20 lutego 2013

Sto lat dla raperów z Mad Crew

www.suplement.us.edu.pl, luty 2013

7 lutego na 18. urodzinach muzyków występujących pod szyldem świętokrzyskiej grupy wystąpili m.in. Baku Baku Skład, Abradab, Joka, DJ Feel-X, Gutek, WSZ i CNE.


Joka w Mega Clubie

fot. KM

Grupa powstała w 1995 r. w mieście Końskie. Założycielem jest DJ Feel-X, były członek nieistniejącej już legendarnej formacji Kaliber 44. Didżej prowadzi obecnie tyskie wydawnictwo fonograficzne i studio nagrań Siła-z-pokoju.

– Mad Crew nie zrodziło się w mojej głowie, ale w naszych sercach i dlatego może z tak prawdziwym uczuciem pielęgnuję je do dziś dnia – mówił Feel-X w wywiadzie dla „Ultramaryny”.

W katowickim Mega Clubie publiczność usłyszała m.in. piosenki: „Masz albo myślisz o nich aż...” i „Gruby czarny kot” (Kaliber 44), „Pom pom” (Indios Bravos), „Mamy królów na banknotach” i „Rapowe ziarno 2 (Szyderap)” (Abradab) oraz „Reprezent” (Miuosh).

Dwa dni wcześniej podobna urodzinowa impreza miała miejsce we Wrocławiu. Wydarzenia zarejestrowane zostały na potrzeby koncertowego DVD, które ma ukazać się w tym roku.

– Byłam tylko do Baku Baku. Potęga! Było megasuper! – komentowała Karina, jedna z uczestniczek katowickiego koncertu – Tylko publika mnie trochę zawiodła. Gutek świetny! Wszyscy zresztą, DJ Feel-X, Kocur.

BK

Lao Che. „Soundtrack” do obrazu, którego nie ma

www.suplement.us.edu.pl, luty 2013

Mówi, że do życia nikt ci ściągi nie podrzuci, że najważniejsza jest miłość, że kotwicą tkwi w odizolowanym systemie, że jest tu i teraz, że czasem wyjdzie na koncert i się morduje. O nowej płycie płockiej grupy Lao Che i innych rzeczach, po koncercie w zabrzańskim CK Wiatrak, opowiada Hubert „Spięty” Dobaczewski, wokalista zespołu.


Lao Che w CK Wiatrak

fot. KM

Jesteście w trakcie trasy koncertowej, która promuje album „Soundtrack”. Płyta zbiera dobre recenzje. Singiel „Zombi!” ma wysokie miejsce na liście przebojów Trójki. Jak oceniacie odbiór płyty?

Na liście przebojów jest jedna piosenka, która nie do końca pasuje do całego albumu, wyłamuje się. Z drugiej strony jest nośnym singlem. Reprezentuje nasze podejście do muzykowania. Jest agresywna, a tekstowo abstrakcyjna. Lubię takie rzeczy pisząc teksty.

Płyta nie jest przebojowa. Jest trudna. Jak ktoś śledzi to, co robi Lao Che i chce się z płytą zapoznać i w nią wniknąć, to ma materiał, który jest bogaty. Jest na niej sporo pomysłów i muzykowania, ale czy to komuś pasuje czy nie, to jest już indywidualna sprawa. Płyta nie jest nośna, nie wchodzi od pierwszego razu, nie jest oczywista.

Z płytą wiązał się projekt filmowy. Dlaczego nie został zrealizowany?

To obszerna opowieść. Zawsze robiliśmy muzykę obrazową – od pierwszej płyty „Gusła”, na zasadzie słuchowiska. Wyobrażasz sobie jakieś sytuacje i je opisujesz dźwiękiem i słowem. Przed tym, kiedy zaczęliśmy komponować piosenki do piątej płyty, pojawił się team filmowy, który powiedział, że mamy podejście filmowe, więc razem możemy stworzyć coś obrazowego. Potem się to rozpadło, a my wtedy pomyśleliśmy, żeby zrobić soundtrack do obrazu, którego nie będzie.

Czyli pomysł filmowy był pierwszy.

Nie pamiętam. To był poważny filmowy team, ale to się rozsypało. Potem pojawił się drugi team, który uznał, że te piosenki – skomponowane, z tekstami, nagrane w formie demo – to fajny materiał, żeby zrobić film i próbował to zrobić. Też się nie udało, więc to rzecz niedokończona. Ale z naszej strony udało się nagrać płytę.

Jest szansa, że film powstanie?

Nie wiem. Nie zajmuję się filmem. Pojawili się ludzie, którzy parają się inną formą sztuki, ja się na tym nie znam. Jeśli uznali, że to fajny pomysł, żeby na bazie piosenek zrobić film, to fajnie. Nie udało się. Jakby miało się to udać, to czemu nie.

Pojawiają się głosy, że to najspokojniejsza płyta w waszej karierze.

Najmniej rockowa, bo to chyba o to chodzi, że jest najmniej jazgotliwa. Nie ma przesterowanych gitar, które definiują zespół jako rockowy.

Na „Soundtracku” momentami brzmisz jak w Koli.

