16 maja 2012

Sztuka na ulicy

"Śląsk", Nr 5 (199)

– Autorem jednego z pierwszych murali w Katowicach (przy ulicach Mielęckiego i Warszawskiej) „Dawno w mieście nie byłem” jest Marcin Maciejowski. On otworzył drogę – mówi organizator kwietniowego Katowice Street Art Festivalu.

Raspazjan, mural w bramie przy ul. Andrzeja w Katowicach

Fot. archiwum Raspazjana

– Street art ma szansę bycia demokratycznym działaniem – mówi dr Irma Kozina, historyk sztuki z Uniwersytetu Śląskiego. – Podoba mi się ta sztuka, natomiast nie podoba mi się, że ktoś niszczy odremontowane budynki.

Dr Kozina mówi o początkach sztuki ulicznej: – Jednym z pierwszych street artystów był Keith Haring. W latach 80. wysiadał na stacjach metra w Nowym Jorku i na tablicy ogłoszeń białą kredą tworzył formy rysowane linią.

Według części znawców, artystów i miłośników steet art powinien być sztuką niekomercyjną. Kiedy w 2007 roku praca jednego z najbardziej znanych streetartowców, anonimowego Brytyjczyka Banksy'ego, została sprzedana za rekordową sumę 102 tys. £, autor ostro to krytykował. – Proces tworzenia aury wokół własnej osoby zalicza się do dzieła sztuki i ludzie płacili za to, że to Banksy – dodaje dr Kozina.

– Chodzi o to, żeby zmieniać miasto – mówi Łukasz Kałębasiak z Instytucji Kultury Katowice „Miasto Ogrodów”, organizatora Street Art Festiwalu. – Zależy nam też na tym, żeby przyzwyczaić ludzi do tego, że aby zobaczyć dobrą sztukę, nie muszą chodzić do galerii. Chcemy też pokazać, że street art nie jest tylko malowaniem murali czy graffiti, ale mogą to być instalacje, wlepki albo knitting, który polega na obszywaniu obiektów. Rola sztuki ulicy to też nobilitacja zrujnowanych miejsc.

Na tegorocznym festiwalu przeważali artyści z zagranicy. Pojawili się też twórcy z regionu: w Katowicach m.in. Magdalena Drobczyk, Mona Tusz i Raspazjan, a w Piekarach Śląskich grupa 0700team – Franek Mysza, Zbigniew Kot i Szwedzki.


Wiadukt nad ul. Żołnierską w Świętochłowicach. 0700team maluje filary. Powstaje mysz, kot i skejt. Przyszła wiosna. Dla twórców graffiti to początek sezonu.

Franek Mysza: – Gdy skończyłem 16 lat zakochałem się w graffiti, wtedy także zacząłem sam malować i nadal to robię, co pozwala mi oddychać w miejskiej przestrzeni. W 2004 roku powstało 0700team i tak rozpoczęła się przygoda ze street artem. Graffiti to pasja życia. Dzięki niej poznałem wspaniałych ludzi i przeżyłem cudowne chwile.

Był 1996, 1997 rok. Wtedy powstały pierwsze tagi i prace w Katowicach, Chorzowie i Siemianowicach. Tak tworzyła się historia śląskiej sceny. Jeździłem środkami transportu i byłem pod wrażeniem, jak wszystko zaczyna się rodzić na moich oczach. Zobaczyłem, jak chłopaki piszą po ścianach i mówię: „Muszę spróbować!”. Zawsze lubiłem rysować – już w podstawówce malowałem po zeszytach. Tworzyłem różne postacie, jednak marzeniem było trafić w ten jeden odpowiedni charakter, który pozwoli mi zarażać optymizmem innych. Tak powstał powstał Franek Mysza.

Na pewno będę malował do końca swych dni, ale nie wiem, czy da się żyć tylko z malowania. To ciężka praca. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że czasem przypomina to prace budowlane, często nosimy ciężkie wiadra czy wspinamy się po rusztowaniach. Od niedawna mam mały problem z kręgosłupem i często malowanie czy samo ruszanie się z domu sprawia ból – jednak nadal to kocham. Mimo tego całego artystycznego syfu. Jak się maluje, człowiek wygląda czasem jak bezdomny. Nie potrafię siedzieć w domu. Kiedy jest ładna pogoda, to każde wyjście traktuję jak polowanie na ścianę. Czuję się jak myśliwy. Chociaż to dziwne, bo zazwyczaj to mysz jest ofiarą.



Drobna dziewczyna o krótkich włosach i wysoki chłopak w dredach przed Teatr Śląski przyjeżdżają na rowerach. Mona Tusz i Raspazjan (Spaz) dzień wcześniej malowali mural w Bielsku-Białej. Zmęczeni piją mocną kawę.

Spaz: Bronię się przed tym, żeby nazywano mnie streetartowcem. Jestem malarzem. Maluję obrazy i murale. Za moich młodych lat, kiedy ktoś malował literki, to było graffiti, a kiedy ktoś malował postać, to było nazywane „charakterkiem”. Teraz „charakterki” są nazywane street artem.

Mona: W ubiegłym roku malowaliśmy w bramie przy ul. Andrzeja w Katowicach. Powstała tam galeria „Ajnfart Story”. Była to dla mnie dość trudna realizacja i inna, niż zwykle konfrontacja z mieszkańcami. Kiedy zaczynałam malować, najpierw przyszedł pan i stwierdził, że to co robię jest brzydkie. Potem pani oznajmiła: „To jakieś wody płodowe! Może to i ładne, ale w galerii, nie tu!”, a ktoś zniszczył część mojej pracy malując na niej kibicowskie hasła. Jednak pod koniec pracy, pan który narzekał na brzydotę, przyszedł podziękować. Mówił, że malowidła zaczynają mu się podobać, a cała brama i podwórko już nie straszy.

Spaz: W przeciwieństwie do Mony dobrze wspominam pracę w tamtym miejscu. W Polsce jeszcze nikt czegoś takiego nie zrobił. To prawdziwa galeria street artu, bo po pierwsze obrazy-murale na stałe „wiszą” na ścianach, po drugie na jeden wieczór zamieniliśmy zwykły ajnfart w prawdziwą galerię sztuki, z prawdziwym wernisażem. Poza tym wcześniej ta brama była ciemna i zasikana, a pod wpływem naszych działań zrobiono tam wylewkę, rynny i oświetlenie.

Mona: Moje prace to podróż do innego świata, w którym np. nie ma grawitacji. Takim światem może być wnętrze stołu, a bohater beztrosko może pobujać się na sękach albo spotykać dziwne siły, przybierające czasem postać nierzeczywistych stworów.

Spaz: U mnie jest zabawa formą. Śląskie symbole pojawiły się w moich pracach, kiedy zacząłem czytać książki o Śląsku. Wciągnęło mnie to.

Mona: Spaz czasem sprawia wrażenie autysty, zamkniętego w świecie swoich rysunków. Ciągle rysuje.

Spaz: Mam mnóstwo pomysłów.

Mona: Przepraszam za tego autystę.

Spaz: W porządku.


Artystka denerwuje się wywiadem. Uśmiecha się. Właśnie wróciła z wyjazdu za granicę. Kilka dni wcześniej chętniej udzieliłaby wywiadu na odległość, przez internet. Zgodziła się jednak na spotkanie.

Magdalena Drobczyk: – Sztuka ulicy jest dla mnie podjęciem dialogu między przechodniami a twórcą, w najszybszy i najprostszy sposób, nie czekając na druk czy publikację w internecie.

W pewnym momencie życia pojawiła się potrzeba przelewania myśli na papier i komunikowania się z ludźmi za pomocą obrazu. Postanowiłam wykorzystać te prace, które miały prosty charakter i przemówić nimi na ulicy w postaci dużych obrazów na murach i ścianach. Miałam świadomość, że przez prostotę mogły więcej powiedzieć.

Idąc ulicą jesteśmy skupieni na sobie i nagle pojawia się komunikat, który umożliwia inne widzenie, niesie ze sobą konkretny przekaz. Większość moich prac jest sposobem na zrozumienie i zmierzenie się z rzeczywistością, ale też rodzajem służby. Umiejętności, które posiadam chcę wykorzystać tak, aby dać coś więcej światu.

Jest praca, która jest dla mnie wyjątkowo ważna. To mural przy ul. Granicznej w Katowicach. Zwraca uwagę na bezmyślne ranienie innych, jest o życiu w chaosie i braku uważności. Miałam kiedyś sen, który tak wyglądał. Mural nie ma tytułu.


Magdalena nie chce więcej mówić. Przemówiła obrazem.

BK

3 komentarze:

  1. Mona Tusz, Drobczyk i Raspazjan to jest KLASA! nie rozumiem jak można było wsadzić ich do jednego worka z tym kartoflem z oczami- monotonnym i odtwórczym, który od 10 lat maluje cały czas to samo! Uważam, że stawianie ich w jednym szeregu jest krzywdzące dla wymienionej wyżej trójcy. Franek to jest JARMARK - DISCO POLO, tamci to SZTUKA WYSOKA !

    OdpowiedzUsuń