16 marca 2012

Biznes z indeksem w kieszeni

"Suplement", nr 1/2012, "Nowe Zagłębie", nr 3 (3/21)

Młodzi Polacy rzadko decydują się na założenie własnego biznesu. Dlaczego? Czy warto się jednak odważyć? Jak radzą sobie ci, którzy zdecydowali się na własną firmę podczas studiów? Jakie instytucje mogą służyć tutaj pomocą?


ilustracja: BK, BS

Prawie połowa młodych Polaków chciałaby założyć własną działalność, ale decyduje się na to jedynie 2% z nich – informował w 2010 roku instytut MillwardBrown SMG/KRC. Młodzi boją się skomplikowanych przepisów podatkowych, konkurencji i braku środków.

W 2011 roku fundacja Edukacja dla Demokracji w ramach projektu „Kariera OK. Jesteśmy przedsiębiorczy” przygotowała raport z ogólnopolskiego badania studentów dotyczący postaw wobec utworzenia i prowadzenia przedsiębiorstwa. Badanie miało na celu m.in. odpowiedź na pytanie: jakie czynniki stanowią główne powody założenia własnej firmy? Wzięło w nim udział 517 studentów. Ankietowani odpowiedzieli: „samorealizacja, zajmowanie się rzeczami, które się lubi i czerpanie z tego satysfakcji” (28%), „niezależność i samodzielność” (25%), „nienormowany czas pracy” (15%), „brak szefa nad sobą” (13%), „wysokość dochodów” (13%) oraz „biuro, służbowy samochód, telefon” (5%).

Badanie pokazało także, w które umiejętności i postawy wymagane do prowadzenia własnej firmy ankietowani zostali wyposażeni podczas dotychczasowej edukacji (szkoła, uczelnia). Najwięcej osób wskazało: „organizację czasu” (17%), „umiejętność analizy problemów i podejmowania decyzji” (17%), a także „prowadzenie korespondencji przy użyciu e-maila oraz znajdowania potrzebnych informacji w Internecie” (16%). Zdaniem ankietowanych, dotychczasowa edukacja najmniej przygotowała ich w obszarach: „diagnozy sytuacji rynkowej (ustalenia, które z rodzajów działalności mają szansę powodzenia na lokalnym rynku)” (8%) oraz „praktycznych umiejętności zarządzania nabytych poprzez np. pracę w samorządzie uczniowskim, kole naukowym czy projekcie tematycznym” (5%).

Firma w Inkubatorze

Przy Uniwersytecie Śląskim funkcjonuje Akademicki Inkubator Przedsiębiorczości – instytucja, która osobom do 30. roku życia oferuje pomoc w zakładaniu firm i tworzeniu pomysłów biznesowych. Inkubatory działają w całej Polsce. Udostępniają pakiet usług, takich jak biuro, internet, telefon, faks (z czego można korzystać w ich biurach), a także służą obsługą księgową i prawną. Cena tych usług wynosi 250 zł miesięcznie. – Normalnie sama księgowość początkującej firmy kosztuje ok. 300/400 zł – mówił dla „Suplementu” w kwietniu 2011 roku Wojciech Kiliańczyk, koordynator AIP przy UŚ. Ponadto, inkubatory organizują szkolenia, głównie związane z rachunkowością, finansami i księgowością, zajmują się także promocją i budowaniem zespołów pracowniczych.

Fundacja AIP powstała 7 lat temu z inicjatywy warszawskich studentów. Na początku 2008 roku w fundacji działało w Polsce ok. 450 firm. Obecnie funkcjonuje ich ponad 1350. – Inkubatory cieszą się zainteresowaniem. Przy UŚ działa kilkanaście firm. Okres prowadzenia firmy w AIP trwa 24 miesiące. Po tym okresie część firm z powodzeniem działa na rynku – mówił koordynator.

Być na swoim


Dominika Hofman

fot. archiwum Dominiki Hofman

Dominika Hofman ma 26 lat. Pochodzi z małej wioski Wymysłów, położonej ok. 30 km od Katowic. W 2009 roku skończyła politologię na UŚ. Obecnie jest na studiach doktoranckich. Jej firma Maturowo była jedną z pierwszych, które powstały w AIP przy UŚ. Firma pomaga w przygotowaniach do matury z WOS-u i historii. Tworzy w tym celu e-podręczniki i kursy e-learningowe, jednak 95% przychodów firmy pochodzi z warsztatów, które organizuje w 10 miastach Polski. W ubiegłym roku przygotowała do matury 501 osób. – Na decyzję, żeby założyć własną firmę, złożyły się cechy mojej osobowości – mówi Dominika. – Chciałam być na swoim i zrobić też coś dobrego. Interesowała mnie dydaktyka i możliwości nauczania.