To proste nawiązanie. Ktoś patrzy na piosenkę „Jestem psem” przez pryzmat dokonań tego zespołu. W ramach tria Dimon, Denat i ja fascynowaliśmy się hip hopem, jako nowym środkiem wyrazu. Jako zgnuśniali metalowcy stwierdziliśmy, że to coś nowego. Wbiliśmy się w to i w 1999 r. wydaliśmy płytę, a potem założyliśmy Lao Che. Teraz analogia jest taka, że czegokolwiek bym nie zrobił, co oparte jest na bicie i na rymowaniu, to to budzi skojarzenia.

Jesteś autorem tekstów. Poruszasz różne tematy. Mówisz, że „Soundtrack” jest płytą smutną i osobistą, że teksty wiążą się twoimi problemami. Co chciałeś w nich powiedzieć?

Nie wiem. Wyraziłem się w pewnym momencie mojego życia. Padło na moment, w którym nie do końca było mi wesoło i nie chodzi o coś konkretnego. Taka jest natura człowieka, jest sinusoidą. Przynajmniej u mnie. Nie wiem, jak u innych. Pisanie tekstów wpasowało się w dołek. Idea płyty była taka, że będzie to rzecz, która jest wzięciem się za bary z jakąś problematyką i to nie będzie rzecz wesołkowata i głupkowata. To nie ma tak, że kiedy jest jakiś problem, to od razu go rozwiązujemy i dostajemy odpowiedź. Nikt ci nic nie podpowie. Niestety nikt ci ściągi nie podrzuci, więc musisz sam poszukiwać i starać się sam w tym wszystkim połapać. To nie jest łatwe. To dzieje się falami, przynajmniej w moim przypadku. Trochę przysypiam, gdzieś funkcjonuję, żyję sobie, a potem łapią mnie rozterki, a ponieważ jestem niecierpliwy i brak jest odpowiedzi, to mnie to frustruje i ciągnie w dół.

Masz prawie czterdziestkę. Jakieś odpowiedzi się pojawiły?

Na parę rzeczy tak. Ale jest gros, na które odpowiedzi nie znam i nie wiem, czy poznam. To są subiektywne sprawy.

Dla ciebie najważniejsze w życiu jest...

Miłość. Pomyślałem ad hoc. Ale to chyba w przypadku każdego. Dzisiaj są Walentynki, więc na pewno miłość.

Lao Che jest w Polsce dość popularnym zespołem. Myślice o karierze za granicą?

Nie jesteśmy z tego pokolenia. Być może są następne pokolenia zespołów, które czują się dobrze z językiem. Jestem rocznik 1974. Kiedy zacząłem muzykować, to to była końcówka komuny. Kotwicą tkwię tutaj, w odizolowanym systemie. Tak się czuję sam ze sobą. Nie mam potrzeby, żeby gimnastykować się z językiem, żeby próbować wyrazić coś komuś tam gdzieś uniwersalnie. Wystarcza mi, żeby wyrażać się dla sporej populacji tutaj, bo tu jest niemały naród, więc jest do kogo mówić, jest do kogo śpiewać i to mi wystarcza. Chyba nie chodzi o to, żeby zawojować świat.

Twoja działalność to nie tylko Lao Che. Często jesteś w trasie i coś robisz. Jak to godzisz bądź jak to godzicie z życiem prywatnym?

To szumnie powiedziane. Grając w zespole dużo się wyjeżdża i dużo jest się poza domem. To nie jest łatwe, jeśli ma się małe dzieci, a my mamy małe dzieci. Dużo energii wpompowuje się w to, żeby wystawić fajny koncert, a potem wraca się do domu i trzeba dobrze wystawić koncert w domu, żeby żona była zadowolona, żeby dzieci były zadowolone, żeby wszystko było dopieszczone, żeby człowiek był zaangażowany. Ciągle jest pompowanie energii i to nie jest łatwe, ale na emeryturę mamy jeszcze czas i nie narzekamy, że nie wiadomo, jak mamy trudno. Z drugiej strony bycie na scenie nie jest łatwe – ma blaski i cienie. Jest fajnie, jak jest fajnie, a jak jest słabo, to jest bardzo słabo – w sensie, że jeździsz na koncerty i każdy koncert chciałbyś wystawić wyjątkowo. Ludzie tego oczekują i to się uda 3-4 razy na 10. Nie wiem, jak długo będzie udawało się tak funkcjonować.

Udają się 3 koncerty na 10?

Nie, tak strzeliłem. Może nie tak. Więcej jest koncertów udanych, nawet subiektywnie z mojej strony patrząc i opiniując. Liczby nie są ważne. Cholernie nie lubię matematyki. Chociaż statystyki są istotne. Nie wiem. Jestem po prostu tu i teraz. Albo się coś uda, albo nie. Czasem wyjdę na koncert i się morduję. Wczoraj graliśmy w Zakopanym. Część załogi mówiła, że świetny koncert, a ja się mordowałem strasznie. Nie miałem siły. Byłem zbitym psem, a dzisiaj bardzo mi się podobało. Miałem luzik. Czasami tak to się pojawia, na zasadzie łaski, a czasami tego nie ma i się człowiek morduje. Jest różnie.

