22 listopada 2010

Dziennik z podróży do Chin. Część 2

"Eurostudent", nr 190

W marcu wysłałem do przedstawicielstwa Chińskiej Rady Stypendialnej w Brukseli podanie o językowe stypendium rządu chińskiego w Pekinie – www.csc.edu.cn. W lipcu przyszła informacja o przyjęciu.

Na początku wszystko było interesujące. Kolej transsyberyjska, nowa kultura. Później zaczął dokuczać mi smog i problemy w porozumieniu się z Chińczykami w języku angielskim. Na koniec groziło mi zatrzymanie na granicy.


24 sierpnia 2010

Wsiadłem do pociągu relacji Moskwa-Pekin. W przedziale leżał krępy chłopak.

– Cześć, jestem Altan. Pijesz?

Altan pochodzi z Kałmucji, ale ma też mongolskie obywatelstwo. Handluje pamiątkami sprowadzanymi z Mongolii. Ma 24 lata. Interesuje go boks.


30 sierpnia 2010

Dotarłem do Pekinu i na Pekiński Uniwersytet Językowy – Beijing Yuyan Daxue. Podróż metrem jest prosta. Bilet kosztuje 2 juany (1 juan – 0,43 zł), jest na nim mapa połączeń. Stacje opisane są w alfabecie łacińskim, a w wagonach są podświetlane tabliczki z przebiegiem trasy.

Kampus jest ogromny. Dostałem tymczasowy pokój, za który muszę płacić do 1 października. W pokoju jestem z Białorusinem Witalisem. Ma 21 lat, jest szczupły, wysoki, ma ciemne włosy. Jest pasjonatem chińskiej kultury. Przez trzy lata studiował sinologię w Mińsku.

Pekiński Uniwersytet Językowy

fot. BK


4 września 2010

Zarejestrowałem się na uczelni. Dostałem chińską kartę do telefonu komórkowego. Moje miesięczne stypendium wyniesie 1700 juanów. Jednorazowo dostałem też 1500. Nadali mi chińskie imię Baertuo.


6 września 2010

System zapisu chińskich znaków kształtował się przez ponad 3 tysiące lat. Są piktogramami – obrazkami, hieroglifami – oznaczającymi pojęcia. Podstawową jednostką jest sylaba. Jednej sylabie odpowiada jeden znak. Wyrazy składają się z jednej lub kilku sylab. Niemal każdy znak można podzielić na mniejsze elementy znaczeniowe. Liczbę znaków szacuję się na 50 tys. Wykształcony Chińczyk posługuje się 6-10 tys. Do lektury gazety potrzeba 2-3 tys., a do zrozumienia samej jej treści 1200-1500.

Język chiński jest językiem tonalnym. Sposób wypowiedzenia danego wyrazu decyduje o jego znaczeniu. Nie ma odmiany. Treść wynika z kontekstu i szyku.

Istnieje kilka dialektów, jednak znaki są dla nich wspólne. Najpopularniejszy dialekt to mandaryński – język urzędowy w Chnach – inaczej putonghua. W latach 50. władze uprościły znaki tego dialektu i stworzyły jego transkrypcję pinyin – fonetyczny zapis w alfabecie łacińskim. Standardowo wyrazy wielosylabowe zapisuje się w tej transkrypcji łącznie. – Pinyin tylko pomaga z nauce chińskiego – powiedziała pani Li, mój wykładowca. – Wszystkie chińskie książki i gazety pisane są znakami.

Poszczególnych znaków nie oddziela się odstępami. W druku mają podobną interpunkcję, z wyjątkiem kropki (mały okrąg) i wielokropka (sześciokropek). Liczby często podawane są po arabsku. Stosują tradycyjny przecinek, żeby oddzielić różne części zdania i odwrócony, kiedy wymieniają rzeczy, które mają ze sobą coś wspólnego.

Klawiatury w komputerach mają łaciński alfabet, a tylko niektóre przyciski są opisane chińskimi znakami. Kiedy Chińczycy piszą na komputerze, używają pinyin, a program proponuje odpowiednie znaki.

16 listopada 2010

Dziennik z podróży do Chin. Część 1

"Suplement", nr 4/2010

W marcu wysłałem do przedstawicielstwa Chińskiej Rady Stypendialnej w Brukseli podanie o językowe stypendium rządu chińskiego w Pekinie – www.csc.edu.cn. W lipcu przyszła informacja o przyjęciu.

Na początku wszystko było interesujące. Kolej transsyberyjska, nowa kultura. Później zaczął dokuczać mi smog i problemy w porozumieniu się z Chińczykami w języku angielskim. Na koniec groziło mi zatrzymanie na granicy.


23 sierpnia 2010

Pociąg relacji Praga-Moskwa odjechał z Katowic.


24 sierpnia 2010

Moskwa. Mauzoleum Lenina – pierwsze wrażenie: jest z plastiku. Dalej Muzeum Bułhakowa – zrobiłem obiecaną fotografię kota Behemota.


