5 stycznia 2012

Projekt L.U.C

www.suplement.us.edu.pl, styczeń 2012

– Studia to były trudne chwile, ale nie uważam, żeby cokolwiek w życiu było stracone. – L.U.C, czyli Łukasz Rostkowski, to osoba działająca na wielu artystycznych płaszczyznach. Pierwszą płytę nagrał osiem lat temu w Kanale Audytywnym. Współpracował m.in. ze Zbigniewem Namysłowskim, Leszkiem Możdżerem, Marią Peszek i Abradabem. Laureat wielu nagród. W ramach trasy „Eksperyment Pyykycykytypff!” 23 listopada wystąpił w Katowicach.

Koncert w Oku Miasta. O L.U.C-u mówi się, że porażony jest twórczym ADHD

Fot. KM

Wydaną w 2010 roku płytę „Pyykycykytypff” stworzyłeś wyłącznie własnym głosem. Jak wyglądają koncerty, na których prezentujesz ten materiał?

To bardzo energetyczny i taneczny materiał. Zaskoczyliśmy nim ludzi. Nie za bardzo wiedzą, jak mają reagować. Koncerty nie są typowe. Ludzie przywykli do słuchania tekstów na kołyszących podkładach z dużą dozą instrumentów, a tu powstają niemalże klubowe taneczne bity. Tak czy inaczej, nadal wszystko tworzone jest wyłącznie głosem. Potężne wyzwanie technologiczne.

Na trasie występujesz z Projektem Pokolenie. Co to takiego?

To projekt pod mecenatem Absoluta. Marka z jednej strony nie może, a z drugiej nie chce nachalnie się reklamować. To dla mnie jej duży atut. Nie przykleja łatki, tylko promuje młodych ludzi, którzy robią ciekawe rzeczy. Roztacza mecenat – coś rzadkiego w naszej kulturze. Zorganizowała kilka konkursów. „Beat in the box” był przeznaczony dla beatbokserów. Uczestnicy konkursu pojawiają się ze mną na scenie. Przede wszystkim jeden z najlepszych, czyli Jurny. W poszczególnych miastach pojawiali się pozostali – Zgas, Crashu, Grajek i zwycięzca Bartox. Pracowałem z wieloma. Z Jurnym najlepiej poczuliśmy nić porozumienia. Dobrze poradził sobie z dodawaniem groove'ów, czyli tanecznego tła, do groove'ów zapętlonych prze mnie. Potrafi równo beatboksować, a to wielki atut. To spowodowało, że jest ze mną na całej trasie. Miał być Zgasik, mój przyjaciel, ale pokryły nam się trasy.

Sprzeciwiasz się kiczowatym remontom budynków. Akcja Pospolite Ruszenie przynosi rezultaty?

Trudno powiedzieć. To jest tak, jakby być jedną z witamin z zestawu Centrum. To wielki proces, który potrzebuje wielu witamin. Uważam siebie tylko za jedną z nich, jak na razie niemal jedyną, bo niewiele się robi w tej sprawie. Ale na szczęście coraz więcej. Mają miejsce pewne pozytywne zjawiska, ale nie wiem, które są spowodowane Pospolitym Ruszeniem i moim działaniem, a które działaniem innych. Najważniejsze, żeby działać. Być może ludzie zaczynają dojrzewać estetycznie. Pospolite Ruszenie wystartowało doceniając już blok we Wrocławiu, pomalowany z ciekawy sposób.

Jeżdżąc po Polsce widzę coraz więcej renowacji, które są fajnie zrobione. Z postowieckim bałaganem najlepiej poradziła sobie Warszawa, chociaż bałagan ma najgorszy. Bloki odnawiane są tam w najbardziej europejski sposób.

Pewnego dnia byłem u przyjaciela. Staliśmy na balkonie i zobaczyłem, jak zdejmują rusztowanie. Cała ulica została spójnie pomalowana w kolory około żółci. Miałem poczucie, że się udało. Czy to z powodu Pospolitego Ruszenia? Być może, ale nie przeceniałbym jego siły. Na pewno fajnie, że połączyliśmy siły z innymi akcjami – Napraw sobie Miasto, Re-blok itd.

We Wrocławiu zrobiliśmy duże zamieszanie. Myślę, że dotarło tam do ludzi, że to nie jest fajne szpecić miasto w tysiącach pastelowych kolorów. Moim celem jest mącenie umysłów. Dotarliśmy do mediów, ale oddziaływanie ze strony społeczeństwa jest żenujące. Już wiele razy miałem poczucie, że tematy, które są dla mnie jak wódka dla drinka zupełnie nie interesują ogółu. Robię swoje, ale nie oczekuję, że pejzaż naprawi się z dnia na dzień.

Jako człowiek, który zna kilku designerów, przebywa w ich świecie, wie jak profesjonalnie odnawia się bloki i ma siłę komunikowania, poczułem obowiązek wykorzystania demokracji, którą wywalczyliśmy i powiedzenia tego głośno.


Byłeś jednym z organizatorów dyktanda „Rymoliryktando”, przeprowadzonego w listopadzie w Warszawie. W jednej z twoich piosenek gościnnie wystąpił prof. Jan Miodek. Piękna polszczyzna jest dla ciebie ważna?