BK

5 lutego 2013

Stara szkoła zamieniła się w miejsce muzyki i sztuki

myslowice.twojemiasto.info, 4 lutego 2013

– Chcemy rozruszać miasto – mówi szef „poMysłowych”. 1 i 2 lutego stowarzyszenie zorganizowało festiwal muzyki i sztuki Old School.


Holly Blue podczas Old School

fot. BK

Impreza odbyła się w dawnym budynku szkoły przy ul. Kościelnej na Brzezince w Mysłowicach. – Wzorowaliśmy się na Golden Vision – mówi Jacek Duda, prezes stowarzyszenia. Festiwal Golden Vision zorganizowany został po raz pierwszy 21 lipca przez katowicką galerię BIBU w szopienickiej hucie Uthemann. Katowicka inicjatywa chce ożywić dawne obiekty przemysłowe przez wydarzenia kulturalne.

Podobną drogę obrali „poMysłowi”. W trakcie dwóch dni mysłowickiego festiwalu na kilku scenach wystąpiło kilkudziesięciu wykonawców muzyki rockowej, elektronicznej i hiphopowej. Na ostatnim piętrze szkoły odbywały się wystawy sztuki.

Wystąpił m.in. olśniewający popwo-alternatywny zespół Holly Blue. Mysłowicka grupa istnieje od 2011 r. W styczniu miała miejsce premiera jej debiutanckiego albumu „First Flight”.

Na scenie zagościł też m.in. wspaniały Generał Stilwell, formacja założona w Mysłowicach w 1986 r. Byłą jedną z pierwszych w kraju wykonującą brytyjski gitarowy rock. Reaktywowana w 2007 r. grupa zaprezentowała materiał z wydanej własnym nakładem płyty „Marta w Nicei” (2012).

Jedną z gwiazd imprezy – co przyznają uczestnicy i organizatorzy – był m.in. rewelacyjny polski muzyk country Peter J. Birch, który mógłby pochodzić – i takie sprawia wrażenie – z Dzikiego Zachodu.

Carlos, Krystian Różycki, wystąpił ze swoim zespołem Czary mary koszmary i ćmy. Był jedną z osób, które pomagały organizatorom w zapraszaniu wykonawców.

Pokaz mody podczas brzęczkowickiej imprezy zaprezentowała, przy współpracy z Sarą Kajzerek, Maryna Bombik, fotograf i właścicielka sklepu z odzieżą Julie Schop.

Na ostatnim piętrze dawnej szkoły miały miejsce wystawy, m.in. Rafała Jagieły, Mariusza Rosińskiego i Wieka.

Już pierwszego dnia uczestniczyło w imprezie ok. 300 osób. Wydarzenie było pilotażowe. O tym, czy będzie miała miejsce kolejna edycja, zadecydują organizatorzy. Mają już w planie kolejne wydarzenia, ale... – Nie chcemy zdradzać szczegółów – mówi szef stowarzyszenia Jacek Duda.

BK

3 lutego 2013

Brawura w Kaloszu

Mysłowice.twojemiasto.info, 3 lutego 2013

Maciej Wachowiak na co dzień występuje w śląskim elektroniczno-punkowym zespole Slutocasters. Od niedawna koncertuje solo, pod pseudonimem Max Bravura. Na scenie pojawia się z gitarą elektryczną. Gra punk, ale występuje w marynarce. Tak było 31 stycznia w mysłowickim pubie Kalosz, w ramach „Leniwej muzyki na koniec miesiąca”.


Max Bravura w Kaloszu

fot. BK

Z macierzystym zespołem zagrałeś już około stu koncertów w kraju i za granicą. Wasz teledysk do piosenki „Monkey Monkey” nominowany został do nagrody festiwalu Yach Film. Czym zaskoczycie publiczność w tym roku?

Materiał na debiutancką płytę czeka już od roku. Ciągle robimy nowe rzeczy, pojawia się sporo gitarowych sampli i mocnych, analogowych brzmień. Jesteśmy na etapie poszukiwania wydawnictwa, które by nam odpowiadało. Myślę, że począwszy od wiosny utwory na żywo ulegną zmianie brzmieniowej. Pierwsze numery próbujemy aranżować w nowych formach.

Czym różni się twoja solowa muzyka od muzyki Slutocasters?

Dynamika i emocjonalność numerów w jakimś stopniu są podobne, ale samo brzmienie różni się diametralnie. W Max Bravura mówimy o gitarze i wokalu, nie ma bitu ani syntez, jako dominanty w brzmieniu. Planuję dołożenie do Maksa perkusji i basu, ale na to trzeba trochę poczekać. Uważam, że na wszystko jest dobry czas i dobry moment. Max Bravura rozwija się stopniowo, choć niektóre stopnie ma już za sobą, przez moje doświadczenie w prowadzeniu Slutocasters, gdzie nadal pełnię rolę managera i członka zespołu.

Co planujesz w tym roku jako Max Bravura?