Na firmę zarobiła za granicą. W Stanach pracowała na obozie dla ortodoksyjnych żydów, a w Luksemburgu sprzątała. Biznes założyła z trzema koleżankami. Była wtedy na trzecim roku studiów. Z dwiema się nie dogadała. AIP było mediatorem w konflikcie. W inkubatorach prowadziła firmę przez trzy lata. Do dzisiaj odbywa się w nich księgowość Maturowa. Dla Dominiki pracuje 15 osób – trenerzy, grafik i programista.

6 lutego 2012

Coś więcej niż muzyka Grubsona

www.suplement.us.edu.pl, luty 2012

– Chciałbym, żeby każdy był sobą i nie zmieniał ludzi, dopóki siebie nie pozna i w jakiś sposób nie zmieni. Życzę każdemu, żeby kochał to, co robi i żeby robił to, co kocha, bo wtedy człowiek się spełnia – mówił Grubson dla serwisu PIK. 4 lutego wystąpił w Zabrzu.


Grubson w CK Wiatrak

fot. KM

Pochodzący z Rybnika Tomasz Iwańca w swojej twórczości łączy rap i reggae. Muzyką zajął się w 1997 roku. Piosenki nagrywał wtedy w piwnicy wraz z grupą Po-3na Różnica. Swój pierwszy solowy materiał „N.O.C.” wydał własnym sumptem na przełomie 2003 i 2004 roku. W 2009 roku ukazała się jego pierwsza płyta „O.R.S.”. Dwa lata później w sklepach pojawiło się drugie solowe wydawnictwo Grubsona, dwupłytowy album „Coś więcej niż muzyka”. Na płycie gościnnie pojawili się m.in. Abradab (dawniej Kaliber 44) i Rahim (dawniej Paktofonika). Krążek został wyróżniony platynową płytą.

– Hip hop to coś więcej niż odłam muzyczny, to cała kultura, styl życia, taniec, graffiti – mówił w wywiadzie dla serwisu rybnik.com.pl. W teledysku do pochodzącej z jego ostatniej płyty piosenki „O.P.D.K.” wykorzystane zostały prace grafficiarzy z 0700 team (Franka Myszy, Szwedzkiego i Danuty Kuny).

Koncert w zabrzańskim CK Wiatrak miał odbyć się 3 grudnia. Z powodu choroby wykonawcy występ został przełożony, za co Iwańca przepraszał ze sceny. Za gramofonami towarzyszył mu DJ BRK. Publiczność usłyszała m.in. piosenki „Na szczycie”, „Nowa fala”, „Spiesz się powoli” i „Słowiańskie korzenie”. – W życiu liczą się trzy rzeczy – mówił Grubson przed wykonaniem „Naprawimy to” – wiara, nadzieja i to, że każdy problem można rozwiązać.

BK

5 lutego 2012

Kazik znowu na żywo

www.suplement.us.edu.pl, luty 2012

– Od 12 lat nie graliśmy nowych piosenek – mówił ze sceny Kazik Staszewski. W katowickim Mega Clubie reaktywowana grupa Kazik na Żywo 3 lutego promowała wydany w listopadzie album „Bar la Curva / Plamy na słońcu”.


Kazik na Żywo

fot. Rafał Nowakowski

Wokalista Kultu w zespole KnŻ nagrał wcześniej cztery płyty: „Na żywo, ale w studio” (1994), „Porozumienie ponad podziałami” (1995), „Las Maquinas de la Muerte” (1999) oraz koncertowy „Występ” (2002). W 2004 roku grupa ogłosiła zakończenie działalności.

Koncert w Katowicach otworzył zespół Hasiok. KnŻ zagrał m.in. piosenki „Las Maquinas de la Muerte”, „Łysy jedzie do Moskwy”, „Tata dilera”, „W południe” oraz – z nowej płyty – „Mój synku”, „Hanna Gronkowiec walczy”, „Czemu ah czemu”, „Przecięty na pół”, „Polska jest ważna”, „Nie ma boga”, singiel „Plamy na słońcu” oraz „Balladę o Janku Wiśniewskim” z filmu „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł”.

