26 grudnia 2012

Występ na łące. Łąki Łan w Mega Clubie

www.suplement.us.edu.pl, grudzień 2012

Pewnego razu pod liściem jełopianu spotkało się sześciu niezwykłych smakoszy pyłku i nektaru kwiatowego... Poń Kolny, Niesforny Bonk, Zając Cokictokloc, Jeżus Marian, MegaMotyl oraz mały skrzat imieniem Paprodziad”. Tak rozpoczyna się historia funkowej grupy Łąki Łan. 16 grudnia warszawski zespół wystąpił w Mega Clubie.


Łąki Łan w Mega Clubie

fot. KM

Wydali jak dotąd trzy płyty : „Łąki Łan” (2005), „Łąkiłanda” (2009) i „Armanda” (2012). Tę ostatnią promowali na koncercie. „Materiał został nagrany, w większości, »na setkę« – reklamuje płytę wydawca – w legendarnym vintage'owym studiu z lat 70., które mieści się w polskich górach. Zespół podkreśla tym samym swój live'owy klimat oraz spontaniczność procesu tworzenia”. Podczas koncertów muzycy przebrani są za zwierzęta.

Poza nowymi utworami w katowickim klubie publiczność bawiła się m.in. przy piosenkach „Bzyk”, „Galeon”, „Propaganda” i „Selawi”. – Bardziej podobał nam się koncert w ubiegłym roku w Zabrzu albo w tym roku w Tarnowskich Górach, ale i tak było w porządku – mówiły jedne z uczestniczek.

(...) będziemy robić bezbolesne zastrzyki dobrej energii oraz wyzwalać z Was jej pokłady – zapraszali na koncerty muzycy zespołu – skrzętnie magazynowane i zapieczętowane wspomnieniami najwspanialszych chwil Waszego życia. Będziemy tam gdzie możemy być, a tam gdzie nas nie będzie, będzie nasza muzyka. Bądźcie z nami i przeżywajcie to na co musicie sobie pozwolić. Kożeńcie się!”.

BK

22 grudnia 2012

Mysłowickie święta. Minister Elżbieta Bieńkowska

myslowice.twojemiasto.info, 22 grudnia 2012

Przed Bożym Narodzeniem serwis Twoje Miasto zapytał osoby z Mysłowic, jak spędzają ten czas. Dzisiaj o swoich świętach mówi minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska.


Elżbieta Bieńkowska

fot. MRR, ilustr. KM

Jak pani minister spędza Boże Narodzenie?

Tradycyjnie, w gronie rodzinnym.

Jakie tradycje zachowały się w pani domu?

Wspólne ubieranie choinki, a także śpiewanie kolęd. Tradycyjne są również potrawy oraz dodatkowe nakrycie na wigilijnym stole.

Jakie potrawy pojawią się na wigilijnym stole?

Zupa grzybowa i jak w większości domów, karp. Szczególnie lubię barszcz z uszkami.

Wybrała już pani prezenty dla najbliższych?

Oczywiście. Więcej nie mogę jednak zdradzić, by nie zepsuć niespodzianki.

BK

18 grudnia 2012

Motyl z Mysłowic

myslowice.twojemiasto.info, 18 grudnia 2012

Holly Blue to nie tylko gatunek motyla, to Sonia Kopeć i Emil Blant. W kwietniu ukazał się ich pierwszy singiel „Tic-Tac Sound”. W listopadzie w internacie pojawiła się do kupienia ich debiutancka płyta „First Flight” („Pierwszy lot”). Do sklepów trafi 14 stycznia. – Nagraliśmy płytę dla ludzi. Nie popową, nie alternatywną – mówią muzycy.


Sonia Kopeć

fot. archiwum Holly Blue

Wczoraj, 15 grudnia, graliście w zabrzańskiej kopalni Guido. Jak to jest grać pod ziemią?

Emil: Dobrze to wyglądało. Miejsce jest super. Było trochę ludzi. Nam się podobało.

Sonia: Świetne miejsce. Akustyka jest tam genialna! Dla muzyka są tam najlepsze, sterylne warunki. To były targi kultury organizowane rzez naszego wydawcę, Marcina Babko i jego wydawnictwo Falami. Przyjeżdżali tam ludzie, żeby wystawić swoje prace, projekty. Oprawą muzyczną były zespoły, które wydaje Marcin.