Na okolice maja w planach jest EP [wydawnictwo promocyjne – red.]. Planuję dużo grania, co zapowiada się dość dobrze. 8 lutego będzie pierwszy eksportowy koncert w Berlinie, a 22 lutego gram w katowickim Rialcie, przed premierą dokumentu o Sixto Rodriquezie. Ciągle powstają nowe utwory. Ciągle też staram się zmieniać aranż numerów, ich kompozycje i ład. To nie sztuka powtarzać to samo, choć oczywiście nie jest to regułą i staram się zachować w tej zabawie zdrowy rozsądek.

Nagrań Slutocasters można posłuchać pod adresem http://soundcloud.com/slutocasters, nagrań Maksa Bavury pod adresem http://soundcloud.com/max-bravura.

BK

17 stycznia 2013

Konserwator, który uratował Giszowiec

"Śląsk", nr 1 (207)

Być może Adam Kudla zostałby zawodowym piłkarzem. Wybrał jednak konserwatorstwo. Dzięki jego inicjatywie uratowano część zabytkowej zabudowy katowickiej dzielnicy. I nie tylko. O jego dokonaniach i wspólnym życiu opowiada Irena Kudla, wdowa po zmarłym 31 sierpnia ubiegłego roku wojewódzkim konserwatorze zabytków w latach 1961-1983.


Adam Kudla z żoną Ireną (2011 r.)

fot. archiwum Ireny Kudli

Naprawdę nazywał się Kudła, ale w wyniku pomyłki w urzędzie, oficjalnie pozostał przy nazwisku Kudla, choć w materiałach pisanych przez niego do Wojewódzkiej Rady Narodowej w latach 70. i 80. widać wybite na maszynie podpisy z nazwiskiem rodziców.

Przez dwie dekady organizował prace i prowadził nadzór konserwatorski m.in. nad zamkiem w Ogrodzieńcu, pałacem w Sośnicowicach, zamkiem w Toszku, dworkiem w Dobieszowicach, pałacem i parkiem w Pszczynie, pałacem w Ogrodzieńcu oraz skansenem w Chorzowie.

Doczekał się uznania nie tylko w kraju. Znał dobrze język angielski i niemiecki, co pozwalało delegować go przez ministra kultury na zagraniczne konferencje konserwatorskie.

– Adam często wyjeżdżał, brał udział w sympozjach – mówi Irena Kudla.

Napisał szereg artykułów. Dotyczyły one m.in. parków w ówczesnym województwie katowickim, obiektów Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej, byłych budynków przemysłowych, ochrony i adaptacji zabytków dla celów rekreacyjnych.

Od 1973 roku Adam był też wykładowcą na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Być może stało się to, jak mówi Irena Kudla, za pośrednictwem architekta prof. Franciszka Maurera, wykładowcy Politechniki. Adam pracował tam przez sześć lat.

W obronie Giszowca

W ramach swojej pracy konserwatorskiej zainteresował się kolonią Giszowiec. Osiedlem robotniczym koncernu Georg von Giesches Erben (Spadkobiercy Gieschego) zbudowanym w latach 1907-1910. Projekt wykonali architekci z Charlottenburga koło Belina – Georg i Jerzy Zillmannowie. Zaprojektowali oni dzielnicę mieszkaniową wzorując się na idei miasta-ogrodu, której twórcą był brytyjski urbanista Ebenezer Howard. Kolonia nosiła początkowo nazwę „Gieschewald” i służyć miała niemieckim górnikom, którzy jednak szybko opuścili Górny Śląsk. Robotnicze osiedle w gminie Janów, na leśnej parceli hrabiego Tiele-Wincklera, polecił zbudować naczelny dyrektor spółki Anthon Uthemann.

W 1964 roku w pobliżu osiedla rozpoczęła wydobycie węgla kopalnia Staszic. Aby zakwaterować pracujących w niej górników, w 1969 roku ówczesne władze podjęły decyzje o wyburzeniu zabytkowej części Giszowca. Sekretarzem KW PZPR był wtedy Zdzisław Grudzień. Na wyburzonym obszarze miały powstać liczące 10-11 pięter bloki osiedla Staszica.

„Ambicje odgrywania awangardy nowoczesności – pisze Elżbieta Kaszuba w Historii Śląska z 2002 roku – przywodziło aparatczyków Grudnia do decyzji i działań skandalicznych, powodujących nieodwracalne szkody. Przykładów dostarczał barbarzyński stosunek do śląskich zabytków kultury materialnej. Na wyburzenie skazywane bywały historyczne obiekty z przełomu wieków XIX/XX, z lekceważeniem fachowej ekspertyzy. Szopienicki Giszowiec [zanim w 1960 roku stał się dzielnicą Katowic, w latach 1951-1960 należał do powiatu Szopienice], już wówczas architektoniczna rzadkość w kategorii zabytków osiedlowego budownictwa robotniczego, w Polsce porównywany z Witominem wzniesionym w okresie międzywojennym dla zasłużonych budowniczych Gdyni, w dwóch trzecich zrównany został z ziemią (wyburzenia przerwały wypadki 1980 r.). Zalesiony azyl w środku zadymionego górniczego miasta, z ogrodami wokół domków ostatnio zamieszkałych przez Ślązaków emerytów z kopalni Wieczorek, jako kapitalistyczny relikt poświęcono wraz z nazwą na rzecz betonowego nowoczesnego osiedla mieszkaniowego”.