Jak na koncercie rockowym przystało, przez moment Kazik był na rękach publiczności. – Kiedy skaczę ze sceny, ściągam buty – mówił – bo w Spodku wróciłem na scenę w jednym.

BK

27 stycznia 2012

Australijskie widowisko w hołdzie Pink Floyd

www.suplement.us.edu.pl, styczeń 2012

Ostatnia trasa koncertowa brytyjskiej rockowej grupy Pink Floyd, jednego z najważniejszych zespołów w historii, miała miejsce w 1994 roku, po wydaniu ostatniego studyjnego albumu „The Division Bell”. Pod szyldem Pink Floyd muzycy wystąpili raz jeszcze w 2005 roku w Londynie. Dzisiaj najlepszą okazją do usłyszenia ich piosenek na żywo są koncerty The Australian Pink Floyd Show. 22 stycznia zespół wystąpił w katowickim Spodku.



The Australian Pink Floyd Show w Spodku

fot. KM

„The Australian Pink Floyd Show zaczynał w 1988 roku – zapowiadał koncert organizator – grając w lokalnych australijskich pubach, obecnie zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i Kanadzie osiągnął status mega gwiazdy, szczelnie wypełniając stadiony oraz ogromne hale koncertowe. Takiego sukcesu nie można określić inaczej niż fenomenalny. Zespół występował już w prawie wszystkich zakątkach świata poczynając od Sydney, poprzez największe hale Europy, a kończąc na tak egzotycznych miejscach, jak Chile czy Panama, wszędzie spotykając się z niesamowicie entuzjastycznym przyjęciem zarówno ze strony fanów, jak i krytyków. W 1993 roku muzycy pojawili się na pierwszym Międzynarodowym Konwencie Fanów Pink Floyd, gdzie zyskali przychylność jednej z najbardziej wymagających publiczności, która kiedykolwiek mogłaby pojawić się na ich koncercie. Doskonale dopracowany ponad dwugodzinny show, niesamowita gra świateł, projekcje wideo oraz charakterystyczne wizualizacje sprawiają, że ich koncerty są wiernym odzwierciedleniem wydarzenia jakim był każdy koncert Floydów”.

Widowisko zamknęła w Spodku wykonana na bis piosenka „Run Like Hell”.

BK

Pablopavo z mocnym bitem

www.suplement.us.edu.pl, styczeń 2012

– To muzyka „up the time”, jak to się ładnie mówi na Jamajce – o nagranej wspólnie z Praczasem płycie „Głodne kawałki” mówi Pablopavo. W Vavamuffin wokalista wykonuje reggae, raggamuffin i dancehall. Od czasu pierwszej solowej płyty „Telehon” zachwyca nie tylko krytyków. Paweł Sołtys poczuł głód mocnego bitu.


Pablopavo podczas koncertu Vavamuffin 21 stycznia w sosnowieckim MKD Kazimierz

fot. KM

W grudniu ukazała się płyta, którą nagrałeś wspólnie z Praczasem. Album zbiera dobre recenzje. Jak wyglądała praca nad krążkiem?

Specyficznie. Nie siedzieliśmy razem. Praczas przygotowywał szkielety muzyczne, ja pisałem do nich teksty i w drugim studiu z realizatorem nagrywałem wokale. Później wróciliśmy do Praczasa i dogrywaliśmy żywe instrumenty. Jest ich sporo – etniczne, sekcja dęta. Nadawaliśmy kawałkom ostateczny kształt.

Mówiłeś, że chciałeś zrobić coś lekko popieprzonego, z mocnym bitem, a żona była przerażona tym, co przynosiłeś do domu. Czym płyta różni się od tego, co do tej pory zrobiłeś?

To nowoczesna muzyka. „Up the time”, jak to ładnie się mówi na Jamajce. Nie jest to płyta pop. Większość utworów nie nadaje się do puszczania w radiach komercyjnych. Jest na niej szybko i gęsto. Z każdego utworu można zrobić kilka innych. Zmienia się tempo i tonacja. Teksty i wokale trzeba było zrobić tak, żeby współgrały. Nie ma tam klasycznych układów zwrotka-refren, w tej samej tonacji, które można nagrać w 5 minut. Dużo kombinowania.

Od marca będziemy to promować na koncertach. Przygotowujemy się na próbach. Materiał jest trudny. Będziemy grać w czteroosobowym składzie: Praczas, ja, Radek Polakowski na wielu instrumentach i perkusista Mysza. Jeden koncert na pewno zagramy na Śląsku, może więcej.