Emil ma 29 lat, Sonia 18. 10 lat temu Emil grał w grupie Motyw, a ty jeździłaś na konkursy, śpiewałaś, przywoziłaś do domu nagrody. W domu grałaś na pianinie. Do twojego rodzeństwa przychodzili znajomi i mówili: „Soniu, zagraj coś!”. Mniej więcej wtedy się poznaliście. W jaki sposób?

Emil: Przez Kasię, moją dziewczynę i siostrę Soni.

W ubiegłym roku Sonia nagrała swoje piosenki i przesłała ci przez internet. Ten materiał nie pozwalał ci spać po nocach. Tak powstał Holly Blue.

Emil: Tak było. To były bardzo dobre piosenki, na poziomie. Z językiem i akcentem Soni śmiało można to puszczać w świat. Stwierdziłem, że ma to potencjał i dobrze spróbować iść w tym kierunku. Nie interesuje mnie tylko muzyka rockowa. Mam bardzo szerokie zainteresowania. Był to sposób, żeby iść w inną stronę, bardziej kreatywnie.

Nie zawsze występujecie w dwie osoby. Jak to wygląda?

Sonia: Gramy głównie w małym składzie, we dwójkę albo we trójkę, z basem. Mamy w planie dołączyć to tego perkusję, żeby stworzyła się prawdziwa sekcja rytmiczna. Gramy też duże koncerty, ale dopiero w sezonie, czyli na wiosnę, na plenerach. Wtedy gramy zazwyczaj w piątkę.

Emil: Płytę nagraliśmy sami, wymieniając się pomysłami, plikami, głównie przez komputery. Nie robiliśmy prób. Teraz, kiedy chcemy to zagrać na żywo, szukamy różnych rozwiązań.

Wasz wydawca, Marcin Babko, jako dziennikarz muzyczny, już długo siedzi w środowisku. Ponad 10 lat. To na pewno wam pomaga.

Emil: Tak, tworzymy z Marcinem bardzo zgrany duet, a raczej trio. Każdy ma swoje obowiązki i zadania, co sprawia, że praca staje się o wiele wydajniejsza i przynosi wymierne korzyści.

Śpiewasz po angielsku. Myślałaś o śpiewaniu w języku polskim?

Sonia: Tak. Dużo ludzi na mnie naciska, żeby pisać piosenki po polsku. Mamy już kilka takich pomysłów na nową płytę albo między płytami. Podczas koncertów powstaje bariera językowa między nadawcą a odbiorcą. Ludzie bardziej skupiają się na muzyce, co z jednej strony jest dobre, ale tekst nie za bardzo do ludzi dociera. Cały czas myślimy nad tym, żeby zrobić coś po polsku, ale nie jest to łatwe. Nasza muzyka jest dźwięczna, a język polski jest trudny do śpiewania i ma dużo szeleszczących głosek. Jest to wyzwanie.

Jesteś też autorką teksów.

Sonia: Tak. Na płycie jest tylko jeden cover, grupy The Connells, „'74-'75”, a reszta to nasze autorskie projekty.

Pisanie przychodzi ci łatwo?

Sonia: To ewolucja. Wpada mi do głowy pomysł, siadam, piszę i nie myślę o tym, że piszę. Dopiero później do tego wracam, robię poprawki, językowe, stylistyczne. Piszę do muzyki. Niektórzy najpierw piszą tekst. Ja inspiruję się muzyką.

Emil na co dzień pracuje w sklepie muzycznym, a ty uczysz się jeszcze w szkole. Jeździcie po Polsce, gracie koncerty – ostatnio jako support Belgijki Selah Sue. Udzielacie wywiadów, pojawiacie się w radiu, telewizji, nagrywacie piosenki, teledyski, macie próby. Jak godzisz to z nauką w Sosnowcu?

Sonia: Niedawno znajomi napisali mi na Facebooku: „Droga Soniu! Ostatnio częściej widujemy Cię na YouTubie i w telewizji, słyszymy w radiu. Wróć do szkoły! Pozdrawiamy”. Tak to ostatnio wygląda. Wszystko jest w tygodniu i jesteśmy w rozjazdach. Pięć dni siedzieliśmy w stolicy. Promowaliśmy płytę. Zagraliśmy dwa koncerty na Europejskich Targach Muzycznych, gdzie wypatrzył nas Jurek Owsiak, któremu nasza płyta bardzo się spodobała. Odwiedziliśmy program "Dzień Dobry TVN", radio Roxy FM i wiele innych. Ciężki tydzień. Siedzeniem nie można tego nazwać, bo była kupa roboty. Emil stwierdził, że przez ten weekend w Warszawie zrobiliśmy więcej niż zrobił we wszystkich swoich zespołach przez cały rok. Nie napotykam na problemy w szkole. Dla nich to też jest korzyść, bo powoli roznosi się wieść, że jakaś dziewczyna ze liceum Staszica śpiewa. To dobrze dla szkoły.