Wyburzanie osiedla stało się tematem filmu Kazimierza Kutza „Paciorki jednego różańca” (1979). Obraz opowiada historię mieszkających w jednorodzinnym domku Habryków, którzy nie chcą opuścić swojej ojcowizny.

Działania władz przerwano po interwencji Adama Kudli w Ministerstwie Kultury i jego decyzji z 1978 roku, jako wojewódzkiego konserwatora zabytków. Układ urbanistyczno-przestrzenny Giszowca wpisany został do rejestru zabytków ówczesnego województwa katowickiego. Znalazł się tam fragment osiedla – rynek, szkoła, dawny budynek administracyjny, dawne nadleśnictwo, park centralny, dawna gospoda, budynek łaźni, pralni, magla, dawny zespół domów noclegowych, poczta oraz osiem kwartałów zabudowy mieszkaniowej.

Władze zdążyły jednak wyburzyć 2/3 zabytkowej zabudowy.

Za objęcie ochroną konserwatorską starego Giszowca Adama spotkała polityczna kara.

Ale udało się. Część zachowano. Przypomniano sobie o „Mieście Ogrodów”, kiedy Katowice starały się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

14 stycznia 2013

Generał Stilwell. Płyta po dwudziestu sześciu latach

myslowice.twojemiasto.info, 14 stycznia 2013

Mysłowicka grupa powstała w 1986 r. Była jedną z pierwszych grających w Polsce brytyjski gitarowy rock. Po przerwie wznowiła działalność sześć lat temu. Przy okazji organizowanego przez siebie 10 stycznia w miejskim Przedszkolu nr 5 Koncertu Zimowego o muzyce mówi lider zespołu, Marek „Dżałówa” Jałowiecki, pracownik placówki.


Marek „Dżałówa” Jałowiecki

fot. archiwum Generała Stilwella

To będzie już szósty Koncert Zimowy. Jak to się stało, że odbył się pierwszy?

Pierwszy był bardzo skromny. Na początku miał być nastawiony na śpiewanie kolęd i pastorałek, ale zacząłem myśleć, bo w temacie muzyki czuję się swobodnie, żeby zaryzykować i wprowadzić trochę muzyki rockowej o zabarwieniu alternatywnym, czyli takiej, jaka jest mi bliska. Dla przedszkola to novum. Być może gdzieś jeszcze robi się takie rzeczy, ale w Mysłowicach na pewno już nigdzie.

Można wymienić kilku świetnych wykonawców, którzy wystąpili tu podczas wcześniejszych edycji, przede wszystkim Graftmanna, Iowę Super Soccer, Penny Lane, Milcz Serce. Co roku coś się dzieje. Cechą charakterystyczną jest to, że co roku występuję ja, ale zawsze w innej formie, bo zaprezentowałam tu już Ladislava, Generała Stilwella, siebie solo, a dzisiaj znowu jest inaczej, bo z gitarzystą Generała Bartkiem Koźmińskim.

Był Generał, reaktywowany kilka lat temu i który co jakiś czas pojawia się z koncertem, później grałeś sam, następnie w Delons i Ladislav. Te zespoły już nie istnieją. Grasz teraz solo, z Generałem czy bardziej skupiasz się na pracy pedagogicznej?

Ostatni okres jest bardzo bogaty, jeśli chodzi o wydarzenia artystyczne w moim życiu. Jesienią zagrałem kilka koncertów, we Wrocławiu, w Żywcu, Opolu, Ostrzeszowie, teraz w Krakowie. Zazwyczaj gram w konfiguracji takiej, jak dzisiaj, ale mam Generała Silwella. Reaktywowaliśmy się na poważnie, od dwóch lat pracujemy i w ubiegłym roku nagraliśmy płytę. To debiutancka płyta zespołu.

Po 26 latach.

Za każdym razem powtarzam to na koncertach, bo jest to rekord.

Na Koncercie Zimowym występujesz z Bartkiem Koźmińskim.

Gramy na boku akustyczno-elektroniczne koncerty. Za niedługo zamierzam nazwać ten dwuosobowy projekt, ale dopiero, kiedy nagramy krótki minilongplay.

Mysłowice to nie jest już tak gitarowe miasto, jak w latach 80. Śledzisz to, co dzieje się w mieście w muzyce?

Mimowolnie śledziłem, ale nie robiłem tego celowo. Informacje docierały do mnie mimochodem. Byłem w tym, ale nie byłem zainteresowany sceną mysłowicką. W pewnym sensie jestem jej elementem, więc wiem trochę na ten temat. Gdybyś spytał mnie o twórczość danych zespołów, o ich piosenki, to miałbym problem.

Na Koncertach Zimowych wystąpiło kilka zespołów z Mysłowic. Masz wśród nich faworyta?

Był nim w pewnym momencie Iowa Super Soccer.

Teraz Natalie Loves You.