25 sierpnia 2010

Altan (mój towarzysz podróży z pociągu) zaprosił mnie do siebie do Kałmucji. Powiedział, że sfinansuje podróż i pobyt. Będziemy łowić ryby i polować.


28 sierpnia 2010

Rano minęliśmy Bajkał. Wieczorem przekroczyliśmy mongolską granicę. Altan kupił pierogi i soloną herbatę z mlekiem. Mówi, że Mongołowie ciężko pracują i tracą sól, kiedy się pocą.


Kolej transsyberyjska. Granica rosyjsko-mongolska

fot. BK


29 sierpnia 2010

Altan wysiadł w Ułan Bator. Mam teraz w przedziale Anglika, Francuza i Belgijkę.

Kierujemy się na południe. Temperatura rośnie i dochodzi do 30 stopni. Po horyzont rozciągają się stepy, a na nich owce, wielbłądy i małe drewniane wioski.

Minęliśmy pustynię Gobi.

Dotarliśmy do chińskiej granicy. Mongolscy mundurowi salutowali nam na pożegnanie, a w Chinach powitała nas muzyka klasyczna z głośników. Robotnicy zmieniali zestawy kołowe w pociągu, ponieważ w Mongolii i Chinach jest różny rozstaw torów.

Poznałem Ellen i Gene'a. Pochodzą z małego miasteczka niedaleko Seattle. Gene, starszy mężczyzna z siwą brodą, prowadzi tam sklep ze zdrową żywnością. Ellen, młoda malarka – miała wystawy w Ameryce i Berlinie, jest jego klientką. Gene powiedział jej, że chciałby wybrać się w podróż koleją transsyberyjską, ale nie ma z kim. Ellen zaproponowała, że z nim pojedzie.

Znalazłem na niebie Wielki Wóz.


30 sierpnia 2010

W pokoju jestem z Białorusinem Witalisem. Ma 21 lat, jest szczupły, wysoki, ma ciemne włosy. Jest pasjonatem chińskiej kultury. Przez trzy lata studiował sinologię w Mińsku.

Spotkanie z Henryką Krzywonos

"Suplement", nr 4/2010

– Jestem pewna, że wasze matki, ojcowie, babcie i dziadkowie uczestniczyli w tych strajkach – mówiła 19 października 2010 na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego Henryka Krzywonos-Strycharska, sygnatariuszaka Porozumień Sierpniowych. – Zrobiliśmy to wszyscy.

Agnieszka Wiśniewska "Duża Solidarność, mała Solidarność. Biografia Henryki Krzywonos"

fot. Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Spotkanie na WNS UŚ było promocją książki Agnieszki Wiśniewskiej „Duża Solidarność, mała Solidarność. Biografia Henryki Krzywonos”. Krzywonos towarzyszyli Łukasz Moll z Krytyki Politycznej, Małgorzata Tkacz-Janik z partii Zieloni 2004 i Agnieszka Wiśniewska.

„Najpierw zatrzymała tramwaj – reklamuje książkę Wydawnictwo Krytyki Politycznej – a kilka dni później Lecha Wałęsę z tłumem stoczniowców kończących >>swój<< zwycięski strajk – wszystko to w odruchu solidarności z tymi, którzy latem 1980 roku rzucili wyzwanie całemu systemowi. Henryka Krzywonos, nikomu nieznana motornicza z gdańskiego Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego, tymi gestami sprzeciwu – pod gdańską operą i pod stoczniową bramą – sprawiła, że sierpniowy protest mógł przerodzić się w ruch na rzecz społecznej zmiany”.

– Pomyślałam, że to ważne, aby napisać biografię – mówiła Agnieszka Wiśniewska – bo w 30. rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych zabraknie rozmowy o robotnikach. Nie myliłam się. Przejrzałam zdjęcia, YouTube, archiwa. Zastanawiałam się, dlaczego ci ludzie strajkują. Poza tym, brakuje biografii kobiet "Solidarności". Wszędzie są sami mężczyźni. Książka ma luźną formę, bo napisałam ją tak, jak opowiadałam o Henryce znajomym.

– W roku 1980 ludzie chcieli opieki od państwa – dodała Wiśniewska. – Po 1989 zostało to zaprzepaszczone. Opiekę socjalną zastąpiono wolnym rynkiem. Jeżeli nie stać cię na przedszkole, na mieszkanie, na studia, jesteś głupi.

– Która "Solidarność" jest prawdziwa? Kogo mam słuchać? – pytał Krzywonos jeden ze studentów.

– Nie mogę powiedzieć o dzisiejszej "Solidarności", bo ona nie broni praw pracowniczych. Nowy przewodniczący zmieni związek. "Solidarność" będzie związkiem, a nie partią.

Krzywonos mówiła, że nie poszła do IPN zobaczyć swojej teczki. – Bałam się dowiedzieć, co tam jest. Pochodzę z patologicznej rodziny. Może moja mama potrzebowała na butelkę i coś powiedziała.

Zachęcała do udziału w wyborach i głosowania na kobiety, „ponieważ są dobre w organizacji”. Dodała, że nie zamierza startować w wyborach. Wiele osób prosi ją o poparcie, ale udziela go tylko sensownym ludziom. – Popieram ciebie, Małgosiu – powiedziała do Małgorzaty Tkacz-Janik, która startuje w wyborach do sejmiku województwa śląskiego z Gliwic.

30 sierpnia w czasie przemówienia na zjeździe "Solidarności" z okazji 30. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych Krzywonos skrytykowała Jarosława Kaczyńskiego: – Pan niszczy godność Lecha [Kaczyńskiego].

– Jestem wolna, więc mówię prawdę, bo nikogo się nie boję – mówiła Krzywonos podczas spotkania na WNS UŚ.

Głos zabrał jeden z wykładowców: – Od kilku lat pytam studentów, czy słyszeli coś o Henryce Krzywonos. Do tego roku akademickiego tylko jedna osoba odpowiedziała, że tak. Dzisiaj, po pani wystąpieniu na zjeździe "Solidarności", słyszała o pani większość.

– Mnie szkoda pana Kaczyńskiego – mówiła Krzywonos – bo on przeszedł straszną traumę, a nie ma przyjaciela, który by wziął go za rękę i zaprowadził do psychologa, do psychiatry czy gdziekolwiek, bo przyjaciel tak powinien zrobić.

Jeden ze studentów zastanawiał się, czy wystąpienie Krzywonos podczas zjazdu "Solidarności" było promocją książki.

– Pomysł na książkę powstał w styczniu, więc nie pisałam jej w nocy, kiedy o Henryce Krzywonos było już głośno – powiedziała Wiśniewska.

– Książka Agnieszki bardzo mi się podoba – mówiła Krzywonos. – Tylko to czerwone „K” na okładce wchodzi mi do nosa.

BK

4 października 2010

Poświatowska. Reportaż dla przyjaciela

"Śląsk", nr 9 (179), fragmenty

[dla Marty]

„Poznałam takiego początkującego literata – przyprowadzili mi go do domu – ślepy od urodzenia prawie – domyśla się Pan, że to zrobiło na mnie wrażenie” – pisała Halina Poświatowska do aktora Jana Niwińskiego w 1957 roku.


W Yonkers w USA, 1958

fot. archiwum rodzinne

„Napisałam książkę, już dawno, trzy lata tamu, ale wyjdzie dopiero w tym roku. To nie te wiersze od Czytelnika. Tamta nazywa się Opowieść dla przyjaciela i jest tyle o mnie, co i o Tobie” – pisała do niewidomego literata w 1966 roku. Urodził się w Częstochowie, był jej rówieśnikiem i studiował polonistykę. Korespondencja między poetką a przyjacielem trwała do 1966 roku i była bardzo obfita – ponad sto listów. Autobiograficzna Opowieść została wydana rok później. – Aby opublikować Opowieść, trzeba było uzyskać od Komitetu Centralnego Partii „zgodę na wydanie puli papieru” – mówi Zbigniew Myga, brat poetki.

Rytm bijącego serca

„Portret Haliny Poświatowskiej? – wspomina w książce Marioli Pryzwan Zbigniew Myga. – 167 centymetrów wzrostu, zgrabna, ładna, fryzura różna: przed wyjazdem do Stanów długa, potem na ogół krótka, pod koniec życia taka za uszy. Nie była blondynką, nieprawda, miała kasztanowe włosy. Oczy zaś szare, ale mówiła, że zielone”. – Myślałem, że każda starsza siostra pisze wiersze – dodaje.

Urodziła się w 1935 roku w Częstochowie. Była najstarszym z trójki dzieci Stanisławy i Feliksa Mygów. Matka zajmowała się domem, kończy w tym roku 96 lat, a ojciec z zawodu był ślusarzem, zmarł w 1977 roku. W okresie walk o wyzwolenie Częstochowy dziewczynka spędziła z rodzicami trzy dni w piwnicy domu przy przy Alei Najświętszej Marii Panny. W konsekwencji rozchorowała się na anginę, która następnie spowodowała zapalenie stawów i powstanie wady serca. Z tej przyczyny niemal przez całe życie poetka często przebywała w szpitalach i sanatoriach.

W 1953 poznała Adolfa Poświatowskiego, również chorego na serce, studenta Szkoły Filmowej w Łodzi, zainteresowanego malarstwem i fotografią. Pobrali się rok później, jednak małżeństwo trwało niespełna dwa lata – mąż zmarł w Krakowie na atak serca.

Debiut

Profesor Akademii Medycznej w Krakowie, Julian Aleksandrowicz, poznał poetkę z Wisławą Szymborską i Stanisławem Grochowiakiem. – Profesor wiedział, że Halina pisze wiersze – mówi Zbigniew Myga. – Chciał zorganizować jej terapię zajęciową, aby nie nadwyrężała serca. Szymborska miała o jej wierszach rewelacyjne opinie. Halina podbudowana opinią krakowskich poetów zaczęła nad sobą pracować. – Po latach, kiedy Halina zamieszkała w Krakowie, poetki zostały sąsiadkami, mieszkały w kamienicy przy ul. Krupniczej. Poświatowska debiutowała w 1956 roku w Gazecie Częstochowskiej. W 1957 roku przyszła noblistka podarowała poetce wydanie swoich wierszy Wołanie do Yeti. Znajduje się tam dedykacja: „Halinie Poświatowskiej z przyjaźnią i życzeniami, aby jak najprędzej wydała własny tomik”. W rok później Halina wydała swój pierwszy tomik wierszy – Hymn bałwochwalczy.