Jakie masz plany po zakończeniu edukacji w tej szkole?

Sonia: Myślę, żeby uderzyć w Kraków, na Uniwersytet Jagielloński, na studia językowe. Jeszcze nie wiem, jaki wybrać język.

Emilu, co z twoimi innymi zespołami, Gutierez i The Marians?

Emil: Gutierez odszedł w zapomnienie. Koledzy z tego zespołu zajmują się innymi rzeczami. Działający obecnie zespół Milcz Serce to praktycznie skład Gutierez. The Marians odłożyłem na boczny tor. Czasowo jest to niewykonalne. Gdybyśmy mogli żyć z muzyki, to wyglądało by to inaczej.

10 lat różnicy wieku. Dobrze się dogadujecie?

Sonia: Myślę, że tak.

Emil: Sonia nigdy nie grała w zespole, w garażu, a ja na początku miałem taki etap i szereg problemów, przez które przechodzi zespół. Z Sonią jest inaczej. Brała udział w konkursach, a teraz nagraliśmy płytę i gramy już duże koncerty. To dwie różne drogi. Jest między nami różnica wieku, ale uzupełniamy się. Mam doświadczenie, a Sonia napędza mnie młodzieńczą energią. Czasami są zgrzyty. Sonia chciałaby tak, a ja chciałbym inaczej, ale na tym polega zespół. Trzeba wypracować kompromis. Jest łatwiej, bo pracujemy w dwójkę.

Sonia: Kiedy w zespole jest więcej osób, to samo zrobienie próby może być problemem.

Emil: W zespołach może być pięć osób. Wtedy jest pięć osobowości i każdy chce czegoś innego, a my się dogadujemy, jak w małżeństwie.

BK

Street art z perlikiem i żelazkiem

myslowice.twojemiasto.info, 7 grudnia 2012

Mieszkańcy miasta widzą je na murze, przejeżdżając pociągiem obok kopalni Mysłowice. Widzą je przy rynku, wchodząc do pubu Wiking. To prace Razpazjana.


Mural Raspazjna na ogrodzeniu KWK Mysłowice

fot. BK

Za początek street artu, sztuki ulicy, można uznać lata 80. Na stacjach metra w Nowym Jorku Keith Haring tworzył tam wtedy jedne z pierwszych graffiti – rysował kredą na tablicach ogłoszeń. Poza graffiti, które zwykle tworzone jest farbą w sprayu, zjawisko obejmuje m.in. duże malowidła ścienne – murale, które mogą być połączeniem wielu technik – oraz naklejki i instalacje. Obecnie jednym z najbardziej znanych streetartowców jest anonimowy Brytyjczyk Banksy, autor m.in. malowanych na ścianach szczurów.

Sztuka ulicy prezentowana jest dzisiaj na festiwalach. Jeden z nich dwukrotnie zorganizowany został przez Instytucję „Miasto Ogrodów” w Katowicach, w 2011 i 2012 r. Organizatorzy chcą zmieniać miasto i przyzwyczaić ludzi do tego, że dobrą sztukę mogą zobaczyć nie tylko w galerii.

Jednym z uczestników katowickiego wydarzenia był Raspazjan (Spaz). Artysta nie chce, aby nazywano go streetartowcem. Uważa się za malarza. Lubi bawić się formą. Na jego muralach często pojawiają się śląskie symbole. Zaczął je wykorzystywać, odkąd wciągnęły go książki o regionie. W Mysłowicach widzimy więc perlik i żelazko – górnicze godło.

– Praca na zabudowaniach kopalni powstała w ramach projektu Kraków-Berlin-XPRS, organizowanego przez Dom Norymberski w Krakowie – mówi Raspazjan. Projekt miał na celu ingerencję w przestrzeń miejską na trasie pociągu łączącego Kraków z Berlinem, siedziby teatrów Starego w Polsce i Maxima Gorky'ego w Niemczech – Natomiast jeśli chodzi o Wiking, zwyczajnie zaprosił mnie właściciel, żebym ozdobił salkę – dodaje Raspazjan.