W solowej twórczości często nawiązujesz do Warszawy.

Mam nadzieję, że przy ostatniej płycie uciekłem od tego, bo zrobiła się z tego szufladka. To niebezpieczne dla artysty. Warszawa jest dla mnie ważna i kocham to miasto. Gdybym urodził się w Poznaniu i mieszkał tam całe życie, prawdopodobnie pisałbym o Poznaniu, jeśli w Sosnowcu, to o Sosnowcu. Pisze się o tym, co się zna. Łatwiej mi umiejscowić akcję piosenki na warszawskim Grochowie niż na sosnowieckim Kazimierzu, bo go nie znam na tyle. Nie wiem, gdzie się chodzi na piwko, nie wiem, gdzie się spotykają dziewczyny. Poza tym, jestem fanem ludowej muzyki warszawskiej, miejskiej, która istnieje od stu parudziesięciu lat. Słychać u mnie nawiązania do tych piosenek. Dwie płyty, które nagrałem z zespołem Ludziki, były bardzo warszawskie. Druga mniej. Płyta z Praczasem jest warszawska już mało, ale nie ucieknę od tego. Tam się urodziłem, tam mieszkam i tam mam zamiar umrzeć.

Na 2012 rok planowane są reedycje płyt Vavamuffin. Coś jeszcze?

Zaczynamy już robić nowe piosenki. Za niedługo pojawią się na koncertach. Nie wiem, czy płyta pojawi się w tym roku. Nagrywanie Vavamuffin to duża praca. Jest nas ośmiu. Musimy się zgrać.

W styczniu rusza cykl koncertów Trzy Niezwykłe Spotkania. Bierzesz w nich udział. Co to takiego?

Na pierwszym koncercie gra zespół R.U.T.A. z zespołem Paprika Korps. My, jako Pablopavo i Ludziki, będziemy grali z zespołem Świetliki. To nie będą koncerty, na których jedna kapela gra swój materiał, druga swój, dziękuję, do widzenia. Pomiędzy dwoma zespołami ma nastąpić interakcja. Świetliki wykonają dwie nasze piosenki, my wykonamy dwie ich piosenki, nasz akordeonista zagra z nimi, ich altowiolistka zagra z nami. Ze spotkania ma powstać nowa jakość. Cieszę się, bo Świetliki to dla mnie ważny zespół. Prawdopodobnie będziemy to rejestrować. Nie wykluczam, chociaż nie obiecuję, że będzie z tego wydawnictwo.

Twoje płyty zbierają dobre recenzje, ale twoje solowe koncerty nie zawsze cieszą się dużą popularnością. To zniechęcające?

Gram z zespołem Vavamuffin, który jest dosyć popularny. Zdarza mu się grać na ogromnych imprezach. W Warszawie nie narzekam. Tam przychodzi 500-600 osób. Muzyka, którą robię jako Pablopavo i Ludziki, jest trudniejsza. To nie jest muzyka z list przebojów. Mniej taneczna i energetyczna niż Vavamuffin. Lubię to, co robię i fajnie jest, kiedy na sali jest 400 osób, ale kiedy jest 50 i koncert jest dobry, to nie ma to dla mnie większego znaczenia. Dopiero później martwię się z żoną przy rachunkach. Pablopavo i Ludziki nigdy nie będą popularni tak, jak Vavamuffin. W ciągu półtora roku będzie nowa płyta z Ludzikami. Nie poddajemy się. Gramy dalej.

Gdybyś dostał propozycję zostania jurorem w programie typu „Mam talent”, zastanowiłbyś się?

Nie widzę się w tym. Nie wyobrażam sobie, że wychodzi facet czy dziewczyna, śpiewa piosenkę, następnie stoi jak idiota, a tu siedzą jacyś ludzie, którzy z niewiadomych powodów mają mu powiedzieć, czy jest fajny czy nie. Muzyka, to nie wyścigi. W Polsce wszystko się do tego sprowadziło. Musisz wygrać program i nie da się inaczej promować muzyki. Zupełnie mi się to nie podoba. Nie oglądam tych programów. Obejrzałem dwa-trzy odcinki i czułem się zażenowany, nie obrażając tych, którzy tam występują czy tych, którzy są w jury. To może są i będą fantastyczni artyści, ale nie odpowiada mi formuła. Wyznacznikiem powinna być publiczność. Idziesz, grasz koncert i albo to się ludziom podoba, albo nie. Na pewno bym odmówił, ale gdyby się okazało, że moja żona jest chora i potrzebuję pieniędzy, zgodziłbym się. Są rzeczy ważniejsze od dumy i tego, co o sobie myślisz.