„Jej warsztatem pracy było rozgrzebane łóżko – wspomina Zbigniew Myga. – Pisała, siedząc obłożona poduszkami. Długopis w ręce, jakaś książka, słownik. Woziła ze sobą całą bibliotekę. Tu pisała swoją pracę doktorską. Pisała też wiersze. Ten proces twórczy wyglądał niepozornie. W pewnym momencie smarowała coś na kartce i mówiła: – Mamci, napisałam wierszyk. – Mama siadała do maszyny. Wystukiwała wiersz, rano wysyłała i za tydzień był już w Życiu Literackim”.

20 czerwca 2010

Cztery historie z Nikiszowca

„Suplement”, nr 3/2009

Stowarzyszenie Twórców Niezależnych AFA przy współpracy z Uniwersytetem Śląskim zrealizowało projekt „Ja-Przestrzeń. Próba oswojenia”. Organizatorzy opowiedzieli o katowickim osiedlu za pomocą spektaklu, fotografii, wystawy, video-artu i instalacji. Premiera miała miejsce 28 marca 2009 roku w Szybie Wilson. Fotografie można było oglądać do 16 kwietnia oraz podczas Festiwalu Nauki UŚ wraz z video-artem. O projekcie opowiadają jego twórcy.

fot. Karolina Sobel

Skąd pomysł na projekt?

Marek Nowara: Inspiracją byt Nikiszowiec, symbol śląskiej kultury, jego architektura i mieszkańcy. Autorki projektu, Natalia Pasierbek i Mariola Sołtysik, chciały ukazać to miejsce poprzez biografię mieszkańców. Skonfrontowaliśmy dwa obrazy dzielnicy: ten, który zniknął i współczesny. Projekt był gotowy we wrześniu. Intensywne prace trwały trzy miesiące.

Co jest wyjątkowego w Nikiszowcu?

Mariola Sołtysik: Przez ostatni rok dzięki przeprowadzonym wywiadom mogłam poznać losy mieszkańców. Nikiszowiec zachwycił mnie historią i klimatem, ale przede wszystkim życiem społecznym.

Instalacja dotyczyła siły kobiety. Poprzez rzeźbę pragnęliście skłonić do refleksji nad fundamentem śląskiej kultury. Co nim jest?

Marek Nowara: Rola kobiety jest ważna. Jednak nie można zapominać o pracy, rodzinie, religii, a także o postępie, nowoczesności, dynamizmie.

Określiliście przedsięwzięcie jako „kulturalno-naukowe”. Co to oznacza?

Mariola Sołtysik: Wywiady do video-artu zostały przeprowadzone zgodnie z metodologią badań pedagogicznych za pomocą wywiadu narracyjnego, co pozwoliło nam na poznanie przeszłości bohaterek, ściśle powiązanych nie tylko z dziejami dzielnicy, ale też z dziejami naszego narodu.

Jak wygląda proces tworzenia video-artu?


Marek Kapa: Robię przypadkowe zdjęcia albo nagrywam film. Później obrabiam to w domu i synchronizuję z muzyką.

O czym opowiadali bohaterowie spektaklu „Cztery historie z Nikiszowca”?


Natalia Pasierbek: Aktorzy-amatorzy, mieszkańcy Nikiszowca, opowiedzieli historie ze swojego życia. Pani Ewelina mówiła o dziecięcych zabawach w ogrodzie, o bliskości, która kontrastuje z dzisiejszą wielkomiejską anonimowością i o tym, że z nadejściem „wielkiej płyty” Giszowiec i Nikiszowiec utraciły część magii. Pani Barbara opowiedziała historię pierwszego na Nikiszowcu projektora filmowego i o pierwszej wizycie w miejscowym kinie Słońce. Pan Rudolf mówił o poszukiwaniach przyszłej żony na Giszowcu i ciężkiej pracy pod ziemią. Pan Zdzisław opowiedział o kontraście między światem dziecka i górnika.

Studiujesz pedagogikę. Jesteś autorką scenografii do dwóch spektakli. Skąd zainteresowanie teatrem?


Natalia Pasierbek: Pedagogika to spotkanie z człowiekiem. Takim spotkaniem jest teatr. Praca nad spektaklem wymaga wyjścia poza siebie i pozbycia się uprzedzeń.

Skąd zainteresowanie Karoliny i Radka fotografią?

Karolina Sobel: Studiuję turystykę i język niemiecki, ale fotografia angażuje coraz więcej ludzi. Zainteresowanie pojawiło się u mnie przed wybraniem studiów. Świadome zdjęcia robię od 4 lat. Obecnie zgłębiam wiedzę samodzielnie i w studium fotograficznym. Poznałam urok fotografii tradycyjnej i założyłam w domu ciemnię.

Wywiad z muzykiem Generała Stilwella

Powrót legendy

„Suplement”, nr 5/2007

Rozmowa z Markiem „Dżałówą” Jałowieckim, liderem zespołu Delons, a w latach 1986-1993 grupy Generał Stilwell, jednego z pierwszych gitarowych zespołów w Polsce, reaktywowanego specjalnie na występ podczas Off Festivalu 2007.


Koncert Generała Stilwella podczas Off Festivalu

fot. BK

Skąd pomysł na reaktywację?

To był pomysł Artura Rojka. My byśmy na to nie wpadli. Od czerwca graliśmy po dwie próby tygodniowo. Mieliśmy być wydarzeniem, a okazało się, że mamy grać o 15.00. Powiedziałem Rojkowi, że nie gramy o tej godzinie. Ostatecznie zagraliśmy o 16.30. Nie ukrywam, że chciałbym zagrać ponad godzinny koncert w nocy. Dopiero po godzinie się rozkręcam. Teraz ledwo zdążyliśmy zagrać „Adriana Nemeca”, a bardzo chciałem zagrać tą piosenkę.

Zastanawiałem się, czy będziecie w stanie wykrzesać z siebie trochę młodzieńczej energii sprzed lat.
Te piosenki są dla mnie bardzo mysłowickie. Dobrałem je pod kątem tekstów. Kiedyś wiele moich tekstów było grafomańskich. Chciałem, żeby były aktualne. Nie wiedziałem, jak to wypadnie, kiedy będę jako czterdziestolatek śpiewał to, co napisałem jako osiemnastolatek, lecz wytworzyła się wspaniała atmosfera.

Jak oceniasz koncert?

Mam go nagrany na dyktafonie i kiedy go słucham, chce mi się płakać. Nie spodziewałem się, że przyjdzie tyle znajomych twarzy. Koncert spotkał się z niesamowitym entuzjazmem. Bardzo dobrze się bawiłem. Ludzie podchodzą do mnie i mówią, że było fantastycznie, a bałem się, że przyjdzie loża szyderców i będzie krytykować.

Cieszę się, że mogłem przy tej okazji pobyć wśród fajnych ludzi, którzy nie mają na co dzień do czynienia z muzyką i pogadać na różne fajne tematy. Janek, nasz basista, nie grał od 15 lat, a kiedy do niego zadzwoniłem, to na próbę przyszedł co do minuty. On cieszył się, że może grać. Cieszył się nawet z tego, że dostał identyfikator.

Czy ten koncert to tylko jednorazowe przedsięwzięcie?

Jesienią nagramy te piosenki w studiu, żebyś mógł je sobie zabrać do samochodu. Nie chodzi o nic poważnego. Chcemy po prostu nadać temu stereofoniczne brzmienie. Nagrywanie w studiu uzależniliśmy od przyjęcia na koncercie, a było ono bardzo dobre. Póki co, chcę teraz trochę odpocząć i uporządkować sprawy osobiste, bo od stycznia byłem muzycznie bardzo zapracowany.

BK

Wywiad z przewodniczącym Ruchu Autonomii Śląska

„Suplement”, nr 4/2007

- Dostrzegam na Śląsku potencjał i zmiany na lepsze, ale nasze atuty zawdzięczamy starszym pokoleniom – mówi dr Jerzy Gorzelik, historyk i pracownik Uniwersytetu Śląskiego oraz przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska. – Nie zawsze będziemy mogli spijać śmietankę po tym, co osiągnięto 100 lat temu.


fot. BP Tomasz Żak

Czy pana wkurza Śląsk?

W mniejszym stopniu niż fascynuje, ale zdarza się, że tak.

Kazimierz Kutz określa Śląsk jako „perlę w koronie” i „sól ziemi czarnej”. Często podkreśla, że jest on dzisiaj rozkradany i traktowany po macoszemu. Czy tak jest?

Kazimierz Kutz należy do pokolenia, które było świadkiem dewastacji Górnego Śląska. Region został sprowadzony do rezerwuaru taniej siły roboczej. Hurtowo eksploatowano surowce naturalne, doprowadzając tę ziemię do ekologicznej katastrofy. Dzisiaj nie można z Górnego Śląska czerpać takimi garściami jak przez ostatnie pół wieku. Jednak wciąż jest to ziemia, która często nie może mówić własnym głosem. Ale przyczyny są inne niż przed rokiem 1989 – wtedy był to odgórny zakaz, a dzisiaj strach, który pozostał po tamtych czasach i zwykły marazm.

Czy rozkradanie i traktowanie po macoszemu Śląska nie jest przypadkiem mylone z mniejszym zapotrzebowaniem na hutnictwo i górnictwo, na których opierało się bogactwo tego regionu w przeszłości?


To jest jedna z przyczyn kryzysu, ale problem tkwi w tym, że region zastygł w anachronicznej formie gospodarczej. Wynika to z centralnego planowania w czasach PRL. Weszliśmy w nową rzeczywistość po roku 1989 z bagażem zapóźnień ostatnich kilkudziesięciu lat. W Zagłębiu Ruhry przemiany rozpoczęły się pod koniec lat 50. U nas transformacja ma charakter gwałtowny, ale region znosi ją godnie i powoli wychodzi na prostą.

