płyty, ale mam wrażenie, że są na tyle gęste, że ludzie do dzisiaj mają ochotę ich słuchać.

Zmęczenie materiału

Któregoś wieczoru w 1971 roku Jan Kanty Pawluśkiewicz mówi Markowi, że muszą się rozstać. Ich aranżacje piosenek zaczynają się różnić. – Sądzę, że musiał to mocno przeżyć, ale obyło się bez elementów dramatycznych. Dynamika wystrzału z haubicy spowodowała, że nie mogliśmy już razem iść dalej. W inżynierii to się nazywa zmęczenie materiału.

Po rozstaniu Marek zakłada zespół WIEM, czyli W Innej Epoce Muzycznej, a Jan Kanty Pawluśkiewicz tworzy z grupą jazzową. Spotykają się raz jeszcze, aby w 1977 roku zrobić musical „Szalona lokomotywa”. Tymczasem od 1976 roku Marek współpracuje z Piwnicą i stale nagrywa albumy, a Jan Kanty Pawluśkiewicz komponuje muzykę do teatru i filmu, tworzy duże formy muzyczne. Ich drogi rozchodzą się na dobre.

Z czasem u Marka ujawnia się choroba która z biegiem lat coraz bardziej utrudnia mu działalność artystyczną. Pod koniec lat 90. przestaje koncertować. W 1999 roku przeżywa tragedię, kiedy na półtora roku znika bez wieści jego syn. Jego ostatnia płyta, „Niezwykłe miejsca”, ukazuje się cztery lata później. W 2004 roku staram się o wywiad z nim, odmawia, nie spotyka się już z dziennikarzami.

Przez ostatnie piętnaście Jan Kanty Pawluśkiewicz widuje go bardzo rzadko. – Tęskniłem za nim, ale nic już razem nie zrobiliśmy. Był mocno osadzony w swoim życiu, a nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Nie ma powrotów i mieliśmy tego świadomość.

Ten, który detonuje Polskę

Kraków, 17 października 2006 roku, słoneczny, jesienny dzień, dochodzi jedenasta. Trumna z ciałem Marka wynoszona jest z Kościoła Mariackiego, tysiące rąk klaszczą mu na pożegnanie. Po południu zostaje pochowany na Cmentarzu Rakowieckim. Wśród tłumu jest Jan Kanty Pawluśkiewicz. Kompozytor zabiera głos i żegna Marka słowami wiersza Leszka Aleksandra Moczulskiego: „Tak wiele ubyło, a tak wiele było / Pasaże z mgły marzeń / w Twoich piosenkach nie miną / Dziś smutek nas boli / gdy wszystko przygasło / Lecz jest Twa muzyka, / Jak kwiaty, jak światło”.


Pogrzeb

Fot. BK

Po pogrzebie Jan Kanty Pawluśkiewicz odbiera telefon. Dzwoni stary znajomy, architekt z Poznania, z którym przed laty spotykali się przy studenckim pianinie.

– Popatrz, coś niesłychanego, Polska jest zdetonowana – mówi znajomy.

– Nasz koleżka, wielki artysta, który po swoim odejściu zostawia wiele tysięcy ludzi.

W krakowskiej „Masce” kompozytor dopala papierosa. – Moje spotkanie z Markiem było połączeniem dwóch skrajnie różnych osobowości... Jakich osobowości?... spotkało się dwóch młodych, rozgrzanych facetów, których coś niesłychanie interesowało i pracowali w determinacji.

BK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz