28 kwietnia 2014

Prof. Karol Modzelewski. Buntownik w imię ideałów

www.radiokrakow.pl, 28 kwietnia 2014

Wolność nasza jest chroma, jest słaba, narażona na zniszczenie – mówi dziś gorzko jeden z najbardziej znanych działaczy opozycji w PRL, mediewista prof. Karol Modzelewski. O walce sprzed lat i kulawej wolności po 1989 r. rozmawiała z nim Jolanta Drużyńska w programie „Koło kultury – dokument historyczny”.


Wręczenie Nagród Znaku i Hestii 23 kwietnia

fot. Klaudyna Schubert

Książka „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca” prof. Karola Modzelewskiego to opowieść o burzliwej historii człowieka czynnie zaangażowanego w walkę z minionym systemem. Publikację doceniło jury Nagrody Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera i uhonorowało ją w kategorii publicystyki. Laureat odebrał nagrodę 23 kwietnia. Tego dnia był też gościem Radia Kraków.

Karol Modzelewski maturę zdał w Warszawie mając zaledwie 17 lat i w tym samym roku rozpoczął studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim (1954). Tam poznaje m.in. Jacka Kuronia, Andrzeja Garlickiego, Teresę Monasterską, z którymi angażuje się w studencki ruch rewizjonistyczny. Jest rok 1956. Na XX zjeździe KPZR I sekretarz Nikita Chruszczow wygłasza tajny referat „O kulcie jednostki i jego następstwach”, poddający Stalina i jego rządy miażdżącej krytyce, jako rządy terroru. – To był moment zwrotny dla całego mojego pokolenia – mówił w trakcie programu prof. Modzelewski. – Znaliśmy ten referat, bo bez problemu można było go kupić na bazarze Różyckiego.

– Jednak w 1957 r. wstąpił pan do PZPR. Dlaczego? – pytała Jolanta Drużyńska. – Zawsze tłumaczyłem, że Kuroń mi kazał – mówił profesor – a tak poważnie dlatego, bowiem uznaliśmy, że walka o odnowienie systemu rozegra się właśnie w partii. – Jak zaznaczył krytyka ówczesnego systemu mogła być prowadzona tylko w języku marksizmu i reżimowej propagandy.

– Do 1964 r. próbowaliśmy działać w obrębie legalnych struktur – mówił. W tym roku z Jackiem Kuroniem zostali usunięci z partii. W odpowiedzi wystosowali „List otwarty do Partii”, krytykując w nim linię polityczną PZPR. Krytyka spotkała się z ostrą reakcją władz. Zostali aresztowani i rok później skazani na 3,5 roku więzienia. Modzelewski warunkowe zwolnienie otrzymał w 1967 r., po 2 latach i 5 miesiącach pobytu w zakładzie karnym. W wyniku aresztowania skreślony został także ze studiów doktoranckich.

Komentując swoją pierwszą „wpadkę” prof. Modzelewski przytoczył anegdotę. Kiedy po raz pierwszy zatrzymała ich bezpieka w listopadzie 1964 r., starszy funkcjonariusz powiedział mu wówczas: „Panie Modzelewski, taką konspirację to wziąć i o dupę potłuc”. – Nauczyliśmy się, że trzeba działać inaczej – mówił profesor.

W trakcie programu Jolanta Drużyńska i prof. Karol Modzelewski rozmawiali także o mało znanej rewolucyjnej działalności słynnego późniejszego reformatora teatru Jerzego Grotowskiego, także o pobycie Modzelewskiego we Włoszech, podczas którego naocznie przekonał się, jak działa system wielopartyjny w demokratycznym państwie.

Kolejnym ważnym wątkiem poruszonym w rozmowie były wydarzenia z marca 1968 r. i drugie aresztowanie Modzelewskiego. Ponownie został skazany wtedy na karę 3,5 roku więzienia, które opuścił w 1971 r.

Pierwsza połowa lat 70., „mała gierkowska stabilizacja”, to czas, który Modzelewski poświęca na prace naukową w Instytucie Historii Kultury Materialnej PAN we Wrocławiu (1972-1983). Choć protestuje ponownie po wydarzeniach 1976 r. pisząc m.in. list otwarty do I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, nie związuje się ze zorganizowaną opozycją: powstałym w 1976 r. Komitetem Obrony Robotników czy Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela. O swoich ówczesnych poglądach mówił w programie: – System był całością międzynarodową, imperialną strukturą i nie można go było w Polsce czy w Czechosłowacji obalić, ponieważ wywoływał reakcję imperium. Przestałem wierzyć, że łatwo może dość do rewolucji. – Jak mówił uznał wtedy, że dojście Gierka do władzy, wraz z jego zmianą stosunku do żądań robotniczych, nie jest najgorsze.