Prace pochodzącego z Mikołowa artysty często pojawiają się w towarzystwie murali Mony Tusz – jak w Mysłowicach – i Magdaleny Drobczyk.

BK

Negatyw nie znika

myslowice.twojemiasto.info, 18 grudnia 2012

O wizycie w Wielkiej Brytanii, dziesięcioleciu istnienia zespołu, koncertowym DVD i nowej płycie mówi Mietall Waluś, wokalista mysłowickiej grupy.


Mietall Waluś

fot. archiwum Negatywu

Wasza jesienna trasa koncertowa dobiegła końca. Po raz pierwszy byliście w Manchesterze.

Mietall Waluś: W tamtym roku byliśmy w Londynie. Byłem bardzo ciekawy Manchesteru, ponieważ stamtąd pochodzą takie zespoły jak Oasis czy Elbow, a jestem ich fanem. Pojechaliśmy tam samochodem. W jedną stronę podróż trwała 27 godzin, w tym 2 godziny płynęliśmy promem. Lubię takie przygody. Zagraliśmy tam dwa koncerty w małych, klimatycznych klubach. Było bardzo fajnie. Zwiedzaliśmy miasto. Byliśmy m.in. na stadionie Manchesteru United. Łukasz i Marcel, perkusista i manager, są fanami piłki nożnej, więc nie mogliśmy ominąć takiej okazji. Zwiedziliśmy też kilka muzeów.

W tym roku minęło 10 lat od wydania waszej debiutanckiej płyty „Paczatarez”. Mógłbyś wskazać jedno wydarzenie z każdego roku istnienia zespołu, które było dla grupy najważniejsze?

Trudno powiedzieć. Myślę, że najważniejszym momentem w naszym zespole było podpisanie kontraktu fonograficznego i nagranie płyty dla dużego koncernu płytowego. Wielkim przeżyciem było też usłyszeć w ogólnopolskim radiu naszego pierwszego singla „Amsterdam”. W tym samym roku zaprosili nas też na festiwal Top Trendy. Nie zapomnę też najdłuższej klubowej trasy koncertowej, którą zagraliśmy. To było mordercze przeżycie, bo w 75 dni zagraliśmy 52 koncerty. MTV i Viva zaczęły puszczać nasze teledyski, był to też ważny moment dla zespołu. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Teraz minęła pierwsza dekada zespołu, rynek muzyczny się bardzo zmienił. Kończymy miksować naszą nową płytę i walczymy dalej.

7 stycznia ukaże się wasze koncertowe DVD, wydane z okazji jubileuszu istnienia Negatywu. Pod koniec listopada miała miejsce premiera singla „Znikam”. Do piosenki nakręcony został teledysk. To krok do nowej płyty?

Piosenka „Znikam” promuje DVD. Ukaże się na nim koncert z Teatru Śląskiego, teledyski oraz „making of”, który pokazuje od zaplecza, jak te wydarzenie powstawało. Będą też wywiady m.in. z Muńkiem Staszczykiem, Kasią Nosowską, Olafem Deriglasoffem i Maćkiem Cieślakiem. Koncert ten można już zamówić przedpremierowo na stronie www.live10.pl.

W przerwie między koncertami jesteś w studiu w Warszawie. Nad czym pracujesz?

Lenny Valentino zakończyło swoją działalność, w Penny Lane już nie gram. Lubię się angażować w inne projekty. Dostałem propozycję wyprodukowania płyty zespołu, który dopiero zaczyna swoją karierę. Zadzwoniłem do producenta Leszka Kamińskiego, wynajęliśmy studio S4 i tam pracowaliśmy nad debiutancką płytą. Jest jeszcze za wcześnie, aby zdradzać nazwę zespołu i szczegóły z nim związane. Mogę tylko powiedzieć, że nie będę w składzie koncertowym.

Powiedziałeś, że Negatyw kończy miksować nową płytę. Kto jest jej producentem i kiedy premiera?

Nową płytę, która wyjdzie wiosną przyszłego roku, nagraliśmy z Marcinem Borsem we Wrocławiu. Znajdzie się na niej 10 premierowych piosenek, a w jednej zaśpiewa z nami gość. Myślę, że tych, którzy nas dobrze znają, bardzo zaskoczymy. Na razie mogę tylko zdradzić, że będzie to kobieta.