Dostrzegam potencjał i zmiany na lepsze, ale trudno nie zauważyć, że odcinamy kupony od dynamicznego rozwoju w XIX i I poł. XX w. Nasze atuty zawdzięczamy starszym pokoleniom. Musimy wypracować podstawę rozwoju na kolejne dziesięciolecia. Nie zawsze będziemy mogli spijać śmietankę po tym, co osiągnięto 100 lat temu.

Czy zaangażowanie władzy centralnej w rozwój Śląska jest mniejsze niż w rozwój innych regionów, czy może zaangażowanie jest nieproporcjonalne do wartości Śląska?

Władze centralne są daleko od problemów i zawłaszczają zbyt dużo uprawnień. Nie czują się zobowiązane do wykorzystywania środków, jakie spływają z regionów zgodnie z oczekiwaniami ich mieszkańców. Arogancja w przypadku Górnego Śląska jest szczególnie dotkliwa. Centralne planowanie odbierało możliwości pełnego rozwoju każdemu regionowi Polski, ale nam pozostały – wspomniane już – większe problemy związane z rabunkową eksploatacją.

Czy istnieją już jakieś konkrety odnośnie projektu aglomeracji śląskiej – konurbacji śląsko-dąbrowskiej – które mógłby pan pochwalić lub skrytykować? Felietonista Michał Smolorz napisał, że „z dotychczasowej debaty wylania się coś na kształt wspólnoty wodociągowo-kanalizacyjnej”.

Idea współpracy samorządów jest słuszna. Pan Michał Smolorz ma jednak rację, studząc zapał, gdyż niektórzy prezentują integrację jako uniwersalne remedium. Tymczasem ewentualny związek metropolitalny może jedynie pomóc w rozwiązywaniu przyziemnych, choć istotnych problemów. I jako taki jest potrzebny. Jestem natomiast zdecydowanym przeciwnikiem idei supermiasta. Powstałe w gabinetach polityków fantasmagorie są szkodliwe. Ludzie są przywiązani do swoich lokalnych tożsamości, co udowodniły podziały miast rozdmuchanych do rozmiaru balona w czasach PRL.

Młodzi ze Śląska

Śląska bohema

„Inspiracje”, 22.10.2007

– Dla przyszłego artysty Śląsk jest krainą wręcz pociągającą – uważa Janek, student ASP w Krakowie. – Pobyt w Krakowie pozwala mi spoglądać na nią z pewnego dystansu, przez co wydaje mi się, że jeszcze lepiej ją rozumiem. – Poznajcie młodych ze Śląska.

Koncert Zespołu Akordeonistów. Duża sala bogucickiego domu kultury, klimat jak w kronikach PRL-u. Kilkadziesiąt osób siedzi na składanych, równo ustawionych drewnianych krzesłach. Mają na sobie kurtki, bo tego zimnego wieczoru jest tu niewiele cieplej niż na dworze. Na scenie wykonawcy w tradycyjnych śląskich strojach prezentują ludową pieśń. Wśród nich jest Ala, ma 19 lat, szatynka o dużych ciemnych oczach z mocnym makijażem. Przed występem rozmawialiśmy o jej zainteresowaniu śląską kulturą.

– Nie mam śląskich korzeni, moi rodzice pochodzą z Podkarpacia – opowiada siedząc na ławce obok katowickiej Superjednostki. – W zespole śpiewam już od dziesięciu lat. Zaczęło się od tego, że chodziłam na lekcję gry na keyboardzie do obecnego kierownika zespołu, Stanisława Wodnickiego. Przez niego tu trafiłam. – Często występujecie? – Zależy od pory roku, bo w miesiącu mogą być trzy występy, ale może ich być dziesięć. Kiedy zbliżają się jakieś święta, np. Barbórka, to gramy częściej. Ale nie śpiewamy tylko śląskich pieśni, w repertuarze mamy też pieśni krakowskie, powstańcze i kolędy.

Przed kilkoma miesiącami Ala zdawała maturę. Na prezentację z polskiego wybrała sobie temat związany ze Śląskiem. Na podstawie wywiadu z mieszkańcem swojej miejscowości miała omówić cechy gwary śląskiej. – Znalazłam osobę do wywiadu, ale nigdzie nie było opracowań, sama musiałam dotrzeć do książek i wybrać najważniejsze rzeczy. Na egzamin przyszłam w śląskim stroju. – Jak wypadło? – Świetnie, dostałam 100%! Teraz studiuję anglistykę w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Tychach, a w przyszłości chciałabym być charakteryzatorką filmową i teatralną. W weekendy chodzę do szkoły kosmetycznej.