W 1980 r., podczas rozmów strajkujących z komisją rządową w Stoczni Gdańskiej, Modzelewski próbuje nawiązać kontakt z ekspertami strajkujących. Z racji dwukrotnego wyroku, co mogło zaszkodzić wizerunkowi przedstawicieli strajkujących, nie jest przez nich przyjęty do grona doradców. Bierze jednak czynny udział w powstaniu wolnych związków zawodowych we Wrocławiu, a potem na szczeblu centralnym NSZZ, którego nazwy „Solidarność” był pomysłodawcą.

13 grudnia zostaje internowany, a w 1982 r. wraz z grupą 10 innych działaczy aresztowany (będąc w obozie internowanych) pod zarzutem próby obalenia ustroju PRL. Zwolniony został na mocy amnestii dopiero w 1984 r.

Po transformacji ustrojowej (czerwiec 1989 r.) sprawował mandat senatora I kadencji, wybrany z ramienia Komitetu Obywatelskiego (1989-1991). Na początku lat 90. współtworzył Solidarność Pracy, a następnie Unię Pracy. – Wolność po 1989 r., choć tak dla mnie ważna, to wolność bez braterstwa i równości – mówił. – Środowisko robotnicze jest najbardziej poszkodowane przez transformację.

Gość mówił o zbyt szybko przeprowadzonej reformie i „Solidarności” z 1980 r. – Plan Balcerowicza powiódł się tylko dlatego, że nie było już tamtej „Solidarności”. Mit pierwszej „Solidarności” przeżył się – dodał na zakończenie profesor. – Pod osłoną tego mitu zrobiono brutalną reformę, której skutkiem okazało się wyrzucenie poza nawias twórców tamtej społecznej solidarności.

W 1998 r. Karol Modzelewski, wraz z Jackiem Kuroniem, został odznaczony Orderem Orła Białego.


Listy do redakcji:

Mam 45 lat. Słuchałem audycji i po raz pierwszy dotarło do mnie, dlaczego jest tyle buntu i niezrozumienia dla wielkich przecież osiągnięć polskiej transformacji. Szanując ją zgadzam się z p. Modzelewskim. Tylko co dalej należy w Polsce zrobić, żeby zabliźnić te bolesne podziały?
Radek


Wypowiedź K. Modzelewskiego była spokojna i wyważona. Głos przypominał nieco inną znaną postać.
Ode mnie 2 krótkie stwierdzenia (znam omawiane czasy):
– punkt widzenia zależy od punktu „siedzenia”; stąd tak wiele różnych opinii; dobrze, że jest jeszcze komu ująć się za tych pokrzywdzonych przez 2 epoki,
– smutne jest, iż dla dzisiejszego pokolenia brakuje wzorców; tzw. kombatanci często okładają się nawzajem błotem, pomówieniami i z ich ofiary pozostaje chaos.
Bogdan


Tyle prawdziwej Historii w godzinę. Jestem pod wrażeniem.
Józef



JD, BK

26 kwietnia 2014

Magdalena Piekorz gościem programu "Przed hejnałem"

www.radiokrakow.pl, 25 kwietnia 2014

Reżyser filmowy i teatralny, scenarzysta. Na jej stronie internetowej możemy przeczytać słowa Ewy Lewandowskiej: "Podziwiam upór dzieci w niekończących się próbach wstawania". Wybór tego cytatu bardzo wiele mówi o naszym dzisiejszym gościu. Właściwie każdy projekt, który realizuje, okazuje się sukcesem, ale ten sukces nie przychodzi łatwo. Jest efektem talentu, ale także ciężkiej pracy i walki o jego realizację.


fot. archiwum Magdaleny Piekorz

Marzyła o aktorstwie, niestety nie udało jej się dostać do szkoły teatralnej. Skończyła więc reżyserię – filmową. Debiutowała w 1997 r. kontrowersyjnym dokumentem "Dziewczyny z Szymanowa" przedstawiającym historię i wpółczesność Liceum Sióstr Niepokalanek w Szymanowie. Jeszcze głośniejszy okazał się jej debiut fabularny, film "Pręgi", który w 2004 r. brawurowo rozbił bank z nagrodami w polskim kinie. Ale później przychodzi cisza. Kolejny film fabularny udaje się zrealizować dopiero 4 lata później. To "Senność". A potem znów cisza albo, jak żartuje sama Piekorz, senność, choć tak naprawdę przez wszystkie te lata intensywnie pracuje w teatrze, realizuje kolejne dokumenty i wykłada reżyserię. Na szczęście w 2013 r. znowu wraca na plan filmowy i w 10 lat po debiucie fabularnym kończy pracę nad kolejnym obrazem - to "Zbliżenia". W programie "Przed hejnałem" Radia Kraków 25 kwietnia więc zbliżenia. Z Magdaleną Piekorz w roli głównej.