BK

25 listopada 2012

Ścieżka Lao Che

www.suplement.us.edu.pl, listopad 2012

– Alarm! Mamy dżumę! Na moich oczach zombi żuł człowieka gumę – śpiewał Spięty. 16 listopada w katowickim Mega Clubie zespół Lao Che promował wydany w październiku album „Soundtrack”.


Lao Che w Mega Clubie

fot. KM

Producentem piątej płyty założonej w 1999 roku rockowej grupy jest Eddie Stevens. Brytyjski muzyk i producent współpracował jak dotąd m.in. z zespołem Moloko, duetem Zero 7 i piosenkarką Roisin Murphy.

Jak przyznają członkowie płockiej grupy do nagrania płyty zainspirowały ich klasyczne albumy z muzyką filmową. Nowy album ma być autorską ścieżką dźwiękową. Na podstawie albumu miał zostać nakręcony film. Do tej pory pomysł nie został jednak zrealizowany.

Koncert grupy poprzedził występ duetu UL/KR. Lao Che wystąpił w składzie Rafał „Żubr” Borycki – gitara basowa, Mariusz „Denat” Denst – sampler, Hubert „Spięty” Dobaczewski – śpiew, gitara elektryczna, Maciek „Trocki” Dzierżanowski – instrumenty perkusyjne, Michał „Dimon” Jastrzębski – perkusja i Filip „Wieża” Różański – klawisze.

Muzycy wykonali utwory z wcześniejszych płyt, m.in. „Astrolog” (album „Gusła” 2002), „Czarne kowboje” („Gospel” 2008) i „Urodziła mnie ciotka” („Prąd stały / Prąd zmienny” 2010).

Z nominowanego do Fryderyka 2005 albumu „Powstanie Warszawskie” uczestnicy koncertu usłyszeli „Stare Miasto”. Za zasługi na rzecz popularyzacji i upamiętniania powstania 30 lipca członkowie zespołu odznaczeni zostali przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Publiczność bawiła się też przy piosenkach z nowego krążka, m.in. „Jestem psem”, „Dym”, „Już jutro” czy singlowej „Zombi!”.

– Byłam na wielu ich koncertach, ale nie wiem, czy ten nie był najlepszy. Nowa płyta przypomina mi dwie poprzednie, ale i tak mi się podoba, zwłaszcza teksty – mówiła jedna z uczestniczek. – Bardzo mi się podobają, są różnorodni – dodał jej kolega.

Występ zamknęła wykonana na bis piosenka „Kiedy byłem małym chłopcem” grupy Breakout.

BK

20 listopada 2012

Robodrom na pół wieku piosenki studenckiej

"Suplement", nr 3/2012

13 października werdyktem jury 48. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie I nagrodę otrzymał wykonujący muzykę elektroniczną zespół Robodrom. Na odbywającym się od 50 lat festiwalu karierę rozpoczynali m.in. Ewa Demarczyk, Marek Grechuta i Grzegorz Turnau. Rozmowa z członkiem zwycięskiej grupy.


Robodrom. Tomasz Robaczewski pierwszy z prawej

fot. materiały organizatora

Jesteście studentami?

Tomasz Robaczewski: I tak i nie. 2/6 zespołu jeszcze studiuje, ja się broniłem w tym roku, ale legitymację noszę na pamiątkę, choć i tak ulgi już nie mam. Pozostała część zespołu cieszy się tytułami magistra już chyba od 3 lat, ale nadal dokładnie studiuje życie.

Kto z waszej dwójki, Tomasz Robaczewski i Grzegorz Drojewski, wpadł na pomysł, żeby przyjechać z Warszawy i wziąć udział w festiwalu?

Nikt. Traf chciał, że Roman Kołakowski [członek jury – red.], który był kiedyś na naszym koncercie w Warszawie, zobaczył ostatnio nasz występ w telewizji i zaproponował nam udział w konkursie. Nie zastanawialiśmy się długo i spakowaliśmy instrumenty do bagażnika.

Mówicie, że „duet powstał na fali tęsknoty za harmonijnym współgraniem struktur, gdzie muzyka, słowo i ruch sceniczny budują spójną i, przede wszystkim, skuteczną wypowiedź”. Jak zrodziła się ta tęsknota?

Tutaj chodzi o myślenie o piosence jako o całości. Żaden z nas, chyba oprócz Maćka, saksofonisty, nie jest wirtuozem. Nie śpiewamy rewelacyjnie czysto i nie ruszamy się na scenie jak baletnice. Jednak, kiedy każdy da coś od siebie, dokładnie tyle, ile potrzeba, to nagle okazuje się, że całość fajnie gra. I ta całość jest właśnie istotna.

Staracie się o nagranie płyty?

Nagraliśmy już całkiem fajne demo, które krąży sobie w nieoficjalnym obiegu, ale to było jeszcze za czasów, kiedy graliśmy tylko we dwóch i z ograniczoną liczbą instrumentów. Teraz mamy dość bogaty skład – trąbka, saksofon, klawisze, loopy na żywo, gitara, czasem nawet piła akustyczna. Chcielibyśmy nagrać cały materiał na nowo, w nowszej aranżacji. Dopiszemy trochę materiału, przearanżujemy stare kawałki i spróbujemy z tym jakoś zadziałać dalej.

Wiecie już, jak wykorzystacie nagrodę, legendę festiwalu i 10 tys. zł?

Już sam fakt, że spotkało nas takie wyróżnienie, to dosyć sporo. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że to, co robimy, jest w jakiś sposób fajne i warto robić to dalej. To daje potężnego kopa. Jest to dla nas znak, że jesteśmy na dobrej drodze. Oczywiście to dopiero początek tej drogi, ale ogromna zachęta jest.

Co do kasy, to podzieliliśmy ją równo na sześć części. Ja kupiłem sobie struny i metronom. Co reszta chłopaków zrobiła ze swoją częścią, to już ich tajemnica.

Nagrań zespołu można posłuchać pod adresem http://robodrom.pl.

BK

Od ziarna do kwiatu, czyli jak rośnie nam UŚ

"Suplement", nr 3/2012

Uniwersytet Śląski przy współpracy z Uniwersytetem Ekonomicznym otworzył nową bibliotekę. Powstał też nowy ośrodek badań i studiów. Od kilku lat w planach jest nowy budynek Wydziału Radia i Telewizji oraz kampus akademicki w centrum Katowic. Plany te nie zostały jak dotąd zrealizowane. Co dobrego wyniknie z tych pomysłów dla studentów?


CINiBA

fot. CINiBA

Od 12 października na terenie dawnego lodowiska Torkat przy ul. Bankowej 11a w Katowicach działa Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka. Wspólny obiekt UŚ i Uniwersytetu Ekonomicznego ma spełniać standardy biblioteki XXI w., ma m.in. udostępniać informacje niezbędne do realizacji programów studiów oraz zwiększyć role uczelni w międzynarodowych relacjach naukowych. CINiBA to jedyna w regionie biblioteka hybrydowa, udostępniająca jednocześnie materiały drukowane i elektroniczne. W pierwszym okresie działalności gromadzi ok. 800 tys. książek.

– Studenci otrzymali najnowocześniejszą bibliotekę akademicką w kraju, gdzie korzystanie z księgozbioru jest bardzo wygodne – mówi Jacek Szymik-Kozaczko, rzecznik UŚ.

Starania o pozyskanie terenu dawnego lodowiska pod budowę nowego budynku podjął w 1995 r. ówczesny rektor UŚ prof. Maksymilian Pazdan. Prace budowlane rozpoczęły się 14 lat później. Budowę oraz wyposażenie sfinansowano głównie ze środków Unii Europejskiej.

Budynek według projektu pracowni HS99 Dariusz Herman i Piotr Śmierzewski zdobył już kilka nagród architektonicznych. Otrzymał m.in. nagrodę Obiekt Roku 2011 oraz wyróżnienie Grand Prix w 17. edycji konkursu na Architekturę Roku Województwa Śląskiego, organizowanego przez katowicki odział Stowarzyszenia Architektów Polskich.

Badania bez zakłóceń

10 dni przed otwarciem „hybrydy książki i elektroniki” odbyła się uniwersytecka inauguracja nowego roku akademickiego. Miała miejsce przy ul. 75 Pułku Piechoty 1 w Chorzowie, w Śląskim Międzyuczelnianym Centrum Edukacji i Badań Interdyscyplinarnych.

Budowa SMCEBI, na terenie przeznaczonym na Chorzowski Kampus UŚ, rozpoczęła się w 2010 r. Powstanie budynku, którego głównym projektantem jest prof. Jerzy Gurawski, również sfinansowane zostało w większości z funduszy europejskich.

– Uniwersytet Śląski pod koniec ubiegłego wieku otrzymał teren ok. 20 hektarów, przepiękny park, po likwidacji jednostki wojskowej – mówi prof. Alicja Ratuszna, dziekan Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii. – Położenie tego terenu, na którym brak zakłóceń mechanicznych i elektromagnetycznych sprawił, że uznaliśmy, iż można by tam zbudować kampus nauk ścisłych, z nowoczesnymi pracowniami naukowymi. „My” to grupa fizyków, chemików z Instytutu Fizyki, Instytutu Chemii i pracowników z Instytutu Nauki o Materiałach, a ojcem chrzestnym całego przedsięwzięcia jest prof. Jerzy Zioło.

– W Centrum realizowane będą kierunki i specjalności doświadczalne, które wymagają odpowiednich warunków do prowadzenia eksperymentów, zapewniających pracę precyzyjnej aparatury, minimalne zakłócenia mechaniczne i elektromagnetyczne – mówi prof. Jerzy Zioło, były dyrektor SMCEBI.

Studenci będą kształcili się w Centrum na kierunkach związanych głownie z nanomateriałami, nanofizyką, biofizyką i chemią leków. – W tej chwili, kiedy Centrum jest na etapie rozruchu, studiuje tam ponad 400 studentów – mówi prof. Ratuszna. – Teraz sprowadzane są sukcesywnie różne przyrządy, zależnie jak i kiedy zakończono procedury przetargowe. Docelowo, kiedy otworzymy już wszystkie pracownie dydaktyczne, w Centrum studiować będzie ponad 1000 studentów.

– Unikatowe specjalności i kierunki autorskie, które uruchomione zostaną w Centrum, wzorowane są na programach edukacyjnych czołowych uniwersytetów najbardziej rozwiniętych krajów świata – mówi rzecznik UŚ. – Jednym z głównych celów SMCEBI jest podniesienie jakości kształcenia i wzrost liczby studentów w dziedzinach priorytetowych z punktu widzenia rozwoju gospodarki, co zostanie uzyskane dzięki ułatwieniu dostępu studentów do nowoczesnej, unikatowej aparatury laboratoryjnej skupionej w nowoczesnych, certyfikowanych laboratoriach.

Głównym gospodarzem i użytkownikiem Centrum jest UŚ. Inne uczelnie będą miały możliwość korzystania z infrastruktury SMCEBI za zgodą uniwersytetu.

3 listopada 2012

Grubsona koncertowy brzuch

www.suplement.us.edu.pl, listopad 2012

27 października raper i DJ BRK promowali w Katowicach wydany w tym roku album „Gruby brzuch”.


Grubson w Mega Clubie

fot. KM

Poza tegoroczną płytą rybnicki wykonawca Tomasz Iwańca, Grubson, nagrał do tej pory dwa krążki, „O.R.S.” (2009) i „Coś więcej niż muzyka” (2011). „Dynamite Breaks” (2006) i „Mucha nie siada” (nagrana wspólnie z Jareckim, 2010) to z kolei dotychczasowe albumy rapera z Opola Bartosza Kochanka – DJ BRK, „Brzucha” – założyciela studia nagrań Kurnik.

„Artyści na początku 2012 roku zamknęli się w Kurnik Studio i przygotowali różnorodny materiał, który dla polskiej sceny muzycznej będzie sporą dawką pozytywnej energii – reklamował nową płytę wydawca. – Połączenie dwóch charyzmatycznych osobowości scenicznych jest gwarancją, że Gruby Brzuch to również kolejny ciekawy rozdział w karierze Grubsona, którego wokal doskonale współgra z niskim głosem BRK. Do tworzenia materiału na album zostali zaproszeni tacy artyści jak Jarecki, Bu czy Jotoskleja”.

– Weszliśmy do studia i zaczęliśmy się bawić – mówił Grubson dla dwutygodnika „Detalks” – większość hiphopowców za bardzo się spina i wszystko robi na poważnie.

– Ważne, żeby mieć do tego wszystkiego dystans – mówił dla „Detalks”. – My mamy takie kawałki jak „Ostatni raz” i „Naprawimy to”, które są bardzo przemyślane, ale są też takie jak „Można?! Da się?!”. Jak wsłuchasz się w słowa tej piosenki, to ona naprawdę ma przekaz, ale tekst jest w stylu, w jakim rozmawiasz na co dzień z kumplami.

Przed gwiazdą wystąpiła grupa Heavy Mental. Podczas dwóch i pół godziny koncertu Grubsona i BRK w Mega Clubie publiczność usłyszała m.in. piosenki „Nowa fala”, „Na szczycie”, „Koniec”, „Naprawimy to”, „Słowiańskie korzenie”, cover Skrilleksa i Damiana Marleya „Make It Bun Dem” oraz piosenki z nowej płyty, „Śniadanie”, „Szansa”, „Zacieszacz” i „Można?! Da się?!” – wykonaną wśród publiczności.

Ta na koncertach Grubsona bawi się wyjątkowo. – Bardzo udany, pozytywna energia, wyjątkowo długo grali, co też jest fajne – mówił jeden z uczestników. – Bardzo dobry! Ta atmosfera... Czekam na kolejny – dodał inny.

BK

25 września 2012

Islandzkie róże w Nowej Hucie

www.suplement.us.edu.pl, wrzesień 2012

Koncerty Kronos Quartet i Sigur Rós zakończyły trwającą między 9 a 17 września jubileuszową, 10. edycję Festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie.


Kronos Quartet 16 września w Nowej Hucie

fot. KM

Impreza prezentuje muzykę XX wieku i najnowszą, łączy muzykę poważną z innymi nurtami. Do tej pory na festiwalu wystąpili m.in. Ensemble Modern, Ensemble intercontemporain, Klangforum Wien, Aphex Twin, Jónsi (Sigur Rós), Kraftwerk, Jonny Greenwood (Radiohead), Adrian Utley (Portishead), Will Gregory (Goldfrapp) i Steve Reich.

„Sześć najlepszych na świecie zespołów specjalizujących się w wykonawstwie muzyki współczesnej – reklamował festiwal jego dyrektor Filip Berkowicz – przyjęło nasze zaproszenie do zaprezentowania tego, co najlepsze i najbardziej aktualne w naszej rodzimej twórczości. Paweł Mykietyn, Agata Zubel, Marcin Stańczyk, Aleksander Nowak, Cezary Duchnowski oraz Sławomir Kupczak to dziś najgorętsze nazwiska polskiej sceny kompozytorskiej młodego i średniego pokolenia”. Ponadto muzykę Krzysztofa Pendereckiego, Witolda Lutosławskiego, Henryka Góreckiego i Wojciecha Kilara 15 września wykonał podczas koncertu „Polish Icons” Kronos Quartet. Towarzyszyli mu didżeje: reaktywowany na tę okazję duet Skalpel oraz King Cannibal, Grasscut, DJ Food i DJ Vadim.

Dwa ostatnie wydarzenia – koncerty Kronos Quartet i Sigur Rós 16 września, powtórzone następnego dnia – podobnie jak koncert „Polish Icons” miały miejsce w hali ocynowni huty ArcelorMittal Poland w Nowej Hucie. Działający od 1973 r. Kronos Quartet z San Francisco to jeden z najbardziej znanych kwartetów smyczkowych świata. Znany jest m.in. z nagrania muzyki Clinta Mansella do filmu „Requiem dla snu”. W Krakowie wykonał dwa utwory, „Death to Kosmische” kanadyjskiej kompozytor Nicole Lizée oraz „Flugufrelsarinn” („Zbawca much”) z repertuaru Sigur Rós.

Podczas dwugodzinnego koncertu Islandczyków z Sigur Rós (Róża Zwycięstwa) publiczność usłyszała głównie utwory z płyt „Ágaetis byrjun” („Dobry początek”, 1999) i „Takk...” („Dziękuję...”, 2005), m.in. „Svefn-g-englar” („Somnambulicy”), „Vidrar vel til loftárása” („Dobra pogoda na podniebny lot”) i „Glósóli” („Lśniące słońce”). Koncert obył się w ramach trasy po trzyletniej koncertowej przerwie zespołu.

Założony w 1994 r. Sigur Rós to jeden z najbardziej oryginalnych zespołów na świecie. Nastrojowy rock, charakterystyczny wysoki śpiew grającego smyczkiem na gitarze elektrycznej wokalisty Jónsiego, projekcje wideo na trzech ekranach zawieszonych nad sceną oraz przemysłowa hala krakowskiej huty dostarczyły wielu wrażeń. – Miejsce było niepowtarzalne i to był ogromny atut – mówiła jedna z uczestniczek – klimat niesamowity i dla osób, które za to płaciły, to niewątpliwie dobrze zainwestowane pieniądze.

Koncert grupy zamknął utwór „Popplagid” („Piosenka popowa”).

Występy 15 i 16 września rejestrowane były przez Program 2 Polskiego Radia. Wcześniejsze nadawane były przez radio na żywo.

BK