Kiedy pytam o idealnego polityka, Ala mówi, że musi spełniać swoje obietnice. – Jak mówią, że wybudują 3 mln mieszkań, to niech je wybudują... Dla mojego taty to oczywiste, że jak wybory, to trzeba głosować na prawicę. Też tak myślałam, ale jak sobie to przeanalizowałam, to okazało się, że nie jestem aż tak konserwatywna jak prawica. Kiedy mu powiedziałam, że zagłosuję na LiD, to myślałam, że zacznie mnie wyzywać od „małego komucha”, ale na szczęście przyjął to spokojnie!

Oblężona Twierdza


– Jest bardzo utalentowany. Rzeźba to jego pierwsza miłość – o Janku mówi mi Marta, jego koleżanka i studentka filozofii. – On nie mógł robić nic innego. – Biorę numer telefonu i dzwonię. Jest w Krakowie, bo studiuje tam na Akademii Sztuk Pięknych. Umawiamy się na kontakt przez e-mail, więc wysyłam listę pytań.

O Śląsk: – Jestem Ślązakiem i emocjonalnie czuję się bardzo związany z tym regionem. Dla przyszłego artysty jest to kraina wręcz pociągająca. Pobyt w Krakowie pozwala mi spoglądać na nią z pewnego dystansu, przez co wydaje mi się, że jeszcze lepiej ją rozumiem.

O I Międzynarodowe Triennale Rzeźby Plenerowej Katowice 2007, w którym Janek został wyróżniony za projekt „Oblężona Twierdza”: – Jest to bardzo ascetyczna kompozycja, składająca się z kilku elementów wykonanych ze stali oraz kamiennych głazów. – Janek przysyła zdjęcie swojej pracy. Widać kamienie zamknięte w bryle tworzonej przez metalową kratę. Robią wrażenie. – Tytuł pracy traktuję jako element kompozycyjny, bo ma on największe znaczenie dla ostatecznej formy. Przez swoje nienaturalne położenie kamienie wywołują u widza niepokój.

O plany na życie: – Przyszłość jest dla mnie jedną wielką niewiadomą. Planuję wyjechać za granicę na wymianę międzyuczelnianą. Mam też parę pomysłów na kolejne prace, które może uda mi się zrealizować.

O politykę: – Kiedyś miała dla mnie większe znaczenie. Obecnie nie posiadam telewizora, co sprawia, że siłą rzeczy oddalam się od tego tematu. Na pewno nie będę głosował na rządzącą obecnie partię, a sobie i wszystkim Polakom życzę takiego rządu, który będzie rządził dwie kadencje.

13 czerwca 2010

Dom Aniołów Stróżów. Pomoc dzieciom i młodzieży w Katowicach

Anielska cierpliwość

Rozszerzona wersja reportażu wyróżnionego w XVII Ogólnopolskim Konkursie na Reportaż Prasowy i Radiowy „Szukamy Mistrza Reportażu” pod patronatem Ryszarda Kapuścińskiego

"Śląsk", nr 3 (173)

"A skrzydła jego wielce szatańskie
Lecz choć on czarny toć anioł pański"

Wiesław Dymny, "Czarne Anioły"

Na początku lat 90. kilkunastu młodych ludzi ze Śląska dostrzegło na ulicach Katowic dzieci wąchające klej. Takich przypadków można było doliczyć się ponad setkę. Dzieci spotykały się w obskurnych domach, piwnicach i melinach. Nie miały oparcia w rodzinie. To dla nich powstało Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom i Młodzieży "Dom Aniołów Stróżów".

Święto Aniołów, 4 października 2009. Malowanie.

fot. archiwum Domu Aniołów Stróżów

I.

Adrian Kowalski, założyciel stowarzyszenia, często opowiada historię, która odmieniła jego życie. Jako kleryk organizował na dworcu kolejowym mszę dla bezdomnych. Zauważył, że do późna kręcą się tam dzieci, które od dawna powinny być w domu. Były pod wpływem środków odurzających, ale Adrian nie wiedział jakich. Nawiązał z nimi kontakt, bo zauważył, że coś jest nie tak. Czy chciały z nim rozmawiać? Kiedy przełamały barierę nieufności, zaczęły przychodzić do niego do seminarium. Nie odróżniały księdza od kleryka, dla nich był po prostu osobą w sutannie i kimś, kto się nimi interesował.

– Myślę, że to było dla nich fascynujące – mówi Monika Bajka, wiceprezes Stowarzyszenia. – Dzieci widziały, że był im równy, a na dodatek był z innego świata, był przeciwieństwem ich braku reguł i moralności.

Adrian spotkał wtedy Siwego, lokalnego przywódcę wykolejonej młodzieży. Siwy przyszedł do niego i zaproponował przejażdżkę po Katowicach. Dzieciak pokazał mu meliny, w których wąchało się klej i piło wódkę, nastolatki pracujące na ulicy i kanały, gdzie spali złodzieje. To był zupełnie inny świat od tego, który znał, to był szok. Czego Siwy chciał od Adriana?

– Zrozumienia – odpowiada Sławomir Wichary, członek stowarzyszenia. Jedyne, co potrafił wtedy zrobić Adrian, to uklęknąć i zmówić modlitwę, o której sam mówi, że była to jego modlitwa bezradności. Od tego się zaczęło i trwa do teraz.

II.

Do 1995 roku członkowie stowarzyszenia pracowali wyłącznie na ulicy.

– Spędziliśmy wiele godzin na nawiązaniu kontaktu z ludźmi – mówi Sławek. – Nastawiliśmy się na dialog. – Zaplecze pedagogiczne nabyli później. Najpierw kierowali się sercem. Dopiero na szkoleniach zdobyli wiedzę, która nie mogła jednak zastąpić serca. – Gdyby tak się stało, to przyjmując każde następne dziecko, traktowalibyśmy je jak numer ewidencyjny – dodaje.

Z czasem ich projekt pomocy, nazwany „Być”, wymagał stworzenia struktury, w której mógłby sprawnie funkcjonować. Sławek wspomina, jak wprowadzili się do swojej pierwszej siedziby: – Był nam potrzebny jakiś budynek, gdzie moglibyśmy się w ludzkich warunkach spotykać. W końcu dostaliśmy stare i zniszczone pomieszczenie przy ul. Andrzeja w Katowicach. Wchodząc do środka zapaliliśmy zapalniczkę i zmówiliśmy modlitwę do Aniołów Stróżów.

W 1995 roku obiekt został oddany im w opiekę i stąd wzięła się nazwa stowarzyszenia. Początkowo zajmowało się ono dziećmi i młodzieżą w różnym wieku. Po wielu doświadczeniach skoncentrowało się na starszych, bardziej zdemoralizowanych. Sytuacja wymusiła wtedy podjęcia się przez wychowawców intensywnych szkoleń. Adrian i Sławek zauważyli, że praca ze starszą młodzieżą jest mało efektywna. Nastawili się ostatecznie na profilaktykę. Próbują docierać do jak najmłodszych, aby zapobiec temu, co spotyka się u starszych.

7 maja 2010

Wywiad z Czesławem Mozilem

Czesław śpiewa pop

"Suplement", nr 3/2010

– Wieczorem młode dziewczyny i młodzi chłopcy, którzy wezmą sobie moją nową płytę do domu, będą siedzieć i słuchać – mówi Czesław Mozil, znany jako Czesław Śpiewa. – To uczucie jak wtedy, kiedy było się małym chłopczykiem i wracało do domu ze spowiedzi. Wysprzątanego, niedzielnego domu i czuło się czystym.


Ilustracja Moniki Kuczynieckiej

fot. Andrzej i Maciej Grabowscy

BK: Jesteś w trasie promocyjnej nowego albumu „Pop”. Twój grafik zapełniony jest do połowy maja. Musisz mieć dużo siły. Jadłeś porządne śniadanie?

Czesław Mozil: Nie zdążyłem, ale obudziłem się obok cudownej kobiety. Co może być lepszego niż to i mocna kawa? Nie mogę narzekać, sam zaproponowałem tę trasę wytwórni. Powiedziałem: „Mam wolne 13 dni, dajcie mi pieniądze na benzynę i obiady”. Zależy mi na wyjazdach. Kiedyś trudno było o wywiad, a teraz dziennikarze chcą ze mną rozmawiać. Lubię gadać i spotykać się z ludźmi. Może za 5 lat nie będzie już o mnie głośno.

BK: 12 kwietnia masz urodziny i tego samego dnia premierę ma twoja płyta. To prezent urodzinowy?

Plan był na kwiecień, a na premierę wybierane są poniedziałki. Sprawdziłem grafik i pomyślałem, że jeśli mam w poniedziałek urodziny, to fajnie byłoby to połączyć.

BK: Czego możemy się spodziewać po nowym albumie?

Tak, jak „Debiut” jest dla wielu gorszym albumem niż te, które nagrałem wcześniej z Tesco Value, tak ta płyta będzie uznawana za gorszą lub lepszą niż poprzednia. Spodziewam się różnych opinii. Granica między kiczem, a tym, co nazywamy sztuką, jest tak cienka i niebezpieczna, że nie mogę się tym przejmować. Bałem się, zanim wszedłem do studia, ale po pierwszym dniu wiedziałem, że ta płyta nie mogła być inna niż jest. Jest tam wszystko, co chciałem. Jestem z niej dumny. Tak samo oprawa graficzna, cały ten świat plasteliny.

BK: Mówisz, że grasz punk.

Gram punk, ale on jest stworzony prostą, słodką melodią. Chodzi o przekaz i podejście do grania. Zależy mi, żeby tego nie szufladkować. Nie posądzajmy płyty przez okładkę i nie posądzajmy muzyka, że ma przebój „Maszynka do świerkania”. Punk to nie tylko gitara i bębny. Nie jesteśmy w Jarocinie w latach 80. Chcę być rozrywką w sobotni wieczór. To jest moja praca i kocham ją. Kompleksy muszę pomieszać ze swoim ego, a mam 1,69 cm wzrostu, więc ego jest duże. Zastanawiam się, czy to, co robię, jest dobre, ale cieszę się, kiedy ktoś mi mówi, że moja muzyka go wzruszyła. Wtedy moja misja jest spełniona.