Piekorz mówiła m.in. o męskim świecie filmu. - Chciałam robić film "Jestem bogiem", bo wychowałam się w dzielnicy Katowice-Bogucice, gdzie mieszkał główny bohater filmu i lider zespołu Paktofonika. Wydawało mi się, że czuję klimat, bardzo dobrze znam te czasy i tragiczną historię jego życia, bo mieszkałam w pobliżu. Nie dostałam tego projektu i z tego, co wiem, jednym z argumentów było, że jest to męskie kino, które miałby robić kobieta.

– Teraz robię film o relacji matki i córki, z tym, że są to już dorosłe kobiety, ponieważ córka jest 37-letnią kobietą, artystką i przez długi czas mieszkała z mamą w jednym domu, późno poznaje swojego męża. To sprawia, że trudno jest jej się odnaleźć w nowej sytuacji, czyli miłości jest tak dużo, że się wylewa. Pewnie ta sytuacja powoduje, że bohaterkom nie jest łatwo – mówiła Piekorz.

Kiedy premiera "Zbliżeń"? - Pewnie w październiku lub w listopadzie. To decyzja dystrybutora - mówiła reżyser.

BK, SP

Cohousing. Wspólne budowanie i mieszkanie

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 22 kwietnia 2014

Mieszkanie w kameralnej wspólnocie zaufanych osób, która m.in. sama projektuje i buduje sobie domy i wyznacza pomieszczenia wspólne. Czy przyjmie się w Krakowie?

Duńska realizacja osiedla typu cohousing

fot. Nowoczesne wspólnoty

"Naszym marzeniem jest dom ze słomianych bali, z zielonym dachem, nie dalej niż jakieś 10 km od rynku w Krakowie (...). Chcielibyśmy, żeby zamieszkało tu ze 20-25 rodzin. Bardzo wstępnie zakładamy średnią wielkość domu na (...) 80 m2 i do tego 500 m2 przestrzeni wspólnej. (...) Ale to wszystko wstępna wizja" – podają członkowie Cohabitat, grupy mającej na celu utworzenie w Krakowie kameralnej wspólnoty mieszkaniowej. O cohousingu Sylwia Paszkowska 22 kwietnia rozmawiała z Anną Wolską, jedną z inicjatorek krakowskiego przedsięwzięcia.

- Cohousing to przypadek, kiedy grupa ludzi spotyka się w celu zbudowania swojego miejsca zamieszkania w taki sposób, aby posiadać prywatną część i współpodzielać przestrzenie, z których wszyscy mogą korzystać na równych prawach, dzieci mają się gdzie bawić, mamy miejsce, gdzie można trzymać wózki i rowery, jest pralnia, gdzie można prać, zamiast posiadać pralkę w domu i co najważniejsze grupa sama zarządza przestrzenią - mówiła Wolska.

Wolska przywiozła tę ideę z Anglii i Stanów Zjednoczonych. Wraz z mężem planuje, aby takie miejsce powstało w Krakowie. - Jesteśmy po czterech spotkaniach z grupą, która jest zainteresowana - mówiła. - Jesteśmy na etapie wypracowywania założeń.

Życie we wspólnocie wiąże się z konfliktami. - To mogą być konflikty o to, na co wydać wspólne pieniądze - mówił gość. - Grupy od początku pracują nad tym, jak rozwiązywać konflikty.

Idea cohousingu podoba się Wolskiej m.in. z trzech powodów: jest codzienny kontakt między mieszkańcami, dzieci są bezpiecznie, bo przebywają wśród zaufanych ludzi, uczą się współpracy w grupie i każdy mieszkaniec może liczyć na wsparcie drugiego, co zapewnia poczucie bezpieczeństwa.

Planowana wspólnota będzie mogła się rozrastać. Jak mówi Wolska ograniczeniem będą granice działki.

Jakie są koszty? Wolska nie ukrywa, że część osób zainteresowanych musi wziąć kredyty. Od członków wspólnoty inicjatorzy oczekują wkładu własnego, bo w takim momencie zainteresowani czują się zobowiązani. Zdaniem gościa Sylwii Paszkowskiej to nie jest tani sposób mieszkania - budowanie jest tańsze, bo odchodzą koszty deweloperów, ale koszty utrzymania przestrzeni wspólnej są duże.