BK

16 stycznia 2012

Magik upamiętniony

www.suplement.us.edu.pl, grudzień 2011

W 11. rocznicę śmierci Piotra „Magika” Łuszcza w katowickim Mega Clubie odbył się koncert poświęcony jego pamięci. Na scenie pojawili się wykonawcy, z którymi raper współtworzył legendarne grupy Kaliber 44 i Paktofonika.


W hołdzie Magikowi wystąpił Abradab

fot. KM

Obdarzony charakterystycznym głosem Magik karierę rozpoczął w towarzystwie braci Martenów, Abradba i Joki, założycieli Kalibra 44. Z grupą raper nagrał dwie płyty: debiutancką „Księgę Tajemniczą. Prolog” (1996) oraz „W 63 minuty dookoła świata” (1998), która okazała się dużym sukcesem. W 2000 roku Kaliber 44 nagrał ostatni album „3:44”. Od tamtej pory Abradab z powodzeniem kontynuuje karierę solową, a Joka występuje już sporadycznie.

Magik, po odejściu z grupy, wraz z Fokusem i Rahimem stworzył Paktofonikę. 26 grudnia 2000 roku, kilka dni po wydaniu ich pierwszej płyty „Kinematografia”, w wieku 22 lat popełnił samobójstwo skacząc z okna swojego mieszkania w Katowicach-Bogucicach. W 2003 roku Paktofonika zakończyła działalność pożegnalnym koncertem w Spodku. Jej członkowie założyli grupę Pokahontaz.

Podczas koncertu w Mega Clubie Abradab, Joka i DJ Feel-X wykonali m.in. „Brat nie ma już miłości dla mnie”, „Konfrontacje” i „Masz albo myślisz o nich aż...” oraz solowe piosenki Abradaba „Rapowe ziarno 2 (Szyderap)” i „Lubiędobre”.

Fokus, Rahim i DJ Bambus zagrali m.in. „2 kilo”, „C.D. Kinematografii”, „Chwile ulotne”, „Ja to ja”, „Priorytety” oraz kultowe „Jestem bogiem” ze słynnym tekstem: „Jestem bogiem / Uświadom to sobie / Ty też jesteś Bogiem / Tylko wyobraź to sobie”.

Hołd legendzie rapu oddał las podniesionych rąk. Niespodzianką wieczoru był gościnny udział Gutka, wokalisty Indios Bravos. – Było pięknie! – mówiła jedna z uczestniczek.

Część dochodu z koncertu przekazana zostanie rodzinie Magika. Ze względu na duże zainteresowanie występy powtórzone zostały następnego dnia. Dziękując publiczności za przybycie głos zabrał wtedy ojciec Magika. Na scenie pojawił się w towarzystwie jego syna Filipa.

Koncert rejestrowany był na potrzeby dokumentalnego DVD. Na 2012 rok zapowiadana jest również premiera poświęconego Paktofonice filmu fabularnego Leszka Dawida „Jesteś bogiem”. W rolę Magika wcieli się Marcin Kowalczyk.

BK

5 stycznia 2012

Projekt L.U.C

www.suplement.us.edu.pl, styczeń 2012

– Studia to były trudne chwile, ale nie uważam, żeby cokolwiek w życiu było stracone. – L.U.C, czyli Łukasz Rostkowski, to osoba działająca na wielu artystycznych płaszczyznach. Pierwszą płytę nagrał osiem lat temu w Kanale Audytywnym. Współpracował m.in. ze Zbigniewem Namysłowskim, Leszkiem Możdżerem, Marią Peszek i Abradabem. Laureat wielu nagród. W ramach trasy „Eksperyment Pyykycykytypff!” 23 listopada wystąpił w Katowicach.

Koncert w Oku Miasta. O L.U.C-u mówi się, że porażony jest twórczym ADHD

fot. KM

Wydaną w 2010 roku płytę „Pyykycykytypff” stworzyłeś wyłącznie własnym głosem. Jak wyglądają koncerty, na których prezentujesz ten materiał?

To bardzo energetyczny i taneczny materiał. Zaskoczyliśmy nim ludzi. Nie za bardzo wiedzą, jak mają reagować. Koncerty nie są typowe. Ludzie przywykli do słuchania tekstów na kołyszących podkładach z dużą dozą instrumentów, a tu powstają niemalże klubowe taneczne bity. Tak czy inaczej, nadal wszystko tworzone jest wyłącznie głosem. Potężne wyzwanie technologiczne.

Na trasie występujesz z Projektem Pokolenie. Co to takiego?

To projekt pod mecenatem Absoluta. Marka z jednej strony nie może, a z drugiej nie chce nachalnie się reklamować. To dla mnie jej duży atut. Nie przykleja łatki, tylko promuje młodych ludzi, którzy robią ciekawe rzeczy. Roztacza mecenat – coś rzadkiego w naszej kulturze. Zorganizowała kilka konkursów. „Beat in the box” był przeznaczony dla beatbokserów. Uczestnicy konkursu pojawiają się ze mną na scenie. Przede wszystkim jeden z najlepszych, czyli Jurny. W poszczególnych miastach pojawiali się pozostali – Zgas, Crashu, Grajek i zwycięzca Bartox. Pracowałem z wieloma. Z Jurnym najlepiej poczuliśmy nić porozumienia. Dobrze poradził sobie z dodawaniem groove'ów, czyli tanecznego tła, do groove'ów zapętlonych prze mnie. Potrafi równo beatboksować, a to wielki atut. To spowodowało, że jest ze mną na całej trasie. Miał być Zgasik, mój przyjaciel, ale pokryły nam się trasy.

Sprzeciwiasz się kiczowatym remontom budynków. Akcja Pospolite Ruszenie przynosi rezultaty?

Trudno powiedzieć. To jest tak, jakby być jedną z witamin z zestawu Centrum. To wielki proces, który potrzebuje wielu witamin. Uważam siebie tylko za jedną z nich, jak na razie niemal jedyną, bo niewiele się robi w tej sprawie. Ale na szczęście coraz więcej. Mają miejsce pewne pozytywne zjawiska, ale nie wiem, które są spowodowane Pospolitym Ruszeniem i moim działaniem, a które działaniem innych. Najważniejsze, żeby działać. Być może ludzie zaczynają dojrzewać estetycznie. Pospolite Ruszenie wystartowało doceniając już blok we Wrocławiu, pomalowany z ciekawy sposób.

Jeżdżąc po Polsce widzę coraz więcej renowacji, które są fajnie zrobione. Z posowieckim bałaganem najlepiej poradziła sobie Warszawa, chociaż bałagan ma najgorszy. Bloki odnawiane są tam w najbardziej europejski sposób.

Pewnego dnia byłem u przyjaciela. Staliśmy na balkonie i zobaczyłem, jak zdejmują rusztowanie. Cała ulica została spójnie pomalowana w kolory około żółci. Miałem poczucie, że się udało. Czy to z powodu Pospolitego Ruszenia? Być może, ale nie przeceniałbym jego siły. Na pewno fajnie, że połączyliśmy siły z innymi akcjami – Napraw Sobie Miasto, REBLOK itd.

We Wrocławiu zrobiliśmy duże zamieszanie. Myślę, że dotarło tam do ludzi, że to nie jest fajne szpecić miasto w tysiącach pastelowych kolorów. Moim celem jest mącenie umysłów. Dotarliśmy do mediów, ale oddziaływanie ze strony społeczeństwa jest żenujące. Już wiele razy miałem poczucie, że tematy, które są dla mnie jak wódka dla drinka zupełnie nie interesują ogółu. Robię swoje, ale nie oczekuję, że pejzaż naprawi się z dnia na dzień.

Jako człowiek, który zna kilku designerów, przebywa w ich świecie, wie jak profesjonalnie odnawia się bloki i ma siłę komunikowania, poczułem obowiązek wykorzystania demokracji, którą wywalczyliśmy i powiedzenia tego głośno.

22 grudnia 2011

Moje Święta. Myslovitz

"Gazeta Mysłowicka", nr 6/2011


fot. WPKiW

Jacek Kuderski, basista Myslovitz:

– Święta spędzamy w domu. W tym roku organizujemy wigilię, tak więc przede mną i żoną pieczenie, gotowanie i cała ceremonia związana z przygotowaniami. Nie zabraknie symboli świątecznych: choinki, ozdób itp. Przyjdą rodzice, teściowie i może jeszcze ktoś? Może zawita jakiś wędrowiec, dla którego zawsze przygotowane jest dodatkowe nakrycie?