Nie słyszałem tego. Nie chciałbym dyskredytować czegoś, czego nie słyszałem. Wiem skąd się wzięła Iowa Super Soccer. To był klimat. Wiedziałem, kto to zrobił. Są zespoły, które powstają teraz na fali mody. To nie jest dla mnie przekonujące. Natalia zaistniała w zespole Iowa Super Soccer. Może to jest fajne? Nie wiem, nie słyszałem. Na YouTubie się jeszcze nie skusiłem, zapomniałem. Teraz będę pamiętał.

Osoby zainteresowane egzemplarzem płyty Generała Stilwella „Marta w Nicei” mogą zwrócić się w tej sprawie do zespołu. Informacje kontaktowe pod adresem www.generalstilwell.pl.

BK

5 stycznia 2013

Natalia kocha

myslowice.twojemiasto.info, 2 stycznia 2013

Mysłowicki zespół Natalie Loves You powstał w 2011 r. Muzycy mówią o granym przez siebie gatunku: dream pop, alternatywa, indie. Rozmowa z wokalistką grupy Natalią Baranowską.


Natalia Baranowska

fot. archiwum Natalie Loves You 

Jak zaczęła się wasza przygoda z muzyką?

Zespół powstał mniej więcej rok temu z inicjatywy Grześka Chrząścika i mojej. Potem dołączyli do nas Bartek Pluta, Piotrek Sawicki i Tomek Szczepanek. Każdy z nas zajmował się wcześniej muzyką, więc było nam łatwiej podejść do tego poważnie. Wiedzieliśmy, jak powinniśmy pewne rzeczy robić. Na początku musieliśmy wypracować jakiś system, według którego będziemy robić muzykę, poszukać tego, co siedzi nam w głowach. Jesteśmy na samym początku drogi, jaką musi pokonać zespół, żeby się zgrać, ale coraz częściej zauważam, że każdy wie, jak ma wyglądać efekt.

Singiel i teledysk, którego premiera miała miejsce 3 grudnia, to zapowiedź płyty?

Piosenka „Theory of Moving On” jest jedną z kompozycji, która powstała niedawno, ale wiedzieliśmy, że właśnie ten utwór ma zostać singlem. Jest zwarta muzycznie i tekstowo, odzwierciedla to, co chcieliśmy przekazać. Dodatkowo teledysk, który stworzyliśmy przy pomocy Rumburak Produkcji, dopełnia tę wizję. Zdjęcia rejestrowaliśmy pod koniec jesieni w murckowskim lesie. Piosenka miała na celu pokazać ludziom, że istnieje taki zespół jak Natalie Loves You. Byliśmy mocno zszokowani, że po opublikowaniu jednego klipu tyle się wydarzyło. Zostaliśmy zaproszeni do Telewizji Silesia, "Dzień Dobry TVN", piosenkę doceniła Karolina Korwin Piotrowska [dziennikarka TVN Style – red.], redaktorzy naczelni portali modowych i lifestyle’owych. Otrzymaliśmy dużo miłych wiadomości od ludzi, co było niesamowite. Nie możemy się doczekać koncertów, które zaczynamy już w styczniu. Cały czas pracujemy również nad płytą.

Mówicie, że inspirujecie się skandynawskimi i europejskimi brzmieniami. To znaczy?


Inspirację czerpiemy z wielu wykonawców. Kiedy określamy pewne brzmienia, chcemy przybliżyć klimat, w jakim obraca się nasza muzyka. Podawanie konkretnych wykonawców zamyka, według mnie, pole myślenia na temat zespołu. To klasyczne szufladkowanie. Gdy pada porównanie: „Oni grają jak...”, wtedy kilkanaście innych osób to koduje i zapamiętuje. Powstaje metka, która jednocześnie zabija to, co jest w muzyce danego zespołu naturalne, nieokreślone i indywidualne zarazem. Dlatego wolałabym nie konkretyzować naszych muzycznych inspiracji.

Naprawdę wszystkich kochasz, bez wyjątku?

Nazwę zespołu wymyślił Grzesiek. Kiedy usłyszałam jego pomysł, stwierdziłam, że nazwa jest słodka, infantylna, zbyt prosta. Z biegiem czasu jednak doszło do mnie, że to wcale nie musi oznaczać niczego dobrego. Miłość nie jest jednowymiarowa. Niesie ze sobą tyle różnych emocji, które znajdują się w naszej muzyce. Potem doszłam do wniosku, że Grzesiek jest geniuszem i nazwa została. Natalia kocha i chciałaby, żeby wszystko to było widoczne w piosenkach.

BK

26 grudnia 2012

Występ na łące. Łąki Łan w Mega Clubie

www.suplement.us.edu.pl, grudzień 2012

Pewnego razu pod liściem jełopianu spotkało się sześciu niezwykłych smakoszy pyłku i nektaru kwiatowego... Poń Kolny, Niesforny Bonk, Zając Cokictokloc, Jeżus Marian, MegaMotyl oraz mały skrzat imieniem Paprodziad”. Tak rozpoczyna się historia funkowej grupy Łąki Łan. 16 grudnia warszawski zespół wystąpił w Mega Clubie.


Łąki Łan w Mega Clubie

fot. KM

Wydali jak dotąd trzy płyty : „Łąki Łan” (2005), „Łąkiłanda” (2009) i „Armanda” (2012). Tę ostatnią promowali na koncercie. „Materiał został nagrany, w większości, »na setkę« – reklamuje płytę wydawca – w legendarnym vintage'owym studiu z lat 70., które mieści się w polskich górach. Zespół podkreśla tym samym swój live'owy klimat oraz spontaniczność procesu tworzenia”. Podczas koncertów muzycy przebrani są za zwierzęta.

Poza nowymi utworami w katowickim klubie publiczność bawiła się m.in. przy piosenkach „Bzyk”, „Galeon”, „Propaganda” i „Selawi”. – Bardziej podobał nam się koncert w ubiegłym roku w Zabrzu albo w tym roku w Tarnowskich Górach, ale i tak było w porządku – mówiły jedne z uczestniczek.

(...) będziemy robić bezbolesne zastrzyki dobrej energii oraz wyzwalać z Was jej pokłady – zapraszali na koncerty muzycy zespołu – skrzętnie magazynowane i zapieczętowane wspomnieniami najwspanialszych chwil Waszego życia. Będziemy tam gdzie możemy być, a tam gdzie nas nie będzie, będzie nasza muzyka. Bądźcie z nami i przeżywajcie to na co musicie sobie pozwolić. Kożeńcie się!”.

BK

22 grudnia 2012

Mysłowickie święta. Minister Elżbieta Bieńkowska

myslowice.twojemiasto.info, 22 grudnia 2012

Przed Bożym Narodzeniem serwis Twoje Miasto zapytał osoby z Mysłowic, jak spędzają ten czas. Dzisiaj o swoich świętach mówi minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska.


Elżbieta Bieńkowska

fot. MRR, ilustr. KM

Jak pani minister spędza Boże Narodzenie?

Tradycyjnie, w gronie rodzinnym.

Jakie tradycje zachowały się w pani domu?

Wspólne ubieranie choinki, a także śpiewanie kolęd. Tradycyjne są również potrawy oraz dodatkowe nakrycie na wigilijnym stole.

Jakie potrawy pojawią się na wigilijnym stole?

Zupa grzybowa i jak w większości domów, karp. Szczególnie lubię barszcz z uszkami.

Wybrała już pani prezenty dla najbliższych?

Oczywiście. Więcej nie mogę jednak zdradzić, by nie zepsuć niespodzianki.

BK

18 grudnia 2012

Motyl z Mysłowic

myslowice.twojemiasto.info, 18 grudnia 2012

Holly Blue to nie tylko gatunek motyla, to Sonia Kopeć i Emil Blant. W kwietniu ukazał się ich pierwszy singiel „Tic-Tac Sound”. W listopadzie w internacie pojawiła się do kupienia ich debiutancka płyta „First Flight” („Pierwszy lot”). Do sklepów trafi 14 stycznia. – Nagraliśmy płytę dla ludzi. Nie popową, nie alternatywną – mówią muzycy.


Sonia Kopeć

fot. archiwum Holly Blue

Wczoraj, 15 grudnia, graliście w zabrzańskiej kopalni Guido. Jak to jest grać pod ziemią?

Emil: Dobrze to wyglądało. Miejsce jest super. Było trochę ludzi. Nam się podobało.

Sonia: Świetne miejsce. Akustyka jest tam genialna! Dla muzyka są tam najlepsze, sterylne warunki. To były targi kultury organizowane rzez naszego wydawcę, Marcina Babko i jego wydawnictwo Falami. Przyjeżdżali tam ludzie, żeby wystawić swoje prace, projekty. Oprawą muzyczną były zespoły, które wydaje Marcin.

Emil ma 29 lat, Sonia 18. 10 lat temu Emil grał w grupie Motyw, a ty jeździłaś na konkursy, śpiewałaś, przywoziłaś do domu nagrody. W domu grałaś na pianinie. Do twojego rodzeństwa przychodzili znajomi i mówili: „Soniu, zagraj coś!”. Mniej więcej wtedy się poznaliście. W jaki sposób?

Emil: Przez Kasię, moją dziewczynę i siostrę Soni.

W ubiegłym roku Sonia nagrała swoje piosenki i przesłała ci przez internet. Ten materiał nie pozwalał ci spać po nocach. Tak powstał Holly Blue.

Emil: Tak było. To były bardzo dobre piosenki, na poziomie. Z językiem i akcentem Soni śmiało można to puszczać w świat. Stwierdziłem, że ma to potencjał i dobrze spróbować iść w tym kierunku. Nie interesuje mnie tylko muzyka rockowa. Mam bardzo szerokie zainteresowania. Był to sposób, żeby iść w inną stronę, bardziej kreatywnie.

Nie zawsze występujecie w dwie osoby. Jak to wygląda?

Sonia: Gramy głównie w małym składzie, we dwójkę albo we trójkę, z basem. Mamy w planie dołączyć to tego perkusję, żeby stworzyła się prawdziwa sekcja rytmiczna. Gramy też duże koncerty, ale dopiero w sezonie, czyli na wiosnę, na plenerach. Wtedy gramy zazwyczaj w piątkę.