Inicjatorzy mają nadzieję, że budowa osiedla w Krakowie rozpocznie się za 2 lata. Jak mówił gość „Przed hejnałem”: - To nie jest sposób życia dla każdego.


wydawca: BK

25 kwietnia 2014

Wyrzucanie jedzenia. Etyka, ekonomia, ekologia

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 17 kwietnia 2014

9 mln ton – tyle jedzenia Polacy marnują każdego roku. 13% uczniów przynajmniej raz w tygodniu wyrzuca w szkole przygotowane przez rodziców kanapki.


fot. freeimages

Instytut MillwardBrown w ramach programu Tesco dla szkół przeprowadził badanie „Talent do niemarnowania”. O jego wynikach Sylwia Paszkowska rozmawiała dzisiaj z Beatą Ciepłą, przewodniczącą Banku Żywności w Krakowie i Martą Marczuk-Komiszke z Tesco Polska, odpowiedzialną za program Tesco dla szkół.

Jak wynika z badania 69% dzieci z Małopolski marnuje żywność, bo nie lubi posiłków, które przygotowują rodzice. Najmłodsi wolą słodycze i chipsy ze szkolnego sklepiku. – Badanie pokazuje, jak problem marnowania żywności styka się z problemem zdrowego odżywiania – mówiła Marczuk-Komiszke.

– Dzieci nie lubią przygotowywanych posiłków. To wynika z braku rozmów z dziećmi – mówiła Marczuk-Komiszke i dodała, że przez to jedzenie może być przez rodziców źle dobrane do przebiegu dnia, jaki dziecko czeka. Gość mówił też o przyzwyczajaniu dzieci do jedzenia, którego nie lubią. – Eksperci, z którymi konsultowaliśmy nasze badania, wskazują, że najlepsza jest metoda małych kroczków, czyli nie należy dziecku od razu podawać dużej porcji np. warzyw, ale małymi porcjami, co jakiś czas, próbować przemycić mały element, sprawdzić, czy dziecku smakuje. Jeśli nie smakuje mu brokuł, może posmakuje mu ogórek albo pomidory.

Bank Żywności przeprowadza z kolei badania dotyczące marnowania żywności wśród dorosłych. W ubiegłym roku na pierwszym miejscu wśród produktów wyrzucanych do kosza było pieczywo. W 2014 r. na pierwsze miejsce wysunęły się wędliny. – 40% Polaków przyznaje się, że zdarza im się wyrzucać żywność – mówiła Ciepła.

Jak powinniśmy robić zakupy, aby nie marnować żywności? Przewodnicząca krakowskiego Banku proponowała dobre planowanie: Zastanówmy się, co chcemy kupić. Zaplanujmy sobie menu na najbliższe dni czy tydzień. Zróbmy listę zakupów. Nie dajmy się skusić promocjom. Sprawdźmy termin przydatności do spożycia. Jeśli termin pokaże, że istnieje ryzyko, że nie zdążymy wykorzystać produktów, bardziej opłaci się kupić tyle, ile potrzebujemy. Jak zaznaczył gość problemem jest też właściwe przechowywanie, aby żywność się nie psuła.

Kilka lat temu głośny był przypadek piekarza z Legnicy, który zbankrutował, bo oddawał za darmo chleb potrzebującym, a później musiał zapłacić od tego podatek. W 2011 r. został uznany winnym oszustwa podatkowego za 2003 r. Ten obowiązek podatkowy zniesiony został dla producentów w 2009 r., dla dystrybutorów 2013 r. Jak mówiła Ciepła: – Dzięki zmianom w ustawie każdy przedsiębiorca może teraz przekazać żywność organizacji pożytku publicznego, która wykorzysta je na cele dobroczynne. – Misją Banku Żywności jest przeciwdziałanie marnowaniu żywności i wykorzystanie jej, aby udzielić pomocy osobom potrzebującym. – Tę kwestię realizujemy na co dzień głównie z producentami i dystrybutorami. Bank w Krakowie działa na terenie województwa małopolskiego i w skali roku przekazujemy potrzebującym ok. 4 tys. ton żywności – mówiła przewodnicząca.

http://www.radiokrakow.pl/audycje/przed-hejnalem/wyrzucanie-jedzenia-etyka-ekonomia-ekologia

wydawca: BK

23 kwietnia 2014

"Dźwięki pracy". Szwedzki projekt, w który włączyło się krakowskie Muzeum Inżynierii Miejskiej

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 16 kwietnia 2014

Muzeum Inżynierii Miejskiej bierze udział w projekcie "Dźwięki pracy".


Fragment ekspozycji "Tramwaje na Wawrzyńca"

fot. P. Czachor, MIMK

Jak brzmi prasa drukarska, stary tramwaj lub maszyny do produkcji zapałek? Szwedzkie Muzeum Pracy zainicjowało projekt "Dźwięki pracy", którego celem jest rejestracja odgłosów pracy najróżniejszych urządzeń i maszyn. W projekt włączyło się krakowskie Muzeum Inżynierii Miejskiej. O „akustycznej duszy” urządzeń i maszyn Sylwia Paszkowska rozmawiała z Moniką Widzicką, pracownikiem muzeum i koordynatorem projektu.