Będzie oczywiście smażony karp, którego w zdecydowanej większości jesteśmy fanami. Będzie zupa grzybowa z łazankami, zupa rybna z grzankami, kapusta z grzybami, z grochem, makówki, ciasto i jeszcze coś – zobaczymy.

Teraz jest już gorący okres na szukanie prezentów pod choinkę, na które zawsze wszyscy czekamy, a przede wszystkim czeka moja córka Tamara. Był już Mikołaj, a teraz pora na Dzieciątko. Mamy już pomysły na prezenty i wstępna realizacja też już nastąpiła, więc „pierwsze koty za płoty”. Jeszcze nie wszystko kupione, ale do świąt pozostało jeszcze trochę czasu, więc na pewno damy radę.


fot. WPKiW

Wojciech „Lala” Kuderski, perkusista Myslovitz:

– Święta spędzam zawsze w gronie rodzinnym i nie wyobrażam sobie innej atmosfery. Na stole wigilijnym nie może zabraknąć karpia, zupy rybnej z grzankami, barszczu z uszkami, kapusty z grzybami i grochem. To baza w moim menu. Uwielbiam też śpiewać wspólnie kolędy z córką Polą. Prezenty zawsze z żoną kupujemy dużo wcześniej, żeby zapobiec tłumom ludzi w sklepach.

Z Jackiem i Przemkiem z Myslovitz wzięliśmy udział w akcji „Rozdajemy familoki”. To akcja charytatywna dla dzieci przesiedlonych z bytomskiego osiedla Karb. Artyści, osoby publiczne, sportowcy ozdabiają pierniki, które można licytować na Allegro do 27 i 28 grudnia.

BK

13 grudnia 2011

Spięty orkiestra

www.suplement.us.edu.pl, grudzień 2011

O potrzebie nowych wrażeń, lataniu z odkurzaczem, starych piosenkach Koli i nowej płycie grupy Lao Che mówi Spięty, Hubert Dobaczewski, wokalista zespołu. Podczas solowych koncertów gra jednocześnie na gitarze, banjo i samplerze perkusyjnym. Na specjalnych urządzeniach zapętla dźwięki i modyfikuje śpiew.



Koncert w Jazz Clubie Hipnoza 26 listopada

fot. KM

Wystąpiłeś na koncercie w ramach Ars Cameralis. Jak znalazłeś się na tym festiwalu?

Zaproszono mnie. Nie wiedziałem za wiele o tej imprezie. Nie jeżdżę na koncerty w ramach specjalnego klucza. Przedwczoraj graliśmy z Lao Che w Krakowie, wczoraj w Gliwicach i mój manager, przyjaciel, połączył to z tym festiwalem. Tego typu impreza sprzyja mojemu występowi.

Dzisiejszego wieczoru lwią część twojego występu stanowiły piosenki z wydanej przed dwoma laty płyty „Antyszanty”. Podczas solowych koncertów grasz też utwory, których nie ma na płycie, np. „Tingel Tangel”, piosenkę jednego z twoich pierwszych zespołów, Koli.

„Antyszanty” to siłą rzeczy moja jedyna płyta. Grałem kiedyś fragment Koli, rymowałem. Tak można to nazwać, bo nie czuję się hiphopowcem. Był tam inny podkład muzyczny, który zapętlałem na gitarze i grałem do tego bit. Trudno powiedzieć, czy będzie jeszcze można to usłyszeć. Są zakusy – w ramach Lao Che, na podstawie sugestii z zewnątrz, próśb – ale nie czuję tego na tę chwilę.

Piosenki, które grałem dzisiaj, a których nie ma na płycie, to „Już kąpiesz się nie dla mnie” Kabaretu Starszych Panów, „Soldat” 5'nizzy, „Pea” – którą wykonywał Flea z Red Hot Chili Peppers – „Kokainistka” Macieja Zembatego. Do tego jedna piosenka z lat 30., ale nie doszukałem się autora. Była jeszcze piosenka parafolkowa, do której napisałem tekst dla zespołu Kapela ze Wsi Warszawa, ale jakoś nie kwapili się, żeby to wykorzystać, więc zacząłem wykonywać to sam.

Ma to coś wspólnego z projektem R.U.T.A.? Założyciel Kapeli Maciek Szajkowski zaprosił cię do wspólnego wykonania starych chłopskich piosenek.