Emil: Płytę nagraliśmy sami, wymieniając się pomysłami, plikami, głównie przez komputery. Nie robiliśmy prób. Teraz, kiedy chcemy to zagrać na żywo, szukamy różnych rozwiązań.

Wasz wydawca, Marcin Babko, jako dziennikarz muzyczny, już długo siedzi w środowisku. Ponad 10 lat. To na pewno wam pomaga.

Emil: Tak, tworzymy z Marcinem bardzo zgrany duet, a raczej trio. Każdy ma swoje obowiązki i zadania, co sprawia, że praca staje się o wiele wydajniejsza i przynosi wymierne korzyści.

Śpiewasz po angielsku. Myślałaś o śpiewaniu w języku polskim?

Sonia: Tak. Dużo ludzi na mnie naciska, żeby pisać piosenki po polsku. Mamy już kilka takich pomysłów na nową płytę albo między płytami. Podczas koncertów powstaje bariera językowa między nadawcą a odbiorcą. Ludzie bardziej skupiają się na muzyce, co z jednej strony jest dobre, ale tekst nie za bardzo do ludzi dociera. Cały czas myślimy nad tym, żeby zrobić coś po polsku, ale nie jest to łatwe. Nasza muzyka jest dźwięczna, a język polski jest trudny do śpiewania i ma dużo szeleszczących głosek. Jest to wyzwanie.

Jesteś też autorką teksów.

Sonia: Tak. Na płycie jest tylko jeden cover, grupy The Connells, „'74-'75”, a reszta to nasze autorskie projekty.

Pisanie przychodzi ci łatwo?

Sonia: To ewolucja. Wpada mi do głowy pomysł, siadam, piszę i nie myślę o tym, że piszę. Dopiero później do tego wracam, robię poprawki, językowe, stylistyczne. Piszę do muzyki. Niektórzy najpierw piszą tekst. Ja inspiruję się muzyką.

Emil na co dzień pracuje w sklepie muzycznym, a ty uczysz się jeszcze w szkole. Jeździcie po Polsce, gracie koncerty – ostatnio jako support Belgijki Selah Sue. Udzielacie wywiadów, pojawiacie się w radiu, telewizji, nagrywacie piosenki, teledyski, macie próby. Jak godzisz to z nauką w Sosnowcu?

Sonia: Niedawno znajomi napisali mi na Facebooku: „Droga Soniu! Ostatnio częściej widujemy Cię na YouTubie i w telewizji, słyszymy w radiu. Wróć do szkoły! Pozdrawiamy”. Tak to ostatnio wygląda. Wszystko jest w tygodniu i jesteśmy w rozjazdach. Pięć dni siedzieliśmy w stolicy. Promowaliśmy płytę. Zagraliśmy dwa koncerty na Europejskich Targach Muzycznych, gdzie wypatrzył nas Jurek Owsiak, któremu nasza płyta bardzo się spodobała. Odwiedziliśmy program "Dzień Dobry TVN", radio Roxy FM i wiele innych. Ciężki tydzień. Siedzeniem nie można tego nazwać, bo była kupa roboty. Emil stwierdził, że przez ten weekend w Warszawie zrobiliśmy więcej niż zrobił we wszystkich swoich zespołach przez cały rok. Nie napotykam na problemy w szkole. Dla nich to też jest korzyść, bo powoli roznosi się wieść, że jakaś dziewczyna ze liceum Staszica śpiewa. To dobrze dla szkoły.

Jakie masz plany po zakończeniu edukacji w tej szkole?

Sonia: Myślę, żeby uderzyć w Kraków, na Uniwersytet Jagielloński, na studia językowe. Jeszcze nie wiem, jaki wybrać język.

Emilu, co z twoimi innymi zespołami, Gutierez i The Marians?

Emil: Gutierez odszedł w zapomnienie. Koledzy z tego zespołu zajmują się innymi rzeczami. Działający obecnie zespół Milcz Serce to praktycznie skład Gutierez. The Marians odłożyłem na boczny tor. Czasowo jest to niewykonalne. Gdybyśmy mogli żyć z muzyki, to wyglądało by to inaczej.

10 lat różnicy wieku. Dobrze się dogadujecie?

Sonia: Myślę, że tak.

Emil: Sonia nigdy nie grała w zespole, w garażu, a ja na początku miałem taki etap i szereg problemów, przez które przechodzi zespół. Z Sonią jest inaczej. Brała udział w konkursach, a teraz nagraliśmy płytę i gramy już duże koncerty. To dwie różne drogi. Jest między nami różnica wieku, ale uzupełniamy się. Mam doświadczenie, a Sonia napędza mnie młodzieńczą energią. Czasami są zgrzyty. Sonia chciałaby tak, a ja chciałbym inaczej, ale na tym polega zespół. Trzeba wypracować kompromis. Jest łatwiej, bo pracujemy w dwójkę.

Sonia: Kiedy w zespole jest więcej osób, to samo zrobienie próby może być problemem.

Emil: W zespołach może być pięć osób. Wtedy jest pięć osobowości i każdy chce czegoś innego, a my się dogadujemy, jak w małżeństwie.

BK