– Dźwięki przemijają, nie tylko w skali stulecia, ale ostatnich kilkudziesięciu, kilkunastu lat. Jednym z dźwięków, które współcześnie ciężko usłyszeć, a który pamiętam z dzieciństwa, jest odgłos przewijania kasety magnetofonowej – mówiła Widzicka.

Projekt zapoczątkowany został w 2013 r. Bierze w nim udział sześć placówek – w Słowenii, Niemczech, Finlandii, Belgii, Szwecji i Polsce.

Krakowskie Muzeum, po okresie przygotowawczym, rozpoczyna nagrania. W pierwszej kolejności zarejestruje dźwięki urządzeń ze swoich zbiorów. W planach jest też nagranie krakowskich tramwajów i urządzeń Muzeum Włókiennictwa w Łodzi.

Projekt ma m.in. na celu nawiązanie współpracy ze szkołami. Jak mówi koordynator chodzi o pomoc w edukacji historycznej, ponieważ kiedy uczeń posłucha dźwięku, lepiej wyobrazi sobie rzeczywistość, o której się uczy.

– Naszym zadaniem jest nagranie co najmniej 600 dźwięków pracy, opracowanie tych dźwięków, zrobienie zdjęć, przygotowanie filmów, które obrazują, jak urządzenie pracuje i sporządzenie opisu – mówiła Widzicka.

Nagrane dźwięki zamieszczane są w internecie. Działa już strona www.workwithsounds.eu, na której można odsłuchać już 22 zagraniczne nagrania z planowanych 600 ze wszystkich placówek. Rejestracja potrwa do 2015 r.


wydawca: BK

20 kwietnia 2014

Ks. Władysław Gurgacz. Kapelan żołnierzy wyklętych

www.radiokrakow.pl, 18 kwietnia 2014

Oddział nazywano bandą, konfiskatę rabunkiem, a działalność niepodległościową przedstawiano jako czysto kryminalną. 65 lat temu komunistyczne władze Polski skazały na karę śmierci 35-letniego ks. Władysława Gurgacza, kapelana żołnierzy wyklętych. Wyrok wykonano strzałem katyńskim w tył głowy w więzieniu przy ul. Montelupich.


fot. archiwum RK

2 kwietnia minęła 100. rocznica urodzin jezuity. 16 kwietnia gośćmi Jolanty Drużyńskiej byli autorzy książek o ks. Gurgaczu Filip Musiał i Dawid Golik, krakowscy historycy związani z IPN. Okazją do spotkania było też ukazanie się ich książki „Władysław Gurgacz. Jezuita wyklęty”.

– Jest jedną z kilku wyjątkowych postaci, które nadają się na to, aby pełnić rolę swoistego symbolu tego powojennego oporu – mówił Filip Musiał.

Do rozpowszechnienia informacji o ks. Gurgaczu i jego działalności na Sądecczyźnie w oddziale niepodległościowym przyczynił się ks. Stanisław Szymański, który w latach 70. napisał funkcjonującą w obiegu zakonu jezuitów książkę na jego temat. Potem historię ks. Gurgacza i jego towarzyszy opisała krakowska badaczka podziemia niepodległościowego, z zawodu muzyk, Danuta Suchorowska wydając za czasów PRL w drugim obiegu książki „Gurgacz. Popiełuszko dni stalinowskich” i „Postawcie mi krzyż brzozowy”.

Ks. Gurgacz urodził się w 1914 r. w Jabłonicy Polskiej. W wieku 17 lat wstąpił do nowicjatu księży jezuitów w Starej Wsi. W 1937 r. zamieszkał w Krakowie, w którym rozpoczął studia filozoficzne. W Wielki Piątek w kwietniu 1939 r. złożył na Jasnej Górze akt całkowitej ofiary za ojczyznę w potrzebie. Deklarował wówczas: „Za grzechy ojczyzny mojej, tak za winy narodu całego, jako też i jego wodzów przepraszam cię Panie i błagam zarazem gorąco, byś przyjąć raczył jako zadośćuczynienie całkowitą ofiarę z życia mego”. Trzy lata później, także na Jasnej Górze, przyjął święcenia kapłańskie. W 1945 r. znalazł się w Gorlicach, w których został duszpasterzem w miejscowym szpitalu.

O postawie jezuity podczas wojny mówił Dawid Golik: – Ks. Gurgacz nie tylko starał się bronić ojczyznę własną postawą, naukami, ale po jej zakończeniu dostrzegał, że ta niepodległość to nie jest niepodległość, o którą Polakom chodziło. – W 1947 r. jezuita, przeniesiony wcześniej do Krynicy, zetknął się z działaczami podziemia niepodległościowego, m.in. ze Stanisławem Pióro, przywódcą i jednym z twórców Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców działającej na Sądecczyźnie. Ks. Gurgacz, mimo zakazu władz zakonnych, przystępuje do oddziału chcąc wspierać duchowo działających w coraz trudniejszych warunkach, ściganym przez bezpiekę konspiratorom, tak by ich partyzanckie działania zgodne były z etyką chrześcijańską. Kontrowersyjna decyzja jezuitów odcinająca się od niepodległościowej działalności współbrata – jak podkreślali goście programu – była fikcyjna i miała na celu uchronienie zakonu od represji ze strony rządzących Polską.

Władza i podziemie wzajemnie się infiltrowały. Jeszcze w 1945 r., po decyzji komendanta głównego AK gen. Leopolda Okulickiego o rozwiązaniu Armii Krajowej, dowodzący okręgiem AK Kraków płk Przemysław Nakoniecznikoff przekazał demobilizowanym podkomendnym szczegółowe wskazówki postępowania, pośród których znalazły się także i takie: „Wstępować do wszelkiego rodzaju urzędów, aby utrudnić rządy szumowin, a w odpowiednim momencie opanować sytuację”. W punkcie siódmym instrukcji czytamy natomiast: „Wstępować do polskiej władzy bezpieczeństwa »milicja« i »urzędy bezpieczeństwa«”. Być może właśnie dlatego w UB znalazł się Józef Kuraś, późniejszy dowódca najsłynniejszego oddziału niepodległościowego działającego na Podhalu.

O konfidentach działających w szeregach podziemia mówiła w programie prowadząca Jolanta Drużyńska: – Być może wielu uratowałoby życie, gdyby nie agenci bezpieki, jak np. Janina Mendel, która donosiła na żołnierzy ugrupowania, w którym działał ks. Gurgacz. – To osoba, która doprowadza do wsypy całego pionu cywilnego PPAN, bezpośrednio do aresztowania 34 osób, pośrednio do ponad 100 – dodał Filip Musiał.

Wiosną 1949 r. oddział Żandarmeria PPAN, nękany obławami UB i wojsk KBW, nie mając środków na przetrwanie, zdecydował się na przeprowadzenie akcji propriacyjnych. 2 lipca 1949 r. przygotowana została akcja rekwizycji pieniędzy należących do państwowego banku w Krakowie. Akcja zakończyła się aresztowaniem całej grupy, w tym ks. Gurgacza, pełniącego podczas akcji funkcję obserwatora.

Po szybkim śledztwie oskarżeni już w sierpniu stanęli przed Wojskowym Sądem Rejonowym. Proces został nagłośniony przez ówczesne media. Aresztowanie księdza, z którego zrobiono przywódcę wrogiej nowemu porządkowi w państwie organizacji, wpisywało się w polityczny scenariusz komunistów. Pisano więc o księdzu stojącym na czele „bandy”, który zachęcał do „rabunków” państwowego mienia. W trakcie procesu prokurator Henryk Ligęza zażądał dla ks. Gurgacza i pozostałych oskarżonych – ppor. Stefana Balickiego (dowódca oddz. Żandarmeria) i st. sierż. Stanisława Szajny, a także młodego jezuity Michała Żaka – kary śmierci. Prezydent Bolesław Bierut skorzystał z prawa łaski tylko wobec kleryka Żaka. Egzekucja trójki skazanych odbyła się 14 września 1949 r. na podwórku więzienia przy ul. Montelupich. Wszyscy zostali pochowani na cmentarzu Rakowickim. Groby odnalezione zostały dzięki informacji anonimowego pracownika cmentarza wiele lat później. Dopiero po 1989 r. stało się możliwe oficjalne przypomnienie czynów bohaterskiego księdza.

JD, BK

14 kwietnia 2014

Wyjeżdżam z kraju. Dla pracy czy stylu życia?

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 10 kwietnia 2014

2 mln Polaków mieszka za granicą, tylko 17% nie rozważa wyjazdu z kraju – wynika z badań MillwardBrown. Dawniej ludzie wyjeżdżali z powodów politycznych lub ekonomicznych. Podobno dzisiaj coraz częściej chodzi o styl życia.


fot. freeimages

Czy decydujemy się na wyjazd z kraju z powodu pracy, czy może to nie jest już tak ważne? Czy i dlaczego za granicą można czuć się lepiej niż w kraju? O tzw. drugiej fali emigracji Magdalena Wadowska rozmawiała dzisiaj z prof. Haliną Grzymałą-Moszczyńską, psychologiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego i dr Ewą Hartman, wykładowcą prawa europejskiego, która przez kilka lat pracowała za granicą.

– Ludzie wyjeżdżają ze wszystkich powodów. W moich badaniach jasno widać, że nie ma scenariusza, który pasowałby do wszystkich. Ostatnio analizowałam dane z wywiadami z Polkami mieszkającymi w Szwajcarii. Mieliśmy pełne spektrum, od powodu czysto matrymonialnego, jadę znaleźć męża albo znalazłam męża, jadę do niego, wydawałoby się, że to niedzisiejsze, jadę się rozwinąć, wydelegowała mnie firma. Musimy uciekać od stereotypów – mówiła prof. Grzymała-Moszczyńska. – Po prostu wyjeżdżamy, wrócimy, spróbujemy, może się uda.

Z jakiego powodu wyjechała dr Hartman? – To była chęć robienia pracy naukowej. Zaczęłam robić pracę w Polsce, ale napotkałam na trudności. Mówimy o 10 latach wstecz. Nie wiem, jak jest w tym momencie. Napotkałam na trudności logistyczne, problemy ze źródłami, z kopiami, książkami, pieniążkami. Postanowiłam, że może spróbowałabym zrobić pracę za granicą. Zaczęłam aplikować o stypendia na uczelniach. Dostałam kilka ofert. Jedną z nich wybrałam – mówiła. – I nie żałuję. – Dr Hartman mieszkała i wykładała w Bournemouth, później przeniosła się do Brukseli, w której pracowała w Komisji Europejskiej.

Zdaniem prof. Grzymały-Moszczyńskiej ludzie emigrują dzisiaj inaczej niż dekadę temu. – Jeżeli emigrują profesjonaliści, emigrują na stanowisko przygotowane dla nich przez koncern. Jeżeli emigrują ludzie bez wykształcenia, znajomości języka, to emigrują prosto w ramiona firmy-pośrednika, która zabierze 3/4 ich zarobków – mówiła profesor.

Profesor mówiła o swojej doktorantce, której doradziła wyjazd za granicę, ponieważ w Polsce nie dostałaby etatu. Studentka wyjechała i pracuje w Londynie. – Mnie, jako promotorowi, jest z tym bardzo trudno, bo produkuję znakomitych pracowników dla Brytyjczyków.

Dr Harman za granicą czuła większe bezpieczeństwo finansowe, ale nie tylko. – Też bezpieczeństwo na ulicach, wynikające z bardzo dużego poszanowania przestrzeni publicznej przez Brytyjczyków, niższy poziom agresji między ludźmi – mówiła.

Prof. Grzymała-Moszczyńska zachęcała do zapoznania się w internecie z tematem Third Culture Kid. Chodzi o dzieci, które z racji zawodu rodziców zmieniały miejsce zamieszkania, dzieci artystów, muzyków, dyplomatów. – Tyle razy wyrwane z korzeniami, cierpiące na rozłąkę, zaczynają szukać czegoś stałego – mówiła profesor. Na zakończenie dodała: – Dobrze jest robić bilans, kiedy się decyduje o emigracji. Nie może składać się tylko z części ekonomicznej. Powinien być próbą odpowiedzi, co to znaczy na dłuższą perspektywę.


wydawca: BK

9 kwietnia 2014

Z internetu do rzeczywistości. Kobiece awatary Rudowicz

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 9 kwietnia 2014

Dla wielbicieli grafiki, portretów i... awatarów krakowska kawiarnia Pauza in Garden przygotowała niespodziankę. Już jutro wernisaż wystawy "Femmes Avatars".


fot. archiwum Dominiki Rudowicz

Gościem Magdaleny Wadowskiej była dziś autorka prac, które tam zobaczymy, Dominika "Kuka" Rudowicz, projektantka grafiki, absolwentka Wydziału Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego i Architektury Wnętrz ASP.

Zakładając konto w serwisie internetowym można zamieścić na nim zdjęcie profilowe. Można zdecydować się na swoje zdjęcie lub awatara. Rudowicz proponuje artystyczną wersję tego drugiego. Przenosi awatary do świata rzeczywistego, z drugiej strony nie ukrywa, że cieszyłaby się, gdyby ktoś korzystał z nich w internecie.

Artystka postanowiła sportretować ważne dla siebie kobiety, osobowości XX w., ale w sposób, w który można zrobić to w wieku XXI. Stworzyła świecące obrazy. – Tworzone kreską wirtualną, która nie istnieje, ale jednak może zaistnieć, dzięki realnym materiałom – mówiła "Kuka". Jak wyglądają świecące prace? – Najlepiej zobaczyć – mówiła – To grafika. Zamknięte jest to w formacie kwadratowym, czyli można powiesić na ścianie. Są świecące, dlatego, że fizycznie to światło istnieje. Podświetlam je, żeby wydobyć wewnętrzny ich format i żeby mogły zaistnieć ciekawiej, inaczej niż zwykły, tradycyjny obraz, olej, płótno.

Na wystawie będzie można zobaczyć dziesięć prac – autoportret oraz portrety: mamy artystki, spokrewnionej z "Kuką" malarki Teresy Rudowicz, Marilyn Monroe, Coco Chanel, Heleny Rubinstein, Madonny i Amy Winehouse. Będą podświetlane. Będą też dwie filcowe prace przedstawiające Fridę Kahlo i Matkę Boską. – To kobiety, które mnie inspirowały i dalej inspirują, które chcę docenić, może wyróżnić – mówiła autorka.

Wernisaż wystawy 10 kwietnia o godz. 19 w kawiarni Pauza in Garden Małopolskiego Ogrodu Sztuki przy ul. Rajskiej 12. Wystawa potrwa do 10 maja.


wydawca: BK

8 kwietnia 2014

Rojek 2.0

Były mistrz Polski w pływaniu i nauczyciel WF. Obecnie przede wszystkim muzyk, od 8 lat dyrektor Off Festivalu. Od jego rozstania z grupą Myslovitz mijają 2 lata. 4 kwietnia ukazał się jego solowy album "Składam się z ciągłych powtórzeń". Dwa dni później promował go koncertem w krakowskim klubie Studio.


Artur Rojek w Krakowie

fot. Amelia Koziara, KSAF

Duże, podświetlane inicjały "AR" w tle i ich właściciel na scenie. Pierwszą godzinę wypełniły piosenki z solowego albumu, pozostałe pół trzy piosenki Lenny Valentino i dwie Myslovitz ("W deszczu maleńkich żółtych kwiatów" i "Good Day My Angel"). Te pół godziny mogło spodobać się wielbicielom melodii.

"Składam..." to jeden z najbardziej oczekiwanych albumów ostatniego czasu. Rojek odchodzi na nim od gitarowego brzmienia w stronę elektroniki. - Nowe piosenki są przekombinowane, ale wokalnie Rojek nadal daje radę - mówiła Marta, uczestniczka koncertu. - Brak słów, żeby opowiedzieć. Było fantastycznie! - komentowała Joanna.

Był to trzeci z siedmiu planowanych występów promujących płytę. Więcej informacji: http://kayax.net.

BK

4 kwietnia 2014

Krzysztof Jasiński gościem programu "Przed hejnałem"

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 4 kwietnia 2014

Krzysztof Jasiński – aktor i reżyser. W ubiegłym roku skończył 70 lat. Od 48 lat kieruje Teatrem STU, który założył jeszcze jako student, m.in. wraz z Olgierdem Łukaszewiczem, Wojciechem Pszoniakiem i Jerzym Trelą.


fot. Tomek Szkodziński, Krakowski Teatr Scena STU

W swoim teatrze ma na koncie ok. 70 realizacji. "Spadanie" (1970), "Sennik Polski" (1971), "Exodus" (1974) – te spektakle Teatru STU były głosem pokolenia. Teatr znany jest też z organizowanych przez siebie głośnych benefisów. Magdalena Wadowska spotkała się dzisiaj w studiu z Krzysztofem Jasińskim, który opowiedział m.in. o tym, jak zakochał się w Mazurach i jakie ma plany przed zapowiadaną emeryturą.

O wyjeździe do swojego gospodarstwa w Gromie na Mazurach Jasiński mówił w studiu, że już przebiera nogami. – Zbudowałem dom na bagnie, żeby z ptakami... Najwięcej ptaków jest na bagnach – mówił. – Jak kupiłem kawałek ziemi, okazało się, że nie mogę go kupić, bo sprzedaje się tylko rolnikom. Zawsze chciałem kupić. Miałem wyjątkową okazję. W ciągu dwóch tygodni zdobyłem uprawnienia.

– Żeby dostarczać wyższych przyjemności widzom, trzeba wmyślać się w to, czego oni chcieliby, sami nie wiedząc, że chcą – mówił dyrektor. – Uczyłem się tego od samego początku, żeby się wsłuchiwać w przyszłość, antycypować czy przewidywać ducha czasu.

W 2016 r. Teatr STU obchodził będzie półwiecze. Dyrektor zapowiada, że odda wtedy stanowisko następcy. Komu? Nie zdradza. Aktualnie pracuje nad "Akropolis" Wyspiańskiego, trzecią cześć tryptyku, z którego zrealizował już "Wesele" i "Wyzwolenie". – Tego tryptyku nikt nigdy w historii teatru polskiego nie zrobił. Nikt nigdy z tryptykiem nie objechał Polski. Na 50 lat Teatru STU będzie 100 przedstawień w 50 miastach – mówił w "Przed hejnałem".


wydawca: BK