Nie. W tym projekcie wziąłem udział marginalny. Przyjechałem na dwie godziny sesji nagraniowej i odczytałem coś z kartki. To jedyne, co mnie z nimi łączy. Nie grałem z nimi koncertów, ale koleguję się z Maćkiem.

Jesteś zadowolony z występu?

Było mi trochę ciężko, bo jestem chory, więc nie mogłem się do końca wgryźć, ale było w porządku. To mój trzeci koncert w Katowicach. Dwukrotnie grałem w Rialcie, piękne koncerty. Ciężko jest mi psychicznie przekonać się do tego, że będę tutaj jechał po raz trzeci i grał koncert z podobnym repertuarem. Lubię, kiedy coś jest innego, świeżego z koncertu na koncert. Z tym materiałem na pewno nie zagram już w Katowicach. To już nie zadziała ani na ludzi, ani na mnie. Będę musiał skomponować i wydać coś nowego. Szukam silnych wrażeń. Inaczej to nie ma sensu.

Koncertujesz w miarę regularnie, z Lao Che i sam. W najbliższym czasie można się spodziewać innych efektów twojej pracy muzycznej?

Mój projekt solowy zszedł na bok. Nie jestem Napoleonem. On podobno na pięciu rzeczach się skupiał, ja nawet na dwóch nie jestem w stanie. Jeśli robimy nową płytę z Lao Che, to skupiam na tym wszystkie siły. Nie potrafię dzielić uwagi – gotowanie zupy, zmienianie przy okazji pieluchy i przelecenie z odkurzaczem po chałupie to co innego. Jak mam coś skomponować, to wiążę się z tym emocjonalnie. Chciałbym zrobić coś, co w ramach zdrowych ambicji jest fajne, satysfakcjonuje mnie i uskrzydla. Jak ludzie mają tego słuchać, mam z tym jeździć na koncerty przez dwa lata, to nie mogę tego zrobić źle. Są ludzie, którzy nagrywają trzy-cztery płyty w roku i świetnie im idzie. Ja nagrywam jedną płytę na trzy lata, ale nie jestem w stanie inaczej.

24 listopada 2011

Stara szkoła Fisza i Emade

www.suplement.us.edu.pl, listopad 2011

Chorzowska publiczność była pierwszą, która na żywo usłyszała piosenki z nowej płyty braci Waglewskich „Zwierzę bez nogi”. Koncert odbył się w ramach festiwalu Ars Cameralis.


Fisz i Emade w chorzowskiej Szufladzie 15

fot. KM

– Lepiej grało nam się nowe kawałki, niż stare – mówił o występie 20 listopada br. w klubie Szuflada 15 Mariusz Obijalski, klawiszowiec. Oprócz niego na scenie pojawił się Fisz (Bartosz Waglewski) – wokal, Emade (Piotr Waglewski) – perkusja, Michał Sobolewski – gitara elektryczna i Piotr Gajewski – gitara basowa.

Ostatnia płyta wyrosłego na gruncie sceny hiphopowej duetu Fisza i Emade ukazała się w ubiegłym roku. Był to rockowy album „Kim Nowak”. Nowy krążek będzie miał swoją premierę 25 listopada br. Tego dnia muzycy zagrają również koncert w ramach Europejskich Targów Muzycznych w Warszawie, po raz pierwszy oficjalnie prezentując nowe piosenki. Album zapowiadany jest jako nawiązanie do hiphopowej stylistyki lat 90. Do współpracy muzycy zaprosili DJ Eproma, odpowiedzialnego za skreczowanie na gramofonach. Wpływ wykonawców takich jak Beastie Boys widać i słychać już w teledysku do tytułowego nagrania. Jego premiera miała miejsce pod koniec października. Do tej pory ukazały się trzy wersje klipu.

Nowy materiał stanowił połowę występu w chorzowskim klubie. Muzycy wykonali również starsze piosenki, m.in. „Bla bla bla numer dwa”, „Heavi metal”, „Jesteście gotowi?”, „Serce” i „Szefa kuchni”. – Fisz jest ambitniejszy od innych hiphopowców, gra na żywo. Lubię Ostrego, ale Fisz jest inny – mówiła Jadzia, uczestniczka koncertu. – Fisz miesza gatunki – dodał Paweł. – Nie słucham takiej muzyki, ale jest fajnie, bo mogę posłuchać czegoś innego.

Pod sceną panował ścisk, ale – jak śpiewa Fisz na nowym singlu – „ten co tu stoi to mistrz starej szkoły”.

BK