Ważne jest dla mnie używanie słów w taki sposób, żeby drugi człowiek czuł się szanowany i żeby dialog był zrozumiały dwustronnie. Nie jestem promotorem mowy polskiej. Nie uważam się za autorytet lingwistyczny. Dużo klnę, ale jestem pasjonatem słowa. Uwielbiam bawić się słowami i kryć w nich sensy. Im więcej sensów, tym bardziej to dla mnie ciekawe.

Wielokrotnie słyszałem, że moje teksty są tak pokręcone, że ciężko je zrozumieć. Stwierdziłem, że mogą nadać się na dyktando. Mam wrażenie, że piszę dyktanda, a nie piosenki. Wystarczy użyć paru skomplikowanych słów, stworzyć parę neologizmów i ludzie już zaczynają kręcić nosami. Dyktando jest też promocją słowa w wymiarze moralnym – tego, abyśmy dotrzymywali słowa.

Twoja nowa płyta „Planet L.U.C. Kosmostumostów” ukazała się w październiku. Tym razem nagrałeś ją z zespołem. W książeczce-komiksie z tej płyty są miejsca na naklejki, które będzie można dostać na koncertach. Kiedy się rozpoczną?

Wydaję płyty na jesień, a koncerty ruszają w kwietniu.

Projekt Planeta składa się z wielu ścieżek, tak jak planeta ma wiele stron, w które można pójść. Okładka jest zabawą, w której zapraszamy ludzi na koncerty. Będą dostawać naklejki i sami kreować sobie komiks. Brakujące ilustracje będzie można zobaczyć na różnych ścianach we Wrocławiu. Te elementy mają się połączyć – okładka płyty i naklejki.

Przede wszystkim rysujemy komiks, który w formie książkowej ma wyjść na wiosnę. Na razie jesteśmy opóźnieni. Okazało się, że jeden rysownik to za mało. Cały czas rysuje, a jeszcze dochodzi mu pracy, bo 2 grudnia będzie premiera komiksowego teledysku.

Płytą „Kosmostumostów” chcesz pomóc ludziom odnaleźć swój życiowy peron, tak jak tobie pomógł Wrocław. Co wyjątkowego ma w sobie to miasto?
Jest to powiedziane na płycie. Mowa tu o duchu, który do mnie przemówił. Pewnego dnia zaczął inspirować mnie do zmiany swojego życia, które prowadziło mnie do depresji i tragedii, która mogła się wydarzyć. To miasto wyciągnęło mnie przez swoją kulturę – przez energię, ludzi, którzy w nim są, plakaty, warsztaty, które ogłaszane są na murach. Ważnym elementem są znaki, o których mówię w jednym z utworów, chyba w „Studium zagubionych dusz”. Zacząłem czytać znaki. Nie chciałem tego mówić w sposób bezpośredni. Chciałem to ubrać w abstrakcyjną baśń. To z jednej strony skazuje na niezrozumienie, a z drugiej daje większe pole do interpretacji. Na tym mi zależało.

Skończyłeś prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, ale określasz te studia jako swoją tragedię. Dlaczego?

To nie był mój świat. Próbowałem się tym zainteresować, ale kiedy na pierwszym roku skończyły się zajęcia z historii, to już kompletnie nie widziałem w tym nic inspirującego. Później były już tylko przedmioty prawnicze. Historia mnie interesowała, chociaż to też było bezmyślne – kucie na pamięć dat, a nie rozmowy o tym, ilu Tatarów na raz ciął Pobożny, albo jakie imprezy robili w Biskupinie 3 tysiące lat temu. Prawo to studia, które odmóżdżają, niszczą wrażliwość. Tworzą machiny, które nie myślą, tylko działają według schematów. Polskie studia w dużej mierze nastawione są na kucie, nie na uczenie myślenia, a ja hołduję zasadzie: cóż z tego, że wiem, jeśli tego nie rozumiem? Ale nie można generalizować – spotkałem tam kilku wartościowych ludzi. To było też dla mnie zagubienie środowiskowe, niepasowanie do grupy, która uważała mnie trochę za wariata.

Przez te pięć lat mogłem ćwiczyć beatbox, pisać rymy, produkować muzykę, uczyć się filmu, kręcić teledyski i reżyserować. Mogłem wiele przez to zyskać, ale nie uważam, żeby cokolwiek w życiu było stracone. Tak miało być. Taka jest moja karma.

Kiedy „Kosmostumostów” znalazło się w internecie, mówiłeś o wycofaniu się z branży. To poważne plany?

Myślę o tym. Nagrywam płytę, wymyślam koncept i jak tylko trochę fantazjuję, to od razu są problemy. Problemy w tłoczni, spóźnienia, nieprawidłowe wycięcia. Do tego dziennikarz dzwoni i mówi, że płyta jest w internecie. To moja pasja, kocham to. To jest potrzeba komentowania, mówienia, grania, bycia z ludźmi, ale nie wiem, czy będę wydawał płyty. W ogóle ostatnio mam poczucie, że im wyżej wchodzisz, tym większe próbują ci wbić szpile. Chciałbym trochę zwolnić. To efekt kumulacji – „Rymoliryktando”, Pospolite Ruszenie, „Kosmostumostów”, koncerty. Powinienem teraz chyba leżeć na Kanarach. Ale na pewno będę tworzył, bo kreowanie i obcowanie ze sztuką to całe moje życie.

BK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz