21 kwietnia 2013

Mroczna płyta Korbowodu

myslowice.twojemiasto.info, 21 kwietnia 2013

Nasz nowy album jest inny niż poprzednie – mówi Michał Koterba, gitarzysta mysłowickiego zespołu po koncercie 18 kwietnia podczas festiwalu AlterFest w Mysłowickim Ośrodku Kultury.


Korbowód w Mysłowicach

fot. BK

Korbowód istnieje nie od dzisiaj. Jakie były początki?

To długa historia. To było bardzo dawno temu, w latach 90. Zaczęliśmy w Krakowie, był 1992 r. Pierwszą płytę nagrywaliśmy w 1997 r. Skład ciągle się zmienia, jest rotacja. Pierwszy był inny. Od drugiej płyty gram z Leszkiem Mitmanem, basistą. Zmieniają się perkusiści. Od pewnego czasu na klawiszach gra z nami Grzesiu Bimczok.

Urodziłem się w Mysłowicach, wychowałem, Leszek też i większość z nas.

W 2005 r. ukazała się jedyna wasza płyta dostępna w sklepach, „Strona C”.

Jedyna, przy której był oddźwięk. Wcześniej ukazały się dwa CD-R, które nagraliśmy własnym sumptem, ale nie wydaliśmy ich, jak „Strony C”.

Nowy album Korbowodu, „My Six Is Your Nine”, ukaże się 24 kwietnia.

Na razie wydajemy go tylko internetowo. Będzie do ściągnięcia. Zobaczymy, jaki będzie efekt. Bardzo bym chciał, żeby można by wziąć go do ręki. Mój ojciec zrobił okładkę. Bardzo mi się podoba.

Album nagraliśmy z wokalistą z Irlandii, Davidem O'Sullivanem. Śpiewa, pisze teksty, nagrał już bardzo dużo swojego materiału. Jest niszowy, nigdy nie wypłynął na szersze wody. Ma przejmujący głos, jak David Bowie. Bardzo ciężko jest śpiewać męskie wokale. Aga Maliszczak, nasza wokalistka, ma z tym problem. Śpiewa z Maćkiem, moim bratem, ale jej samej jest trudno. Może najlepszym określeniem głosu O'Sullivana byłby Iggy Pop [O'Sullivan nie wystąpił w MOK; Aga Maliszczak na zdjęciu z prawej; Maciek Koterba na zdjęciu z lewej – red.].

Płyta jest inna niż nasze poprzednie. David dodał coś nowego. Jest świetnym wokalistą. Nie mieliśmy takiego wcześniej. Płyta jest mroczna, nie jest wesoła, nie jest dla wszystkich. Zaczęliśmy nagrywać ją 5 lat temu.

Korbowód istnieje ponad 20 lat. Pojawia się i znika, nagrywa płytę przez 5 lat. Wasi koledzy z innych zespołów grają koncerty, zabiegają o kontrakty. Wy nie. Swoją twórczość traktujecie hobbystycznie?

Każdy z nas ma swoje zajęcia, nie jest to nasz zawód, choć byłoby pewnie miło. Tak się ułożyło. Nasz klimat muzyczny nie jest dla wszystkich. Były momenty. Wyszliśmy na składance „Trójkowego Expressu” [audycja radiowej Trójki – red.], ale nie parliśmy. Gramy, nagrywamy, jesteśmy skupieni na muzyce, wysyłaliśmy nagrania do różnych miejsc, ale nikt nas nie wyciągnął.

Wydajecie płytę. Będą koncerty?

Mam nadzieję. W połowie maja będziemy grali w Katowicach, w nowym klubie Ściana. Nie będziemy grali trasy, bo musiałby to ktoś zorganizować, a my się do tego nie nadajemy. Gdyby ktoś do nas przyszedł i powiedział: „Zorganizuję dla was trasę”, to my byśmy się zastanowili. To byłby dobry pomysł.

Więcej informacji o zespole: www.facebook.com/korbowod.

BK

8 kwietnia 2013

Artur Rojek przed Offem: Wszystko dotyczy muzyki

myslowice.twojemiasto.info, 8 kwietnia 2013

Impreza, której pierwsze edycje odbywały się w Mysłowicach, w katowickiej Dolinie Trzech Stawów będzie miała miejsce między 2 a 4 sierpnia. Zapowiedzianych jest już 24 wykonawców. Kolejni ogłoszeni zostaną 15 kwietnia. O festiwalu mówi jego dyrektor Artur Rojek.


Artur Rojek

fot. Jacek Poremba

Czekamy na ósmą edycję OFF Festivalu. Co, twoim zdaniem, jest jak dotąd największym osiągnięciem imprezy?

To, że jest to jedna z najważniejszych imprez muzycznych tego rodzaju w Europie. Przebyliśmy długą i wyboistą drogę, żeby znaleźć się w tym miejscu. Bardzo mnie to cieszy, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że wciąż muszę się rozwijać, ulepszać i zmieniać, bo wszystko dookoła zmienia się w bardzo szybkim tempie.

Jak wybierani są występujący na festiwalu wykonawcy?

Obserwuję to, co dzieje się na rynku muzycznym od 20 lat. Zawsze była to moja pasja, która doprowadziła do tego, że założyłem swój pierwszy zespół, potem drugi oraz powołałem do życia festiwal. Wszystko, czym zajmuję się przez te lata, dotyczy muzyki. Jestem zarówno fanem kupującym płyty, jak i artystą występującym na scenie. O muzyce piszę, czytam, oglądam i słucham, gdziekolwiek w świecie jestem. Moją stroną startową na komputerze jest serwis muzyczny. Artyści na Offie to wypadkowa wiedzy zgromadzonej w ten sposób.

W tym roku główną gwiazdą będzie założona w Irlandii w 1984 r. alternatywna grupa My Bloody Valentine. W lutym, po 22 latach, ukazał się ich kolejny, trzeci, bardzo dobrze przyjęty album „m b v”. Jak udało się ich zaprosić?

O My Bloody Valentine starałem się od kilku lat i ciesze się, że wcześniej mi się nie udało. Ten rok jest bowiem szczególnie dla nich ważny, bo tak jak wspomniałeś, po 22 latach ukazała się ich nowa, moim zdaniem, świetna płyta.

Ich obecność na Offie to wynik pozycji, jaką obecnie cieszy się festiwal. Nie dotyczy to tylko tego, że jesteśmy uznanym w Europie festiwalem, bo zapraszamy co roku ciekawych artystów, ale jesteśmy też wiarygodnym organizatorem który od 2006 r. prowadzi działalność opartą na szacunku wobec odbiorców, artystów i ekip z nami współpracujących.

OFF Festival to nie tylko muzyka. Podczas festiwalu mają też miejsce inne artystyczne wydarzenia. Czego możemy spodziewać się w tym roku?

Rozwijamy działalność Kawiarni Literackiej, która jest moim oczkiem w głowie i pracujemy nad kilkoma nowymi projektami poza muzycznymi, które być może już w tym roku będą miały swoją premierę.

BK

24 marca 2013

Bród i tłuszcz Milcz Serce

myslowice.twojemiasto.info, 24 marca 2013

Zespół pochodzi z Mysłowic. Tworzą go: Adam Be, Bart Björn i Martin Gaszla. 14 lutego ukazał się ich debiut fonograficzny „Nawyki/Kolizje”. „Muzyka grupy rozpościera się gdzieś pomiędzy akustyczną delikatnością a post-rockową psychodelią” – reklamuje wydawca.


Adam Be i Bart Björn

fot. archiwum Milcz Serce

Jak przebiegała praca nad płytą?

Adam Be: 90% materiału nagraliśmy w MCK i naszych domach, parę wokali w studiu Radia Katowice, a część korespondencyjnie, z uwagi na to, że Marcin przebywa na emigracji. Mastering zrobiliśmy w studiu AsOne w Warszawie. Ot cała historia.

Bart Björn: Pewnie niewiele osób domyśla się, że dla zespołu o takim statusie jak Milcz Serce, udźwignąć proces nagrania płyty, zarówno pod względem artystycznym, jak i finansowym czy organizacyjno-technicznym, jest niezmiernie trudno. Materiał nagrywaliśmy w sali prób, niejednokrotnie korzystając z pożyczonego sprzętu. Weekendową sesję nagraniową w radiu udało nam się załatwić dzięki temu, że wykorzystaliśmy stare znajomości i układy. Jako, że Milcz Serce to ciągle nasze zajęcia „po godzinach”, zmagaliśmy się też często ze zwykłym brakiem czasu.

Czego można spodziewać się po krążku?

Adam: Żyletek, szmat, siekiery, noży i pięknych niewiast. Trzeba posłuchać.

Bart: Zespół to nie fabryka czy zakład produkcyjny. Choć efektem jest CD w pudełku, bywały momenty, że nie było pewności, czy i kiedy ta płyta powstanie. Mówię tu o muzyce i tekstach. Jako że jest to nasz drugi album – pierwszy w całości wrzuciliśmy do sieci – podskórnie czuliśmy presję, żeby zwyczajnie nie zawieść. Poszło do pieca parę zeszytów z tekstami i kilka razy kliknęło się „Delete” na kompie. Teraz, po paru miesiącach, powoli zaczynam słuchać tej płyty, melodii, słów, przestaję odbierać ten album, jak wzór matematyczny. Emocje, te negatywne i pozytywne, przeżycia, różne rozterki, upadki, knajpy, kłótnie udało nam się ubrać w słowa i melodie. Myślę, że słychać też to, skąd jesteśmy, słychać brud i tłuszcz naszego miasta, czuć ciężar śląskiego syfu.

Planujecie koncerty? Kiedy w Mysłowicach?

Bart: Chcemy uniknąć wszelakiego festyniarstwa i piknikowych występów z okazji dni miast.

Adam: Najbliższy koncert już 23 marca w Katofonii w Katowicach, 6 kwietnia w Tarnowskich Górach, 18 kwietnia w Warszawie, a 21 w Mega Clubie, jako support przed Skubasem. W Mysłowicach na pewno zagramy jeszcze przed wakacjami, ale szczegóły nie są jeszcze ustalone.

BK

13 marca 2013

„Suplement” ma 10 lat! Redaktorzy o piśmie

"Suplement", nr 1/2013

– Powstał na kartce papieru podczas ćwiczeń, chyba łaciny, na trzecim roku moich studiów historycznych – mówi Maciej Leśnik, pierwszy redaktor naczelny (2003-2005). – Robiliśmy wywiady z prostytutkami, ganiliśmy leniwych wykładowców, recenzowaliśmy posiłki na stołówce. Czasami dostawaliśmy za to po głowie, ale wiele osób ceniło nas za dziennikarski ząb. Zajęliśmy miejsce w pierwszej dziesiątce najlepszych magazynów studenckich w kraju.


Jubileuszowy numer

okładka: Kamil Walczak

Maciej mówi o początkach pisma: – Wspólnie z Robertem Lipką, kolegą z roku, pomyśleliśmy, że uniwersytet powinien mieć magazyn studencki, tworzony przez studentów i dla studentów. Ponieważ były to ćwiczenia, na których nie wolno gadać, swoje przemyślenia zapisywaliśmy na rzeczonej kartce. Po zakończeniu zajęć kartkę schowaliśmy, śmiejąc się, że jak już nasz wymyślony właśnie magazyn będzie świętował dziesięciolecie, to będzie niezła pamiątka. Dwa dni później kartka zginęła.

„Suplement” zadebiutował w druku w styczniu 2003 r. Po kilku miesiącach pojawiła się też jego strona internetowa. Za kadencji Macieja pismo wychodziło w nakładzie 5 tys. egzemplarzy.

Pierwszy i kolejne numery powstawały w pokoju, w którym redaktor naczelny mieszkał w domu studenckim nr 1 w Katowicach-Ligocie. Koledzy chcieli tworzyć prawdziwy, solidny magazyn. Mieli kolegia redakcyjne, planowali numery, szukali tematów. – Wokół „Suplementu” bardzo szybko zaczęła się gromadzić grupa dziennikarskich zapaleńców – mówi Maciej. – Wiele z tych osób spotkałem potem i nadal spotykam w pracy zawodowej. Poza tym walczyliśmy o pomieszczenie dla redakcji. Po około pół roku się udało i dostaliśmy pokój w budynku obecnie już byłej stołówki studenckiej obok Wydziału Prawa. Trzeba było się też nieźle napocić, żeby dostać pieniądze na działalność. Ale dzięki uprzejmości i wsparciu samorządu studenckiego, rektora i innych jakoś się udawało.

– Pismo było czymś ważnym – mówi. – W przeciwieństwie do większości ówczesnych magazynów studenckich „Suplement” nie był magazynem złożonym z felietonów o muzyce, filmie czy innych przemyśleń młodego autora, który chciał je przekazać światu. Wzorowaliśmy się na tygodnikach opinii.

W trakcie studiów Maciej został współpracownikiem „Dziennika Zachodniego”, potem był reporterem i wydawcą "Aktualności" TVP Katowice. W 2008 r. zaproponowano mu stanowisko zastępcy szefa redakcji informacyjnej w nowo powstającej telewizji TVS. Od 2010 r. prowadzi agencję reklamową Formind. – Pismo było fundamentem całej mojej przyszłej drogi zawodowej, ale i osobistej. To właśnie w „Suplemencie” poznałem kobietę mojego życia – mówi. – Doświadczenie wyniesione z tych czasów procentowało potem wiele razy. Działalność studencka, czy to w kołach naukowych, magazynach, samorządach, to doskonała podbudówka przed startem w dorosłe życie zawodowe. Taka działalność jest dla studenta niemal równie ważna, jak zdawanie kolejnych trudnych egzaminów podczas sesji.

Szlifowanie warsztatu

W 2005 r. Maciej przekazał redakcję Marcinowi Badorze, studentowi politologii na specjalności dziennikarskiej. Pierwszy zredagowany przez niego numer wydany został w maju 2005 r., a ostatni w czerwcu 2006 r.

Raz w miesiącu zespół spotykał się w redakcji, która mieściła się wówczas na Wydziale Fizyki. Przychodziło kilkanaście osób, ale skład nie był stały. Zawsze pojawiał się ktoś nowy, inni znikali. Najważniejszym zadaniem kolegium było zaplanowanie najbliższego numeru. – Przynosiłem szablon przedstawiający każdą z dwudziestu stron i wypełniałem go propozycjami tekstów – mówi Marcin.

Głównym punktem numeru był raport. W założeniu miał zajmować trzy strony i dać motyw okładki. To zawsze miał być nośny temat, który weźmie na siebie ciężar całego numeru. Zadanie sporządzenia go dostawały co najmniej dwie osoby spośród bardziej doświadczonych i zaufanych. – Raz zdarzyło się, że wyznaczone osoby zawiodły i to była sytuacja prawdziwie kryzysowa. Zazwyczaj jednak współpracownicy wywiązywali się z pracy bardzo profesjonalnie, mimo że nie mogli liczyć na nic oprócz satysfakcji. To była najłatwiejsza część przygotowywania pisma. Na tym przynajmniej się znałem, dzięki doświadczeniom ze współpracy z „Dziennikiem Zachodnim” – wspomina Marcin.

20 lutego 2013

Sto lat dla raperów z Mad Crew

www.suplement.us.edu.pl, luty 2013

7 lutego na 18. urodzinach muzyków występujących pod szyldem świętokrzyskiej grupy wystąpili m.in. Baku Baku Skład, Abradab, Joka, DJ Feel-X, Gutek, WSZ i CNE.


Joka w Mega Clubie

fot. KM

Grupa powstała w 1995 r. w mieście Końskie. Założycielem jest DJ Feel-X, były członek nieistniejącej już legendarnej formacji Kaliber 44. Didżej prowadzi obecnie tyskie wydawnictwo fonograficzne i studio nagrań Siła-z-pokoju.

– Mad Crew nie zrodziło się w mojej głowie, ale w naszych sercach i dlatego może z tak prawdziwym uczuciem pielęgnuję je do dziś dnia – mówił Feel-X w wywiadzie dla „Ultramaryny”.

W katowickim Mega Clubie publiczność usłyszała m.in. piosenki: „Masz albo myślisz o nich aż...” i „Gruby czarny kot” (Kaliber 44), „Pom pom” (Indios Bravos), „Mamy królów na banknotach” i „Rapowe ziarno 2 (Szyderap)” (Abradab) oraz „Reprezent” (Miuosh).

Dwa dni wcześniej podobna urodzinowa impreza miała miejsce we Wrocławiu. Wydarzenia zarejestrowane zostały na potrzeby koncertowego DVD, które ma ukazać się w tym roku.

– Byłam tylko do Baku Baku. Potęga! Było megasuper! – komentowała Karina, jedna z uczestniczek katowickiego koncertu – Tylko publika mnie trochę zawiodła. Gutek świetny! Wszyscy zresztą, DJ Feel-X, Kocur.

BK

Lao Che. „Soundtrack” do obrazu, którego nie ma

www.suplement.us.edu.pl, luty 2013

Mówi, że do życia nikt ci ściągi nie podrzuci, że najważniejsza jest miłość, że kotwicą tkwi w odizolowanym systemie, że jest tu i teraz, że czasem wyjdzie na koncert i się morduje. O nowej płycie płockiej grupy Lao Che i innych rzeczach, po koncercie w zabrzańskim CK Wiatrak, opowiada Hubert „Spięty” Dobaczewski, wokalista zespołu.


Lao Che w CK Wiatrak

fot. KM

Jesteście w trakcie trasy koncertowej, która promuje album „Soundtrack”. Płyta zbiera dobre recenzje. Singiel „Zombi!” ma wysokie miejsce na liście przebojów Trójki. Jak oceniacie odbiór płyty?

Na liście przebojów jest jedna piosenka, która nie do końca pasuje do całego albumu, wyłamuje się. Z drugiej strony jest nośnym singlem. Reprezentuje nasze podejście do muzykowania. Jest agresywna, a tekstowo abstrakcyjna. Lubię takie rzeczy pisząc teksty.

Płyta nie jest przebojowa. Jest trudna. Jak ktoś śledzi to, co robi Lao Che i chce się z płytą zapoznać i w nią wniknąć, to ma materiał, który jest bogaty. Jest na niej sporo pomysłów i muzykowania, ale czy to komuś pasuje czy nie, to jest już indywidualna sprawa. Płyta nie jest nośna, nie wchodzi od pierwszego razu, nie jest oczywista.

Z płytą wiązał się projekt filmowy. Dlaczego nie został zrealizowany?

To obszerna opowieść. Zawsze robiliśmy muzykę obrazową – od pierwszej płyty „Gusła”, na zasadzie słuchowiska. Wyobrażasz sobie jakieś sytuacje i je opisujesz dźwiękiem i słowem. Przed tym, kiedy zaczęliśmy komponować piosenki do piątej płyty, pojawił się team filmowy, który powiedział, że mamy podejście filmowe, więc razem możemy stworzyć coś obrazowego. Potem się to rozpadło, a my wtedy pomyśleliśmy, żeby zrobić soundtrack do obrazu, którego nie będzie.

Czyli pomysł filmowy był pierwszy.

Nie pamiętam. To był poważny filmowy team, ale to się rozsypało. Potem pojawił się drugi team, który uznał, że te piosenki – skomponowane, z tekstami, nagrane w formie demo – to fajny materiał, żeby zrobić film i próbował to zrobić. Też się nie udało, więc to rzecz niedokończona. Ale z naszej strony udało się nagrać płytę.

Jest szansa, że film powstanie?

Nie wiem. Nie zajmuję się filmem. Pojawili się ludzie, którzy parają się inną formą sztuki, ja się na tym nie znam. Jeśli uznali, że to fajny pomysł, żeby na bazie piosenek zrobić film, to fajnie. Nie udało się. Jakby miało się to udać, to czemu nie.

Pojawiają się głosy, że to najspokojniejsza płyta w waszej karierze.

Najmniej rockowa, bo to chyba o to chodzi, że jest najmniej jazgotliwa. Nie ma przesterowanych gitar, które definiują zespół jako rockowy.

Na „Soundtracku” momentami brzmisz jak w Koli.

To proste nawiązanie. Ktoś patrzy na piosenkę „Jestem psem” przez pryzmat dokonań tego zespołu. W ramach tria Dimon, Denat i ja fascynowaliśmy się hip hopem, jako nowym środkiem wyrazu. Jako zgnuśniali metalowcy stwierdziliśmy, że to coś nowego. Wbiliśmy się w to i w 1999 r. wydaliśmy płytę, a potem założyliśmy Lao Che. Teraz analogia jest taka, że czegokolwiek bym nie zrobił, co oparte jest na bicie i na rymowaniu, to to budzi skojarzenia.

Jesteś autorem tekstów. Poruszasz różne tematy. Mówisz, że „Soundtrack” jest płytą smutną i osobistą, że teksty wiążą się twoimi problemami. Co chciałeś w nich powiedzieć?

Nie wiem. Wyraziłem się w pewnym momencie mojego życia. Padło na moment, w którym nie do końca było mi wesoło i nie chodzi o coś konkretnego. Taka jest natura człowieka, jest sinusoidą. Przynajmniej u mnie. Nie wiem, jak u innych. Pisanie tekstów wpasowało się w dołek. Idea płyty była taka, że będzie to rzecz, która jest wzięciem się za bary z jakąś problematyką i to nie będzie rzecz wesołkowata i głupkowata. To nie ma tak, że kiedy jest jakiś problem, to od razu go rozwiązujemy i dostajemy odpowiedź. Nikt ci nic nie podpowie. Niestety nikt ci ściągi nie podrzuci, więc musisz sam poszukiwać i starać się sam w tym wszystkim połapać. To nie jest łatwe. To dzieje się falami, przynajmniej w moim przypadku. Trochę przysypiam, gdzieś funkcjonuję, żyję sobie, a potem łapią mnie rozterki, a ponieważ jestem niecierpliwy i brak jest odpowiedzi, to mnie to frustruje i ciągnie w dół.

Masz prawie czterdziestkę. Jakieś odpowiedzi się pojawiły?

Na parę rzeczy tak. Ale jest gros, na które odpowiedzi nie znam i nie wiem, czy poznam. To są subiektywne sprawy.

Dla ciebie najważniejsze w życiu jest...

Miłość. Pomyślałem ad hoc. Ale to chyba w przypadku każdego. Dzisiaj są Walentynki, więc na pewno miłość.

Lao Che jest w Polsce dość popularnym zespołem. Myślice o karierze za granicą?

Nie jesteśmy z tego pokolenia. Być może są następne pokolenia zespołów, które czują się dobrze z językiem. Jestem rocznik 1974. Kiedy zacząłem muzykować, to to była końcówka komuny. Kotwicą tkwię tutaj, w odizolowanym systemie. Tak się czuję sam ze sobą. Nie mam potrzeby, żeby gimnastykować się z językiem, żeby próbować wyrazić coś komuś tam gdzieś uniwersalnie. Wystarcza mi, żeby wyrażać się dla sporej populacji tutaj, bo tu jest niemały naród, więc jest do kogo mówić, jest do kogo śpiewać i to mi wystarcza. Chyba nie chodzi o to, żeby zawojować świat.

Twoja działalność to nie tylko Lao Che. Często jesteś w trasie i coś robisz. Jak to godzisz bądź jak to godzicie z życiem prywatnym?

To szumnie powiedziane. Grając w zespole dużo się wyjeżdża i dużo jest się poza domem. To nie jest łatwe, jeśli ma się małe dzieci, a my mamy małe dzieci. Dużo energii wpompowuje się w to, żeby wystawić fajny koncert, a potem wraca się do domu i trzeba dobrze wystawić koncert w domu, żeby żona była zadowolona, żeby dzieci były zadowolone, żeby wszystko było dopieszczone, żeby człowiek był zaangażowany. Ciągle jest pompowanie energii i to nie jest łatwe, ale na emeryturę mamy jeszcze czas i nie narzekamy, że nie wiadomo, jak mamy trudno. Z drugiej strony bycie na scenie nie jest łatwe – ma blaski i cienie. Jest fajnie, jak jest fajnie, a jak jest słabo, to jest bardzo słabo – w sensie, że jeździsz na koncerty i każdy koncert chciałbyś wystawić wyjątkowo. Ludzie tego oczekują i to się uda 3-4 razy na 10. Nie wiem, jak długo będzie udawało się tak funkcjonować.

Udają się 3 koncerty na 10?

Nie, tak strzeliłem. Może nie tak. Więcej jest koncertów udanych, nawet subiektywnie z mojej strony patrząc i opiniując. Liczby nie są ważne. Cholernie nie lubię matematyki. Chociaż statystyki są istotne. Nie wiem. Jestem po prostu tu i teraz. Albo się coś uda, albo nie. Czasem wyjdę na koncert i się morduję. Wczoraj graliśmy w Zakopanym. Część załogi mówiła, że świetny koncert, a ja się mordowałem strasznie. Nie miałem siły. Byłem zbitym psem, a dzisiaj bardzo mi się podobało. Miałem luzik. Czasami tak to się pojawia, na zasadzie łaski, a czasami tego nie ma i się człowiek morduje. Jest różnie.

BK

5 lutego 2013

Stara szkoła zamieniła się w miejsce muzyki i sztuki

myslowice.twojemiasto.info, 4 lutego 2013

– Chcemy rozruszać miasto – mówi szef „poMysłowych”. 1 i 2 lutego stowarzyszenie zorganizowało festiwal muzyki i sztuki Old School.


Holly Blue podczas Old School

fot. BK

Impreza odbyła się w dawnym budynku szkoły przy ul. Kościelnej na Brzezince w Mysłowicach. – Wzorowaliśmy się na Golden Vision – mówi Jacek Duda, prezes stowarzyszenia. Festiwal Golden Vision zorganizowany został po raz pierwszy 21 lipca przez katowicką galerię BIBU w szopienickiej hucie Uthemann. Katowicka inicjatywa chce ożywić dawne obiekty przemysłowe przez wydarzenia kulturalne.

Podobną drogę obrali „poMysłowi”. W trakcie dwóch dni mysłowickiego festiwalu na kilku scenach wystąpiło kilkudziesięciu wykonawców muzyki rockowej, elektronicznej i hiphopowej. Na ostatnim piętrze szkoły odbywały się wystawy sztuki.

Wystąpił m.in. olśniewający popwo-alternatywny zespół Holly Blue. Mysłowicka grupa istnieje od 2011 r. W styczniu miała miejsce premiera jej debiutanckiego albumu „First Flight”.

Na scenie zagościł też m.in. wspaniały Generał Stilwell, formacja założona w Mysłowicach w 1986 r. Byłą jedną z pierwszych w kraju wykonującą brytyjski gitarowy rock. Reaktywowana w 2007 r. grupa zaprezentowała materiał z wydanej własnym nakładem płyty „Marta w Nicei” (2012).

Jedną z gwiazd imprezy – co przyznają uczestnicy i organizatorzy – był m.in. rewelacyjny polski muzyk country Peter J. Birch, który mógłby pochodzić – i takie sprawia wrażenie – z Dzikiego Zachodu.

Carlos, Krystian Różycki, wystąpił ze swoim zespołem Czary mary koszmary i ćmy. Był jedną z osób, które pomagały organizatorom w zapraszaniu wykonawców.

Pokaz mody podczas brzęczkowickiej imprezy zaprezentowała, przy współpracy z Sarą Kajzerek, Maryna Bombik, fotograf i właścicielka sklepu z odzieżą Julie Schop.

Na ostatnim piętrze dawnej szkoły miały miejsce wystawy, m.in. Rafała Jagieły, Mariusza Rosińskiego i Wieka.

Już pierwszego dnia uczestniczyło w imprezie ok. 300 osób. Wydarzenie było pilotażowe. O tym, czy będzie miała miejsce kolejna edycja, zadecydują organizatorzy. Mają już w planie kolejne wydarzenia, ale... – Nie chcemy zdradzać szczegółów – mówi szef stowarzyszenia Jacek Duda.

BK

3 lutego 2013

Brawura w Kaloszu

Mysłowice.twojemiasto.info, 3 lutego 2013

Maciej Wachowiak na co dzień występuje w śląskim elektroniczno-punkowym zespole Slutocasters. Od niedawna koncertuje solo, pod pseudonimem Max Bravura. Na scenie pojawia się z gitarą elektryczną. Gra punk, ale występuje w marynarce. Tak było 31 stycznia w mysłowickim pubie Kalosz, w ramach „Leniwej muzyki na koniec miesiąca”.


Max Bravura w Kaloszu

fot. BK

Z macierzystym zespołem zagrałeś już około stu koncertów w kraju i za granicą. Wasz teledysk do piosenki „Monkey Monkey” nominowany został do nagrody festiwalu Yach Film. Czym zaskoczycie publiczność w tym roku?

Materiał na debiutancką płytę czeka już od roku. Ciągle robimy nowe rzeczy, pojawia się sporo gitarowych sampli i mocnych, analogowych brzmień. Jesteśmy na etapie poszukiwania wydawnictwa, które by nam odpowiadało. Myślę, że począwszy od wiosny utwory na żywo ulegną zmianie brzmieniowej. Pierwsze numery próbujemy aranżować w nowych formach.

Czym różni się twoja solowa muzyka od muzyki Slutocasters?

Dynamika i emocjonalność numerów w jakimś stopniu są podobne, ale samo brzmienie różni się diametralnie. W Max Bravura mówimy o gitarze i wokalu, nie ma bitu ani syntez, jako dominanty w brzmieniu. Planuję dołożenie do Maksa perkusji i basu, ale na to trzeba trochę poczekać. Uważam, że na wszystko jest dobry czas i dobry moment. Max Bravura rozwija się stopniowo, choć niektóre stopnie ma już za sobą, przez moje doświadczenie w prowadzeniu Slutocasters, gdzie nadal pełnię rolę managera i członka zespołu.

Co planujesz w tym roku jako Max Bravura?

Na okolice maja w planach jest EP [wydawnictwo promocyjne – red.]. Planuję dużo grania, co zapowiada się dość dobrze. 8 lutego będzie pierwszy eksportowy koncert w Berlinie, a 22 lutego gram w katowickim Rialcie, przed premierą dokumentu o Sixto Rodriquezie. Ciągle powstają nowe utwory. Ciągle też staram się zmieniać aranż numerów, ich kompozycje i ład. To nie sztuka powtarzać to samo, choć oczywiście nie jest to regułą i staram się zachować w tej zabawie zdrowy rozsądek.

Nagrań Slutocasters można posłuchać pod adresem http://soundcloud.com/slutocasters, nagrań Maksa Bavury pod adresem http://soundcloud.com/max-bravura.

BK

17 stycznia 2013

Konserwator, który uratował Giszowiec

"Śląsk", nr 1 (207)

Być może Adam Kudla zostałby zawodowym piłkarzem. Wybrał jednak konserwatorstwo. Dzięki jego inicjatywie uratowano część zabytkowej zabudowy katowickiej dzielnicy. I nie tylko. O jego dokonaniach i wspólnym życiu opowiada Irena Kudla, wdowa po zmarłym 31 sierpnia ubiegłego roku wojewódzkim konserwatorze zabytków w latach 1961-1983.


Adam Kudla z żoną Ireną (2011 r.)

fot. archiwum Ireny Kudli

Naprawdę nazywał się Kudła, ale w wyniku pomyłki w urzędzie, oficjalnie pozostał przy nazwisku Kudla, choć w materiałach pisanych przez niego do Wojewódzkiej Rady Narodowej w latach 70. i 80. widać wybite na maszynie podpisy z nazwiskiem rodziców.

Przez dwie dekady organizował prace i prowadził nadzór konserwatorski m.in. nad zamkiem w Ogrodzieńcu, pałacem w Sośnicowicach, zamkiem w Toszku, dworkiem w Dobieszowicach, pałacem i parkiem w Pszczynie, pałacem w Ogrodzieńcu oraz skansenem w Chorzowie.

Doczekał się uznania nie tylko w kraju. Znał dobrze język angielski i niemiecki, co pozwalało delegować go przez ministra kultury na zagraniczne konferencje konserwatorskie.

– Adam często wyjeżdżał, brał udział w sympozjach – mówi Irena Kudla.

Napisał szereg artykułów. Dotyczyły one m.in. parków w ówczesnym województwie katowickim, obiektów Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej, byłych budynków przemysłowych, ochrony i adaptacji zabytków dla celów rekreacyjnych.

Od 1973 roku Adam był też wykładowcą na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Być może stało się to, jak mówi Irena Kudla, za pośrednictwem architekta prof. Franciszka Maurera, wykładowcy Politechniki. Adam pracował tam przez sześć lat.

W obronie Giszowca

W ramach swojej pracy konserwatorskiej zainteresował się kolonią Giszowiec. Osiedlem robotniczym koncernu Georg von Giesches Erben (Spadkobiercy Gieschego) zbudowanym w latach 1907-1910. Projekt wykonali architekci z Charlottenburga koło Belina – Georg i Jerzy Zillmannowie. Zaprojektowali oni dzielnicę mieszkaniową wzorując się na idei miasta-ogrodu, której twórcą był brytyjski urbanista Ebenezer Howard. Kolonia nosiła początkowo nazwę „Gieschewald” i służyć miała niemieckim górnikom, którzy jednak szybko opuścili Górny Śląsk. Robotnicze osiedle w gminie Janów, na leśnej parceli hrabiego Tiele-Wincklera, polecił zbudować naczelny dyrektor spółki Anthon Uthemann.

W 1964 roku w pobliżu osiedla rozpoczęła wydobycie węgla kopalnia Staszic. Aby zakwaterować pracujących w niej górników, w 1969 roku ówczesne władze podjęły decyzje o wyburzeniu zabytkowej części Giszowca. Sekretarzem KW PZPR był wtedy Zdzisław Grudzień. Na wyburzonym obszarze miały powstać liczące 10-11 pięter bloki osiedla Staszica.

„Ambicje odgrywania awangardy nowoczesności – pisze Elżbieta Kaszuba w Historii Śląska z 2002 roku – przywodziło aparatczyków Grudnia do decyzji i działań skandalicznych, powodujących nieodwracalne szkody. Przykładów dostarczał barbarzyński stosunek do śląskich zabytków kultury materialnej. Na wyburzenie skazywane bywały historyczne obiekty z przełomu wieków XIX/XX, z lekceważeniem fachowej ekspertyzy. Szopienicki Giszowiec [zanim w 1960 roku stał się dzielnicą Katowic, w latach 1951-1960 należał do powiatu Szopienice], już wówczas architektoniczna rzadkość w kategorii zabytków osiedlowego budownictwa robotniczego, w Polsce porównywany z Witominem wzniesionym w okresie międzywojennym dla zasłużonych budowniczych Gdyni, w dwóch trzecich zrównany został z ziemią (wyburzenia przerwały wypadki 1980 r.). Zalesiony azyl w środku zadymionego górniczego miasta, z ogrodami wokół domków ostatnio zamieszkałych przez Ślązaków emerytów z kopalni Wieczorek, jako kapitalistyczny relikt poświęcono wraz z nazwą na rzecz betonowego nowoczesnego osiedla mieszkaniowego”.

Wyburzanie osiedla stało się tematem filmu Kazimierza Kutza „Paciorki jednego różańca” (1979). Obraz opowiada historię mieszkających w jednorodzinnym domku Habryków, którzy nie chcą opuścić swojej ojcowizny.

Działania władz przerwano po interwencji Adama Kudli w Ministerstwie Kultury i jego decyzji z 1978 roku, jako wojewódzkiego konserwatora zabytków. Układ urbanistyczno-przestrzenny Giszowca wpisany został do rejestru zabytków ówczesnego województwa katowickiego. Znalazł się tam fragment osiedla – rynek, szkoła, dawny budynek administracyjny, dawne nadleśnictwo, park centralny, dawna gospoda, budynek łaźni, pralni, magla, dawny zespół domów noclegowych, poczta oraz osiem kwartałów zabudowy mieszkaniowej.

Władze zdążyły jednak wyburzyć 2/3 zabytkowej zabudowy.

Za objęcie ochroną konserwatorską starego Giszowca Adama spotkała polityczna kara.

Ale udało się. Część zachowano. Przypomniano sobie o „Mieście Ogrodów”, kiedy Katowice starały się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

14 stycznia 2013

Generał Stilwell. Płyta po dwudziestu sześciu latach

myslowice.twojemiasto.info, 14 stycznia 2013

Mysłowicka grupa powstała w 1986 r. Była jedną z pierwszych grających w Polsce brytyjski gitarowy rock. Po przerwie wznowiła działalność sześć lat temu. Przy okazji organizowanego przez siebie 10 stycznia w miejskim Przedszkolu nr 5 Koncertu Zimowego o muzyce mówi lider zespołu, Marek „Dżałówa” Jałowiecki, pracownik placówki.


Marek „Dżałówa” Jałowiecki

fot. archiwum Generała Stilwella

To będzie już szósty Koncert Zimowy. Jak to się stało, że odbył się pierwszy?

Pierwszy był bardzo skromny. Na początku miał być nastawiony na śpiewanie kolęd i pastorałek, ale zacząłem myśleć, bo w temacie muzyki czuję się swobodnie, żeby zaryzykować i wprowadzić trochę muzyki rockowej o zabarwieniu alternatywnym, czyli takiej, jaka jest mi bliska. Dla przedszkola to novum. Być może gdzieś jeszcze robi się takie rzeczy, ale w Mysłowicach na pewno już nigdzie.

Można wymienić kilku świetnych wykonawców, którzy wystąpili tu podczas wcześniejszych edycji, przede wszystkim Graftmanna, Iowę Super Soccer, Penny Lane, Milcz Serce. Co roku coś się dzieje. Cechą charakterystyczną jest to, że co roku występuję ja, ale zawsze w innej formie, bo zaprezentowałam tu już Ladislava, Generała Stilwella, siebie solo, a dzisiaj znowu jest inaczej, bo z gitarzystą Generała Bartkiem Koźmińskim.

Był Generał, reaktywowany kilka lat temu i który co jakiś czas pojawia się z koncertem, później grałeś sam, następnie w Delons i Ladislav. Te zespoły już nie istnieją. Grasz teraz solo, z Generałem czy bardziej skupiasz się na pracy pedagogicznej?

Ostatni okres jest bardzo bogaty, jeśli chodzi o wydarzenia artystyczne w moim życiu. Jesienią zagrałem kilka koncertów, we Wrocławiu, w Żywcu, Opolu, Ostrzeszowie, teraz w Krakowie. Zazwyczaj gram w konfiguracji takiej, jak dzisiaj, ale mam Generała Silwella. Reaktywowaliśmy się na poważnie, od dwóch lat pracujemy i w ubiegłym roku nagraliśmy płytę. To debiutancka płyta zespołu.

Po 26 latach.

Za każdym razem powtarzam to na koncertach, bo jest to rekord.

Na Koncercie Zimowym występujesz z Bartkiem Koźmińskim.

Gramy na boku akustyczno-elektroniczne koncerty. Za niedługo zamierzam nazwać ten dwuosobowy projekt, ale dopiero, kiedy nagramy krótki minilongplay.

Mysłowice to nie jest już tak gitarowe miasto, jak w latach 80. Śledzisz to, co dzieje się w mieście w muzyce?

Mimowolnie śledziłem, ale nie robiłem tego celowo. Informacje docierały do mnie mimochodem. Byłem w tym, ale nie byłem zainteresowany sceną mysłowicką. W pewnym sensie jestem jej elementem, więc wiem trochę na ten temat. Gdybyś spytał mnie o twórczość danych zespołów, o ich piosenki, to miałbym problem.

Na Koncertach Zimowych wystąpiło kilka zespołów z Mysłowic. Masz wśród nich faworyta?

Był nim w pewnym momencie Iowa Super Soccer.

Teraz Natalie Loves You.

Nie słyszałem tego. Nie chciałbym dyskredytować czegoś, czego nie słyszałem. Wiem skąd się wzięła Iowa Super Soccer. To był klimat. Wiedziałem, kto to zrobił. Są zespoły, które powstają teraz na fali mody. To nie jest dla mnie przekonujące. Natalia zaistniała w zespole Iowa Super Soccer. Może to jest fajne? Nie wiem, nie słyszałem. Na YouTubie się jeszcze nie skusiłem, zapomniałem. Teraz będę pamiętał.

Osoby zainteresowane egzemplarzem płyty Generała Stilwella „Marta w Nicei” mogą zwrócić się w tej sprawie do zespołu. Informacje kontaktowe pod adresem www.generalstilwell.pl.

BK