4 października 2010

Poświatowska. Reportaż dla przyjaciela

"Śląsk", nr 9 (179), fragmenty

[dla Marty]

„Poznałam takiego początkującego literata – przyprowadzili mi go do domu – ślepy od urodzenia prawie – domyśla się Pan, że to zrobiło na mnie wrażenie” – pisała Halina Poświatowska do aktora Jana Niwińskiego w 1957 roku.


W Yonkers w USA, 1958

fot. archiwum rodzinne

„Napisałam książkę, już dawno, trzy lata tamu, ale wyjdzie dopiero w tym roku. To nie te wiersze od Czytelnika. Tamta nazywa się Opowieść dla przyjaciela i jest tyle o mnie, co i o Tobie” – pisała do niewidomego literata w 1966 roku. Urodził się w Częstochowie, był jej rówieśnikiem i studiował polonistykę. Korespondencja między poetką a przyjacielem trwała do 1966 roku i była bardzo obfita – ponad sto listów. Autobiograficzna Opowieść została wydana rok później. – Aby opublikować Opowieść, trzeba było uzyskać od Komitetu Centralnego Partii „zgodę na wydanie puli papieru” – mówi Zbigniew Myga, brat poetki.

Rytm bijącego serca

„Portret Haliny Poświatowskiej? – wspomina w książce Marioli Pryzwan Zbigniew Myga. – 167 centymetrów wzrostu, zgrabna, ładna, fryzura różna: przed wyjazdem do Stanów długa, potem na ogół krótka, pod koniec życia taka za uszy. Nie była blondynką, nieprawda, miała kasztanowe włosy. Oczy zaś szare, ale mówiła, że zielone”. – Myślałem, że każda starsza siostra pisze wiersze – dodaje.

Urodziła się w 1935 roku w Częstochowie. Była najstarszym z trójki dzieci Stanisławy i Feliksa Mygów. Matka zajmowała się domem, kończy w tym roku 96 lat, a ojciec z zawodu był ślusarzem, zmarł w 1977 roku. W okresie walk o wyzwolenie Częstochowy dziewczynka spędziła z rodzicami trzy dni w piwnicy domu przy przy Alei Najświętszej Marii Panny. W konsekwencji rozchorowała się na anginę, która następnie spowodowała zapalenie stawów i powstanie wady serca. Z tej przyczyny niemal przez całe życie poetka często przebywała w szpitalach i sanatoriach.

W 1953 poznała Adolfa Poświatowskiego, również chorego na serce, studenta Szkoły Filmowej w Łodzi, zainteresowanego malarstwem i fotografią. Pobrali się rok później, jednak małżeństwo trwało niespełna dwa lata – mąż zmarł w Krakowie na atak serca.

Debiut

Profesor Akademii Medycznej w Krakowie, Julian Aleksandrowicz, poznał poetkę z Wisławą Szymborską i Stanisławem Grochowiakiem. – Profesor wiedział, że Halina pisze wiersze – mówi Zbigniew Myga. – Chciał zorganizować jej terapię zajęciową, aby nie nadwyrężała serca. Szymborska miała o jej wierszach rewelacyjne opinie. Halina podbudowana opinią krakowskich poetów zaczęła nad sobą pracować. – Po latach, kiedy Halina zamieszkała w Krakowie, poetki zostały sąsiadkami, mieszkały w kamienicy przy ul. Krupniczej. Poświatowska debiutowała w 1956 roku w Gazecie Częstochowskiej. W 1957 roku przyszła noblistka podarowała poetce wydanie swoich wierszy Wołanie do Yeti. Znajduje się tam dedykacja: „Halinie Poświatowskiej z przyjaźnią i życzeniami, aby jak najprędzej wydała własny tomik”. W rok później Halina wydała swój pierwszy tomik wierszy – Hymn bałwochwalczy.

„Jej warsztatem pracy było rozgrzebane łóżko – wspomina Zbigniew Myga. – Pisała, siedząc obłożona poduszkami. Długopis w ręce, jakaś książka, słownik. Woziła ze sobą całą bibliotekę. Tu pisała swoją pracę doktorską. Pisała też wiersze. Ten proces twórczy wyglądał niepozornie. W pewnym momencie smarowała coś na kartce i mówiła: – Mamci, napisałam wierszyk. – Mama siadała do maszyny. Wystukiwała wiersz, rano wysyłała i za tydzień był już w Życiu Literackim”.

20 czerwca 2010

Cztery historie z Nikiszowca

„Suplement”, nr 3/2009

Stowarzyszenie Twórców Niezależnych AFA przy współpracy z Uniwersytetem Śląskim zrealizowało projekt „Ja-Przestrzeń. Próba oswojenia”. Organizatorzy opowiedzieli o katowickim osiedlu za pomocą spektaklu, fotografii, wystawy, video-artu i instalacji. Premiera miała miejsce 28 marca 2009 roku w Szybie Wilson. Fotografie można było oglądać do 16 kwietnia oraz podczas Festiwalu Nauki UŚ wraz z video-artem. O projekcie opowiadają jego twórcy.

fot. Karolina Sobel

Skąd pomysł na projekt?

Marek Nowara: Inspiracją byt Nikiszowiec, symbol śląskiej kultury, jego architektura i mieszkańcy. Autorki projektu, Natalia Pasierbek i Mariola Sołtysik, chciały ukazać to miejsce poprzez biografię mieszkańców. Skonfrontowaliśmy dwa obrazy dzielnicy: ten, który zniknął i współczesny. Projekt był gotowy we wrześniu. Intensywne prace trwały trzy miesiące.

Co jest wyjątkowego w Nikiszowcu?

Mariola Sołtysik: Przez ostatni rok dzięki przeprowadzonym wywiadom mogłam poznać losy mieszkańców. Nikiszowiec zachwycił mnie historią i klimatem, ale przede wszystkim życiem społecznym.

Instalacja dotyczyła siły kobiety. Poprzez rzeźbę pragnęliście skłonić do refleksji nad fundamentem śląskiej kultury. Co nim jest?

Marek Nowara: Rola kobiety jest ważna. Jednak nie można zapominać o pracy, rodzinie, religii, a także o postępie, nowoczesności, dynamizmie.

Określiliście przedsięwzięcie jako „kulturalno-naukowe”. Co to oznacza?

Mariola Sołtysik: Wywiady do video-artu zostały przeprowadzone zgodnie z metodologią badań pedagogicznych za pomocą wywiadu narracyjnego, co pozwoliło nam na poznanie przeszłości bohaterek, ściśle powiązanych nie tylko z dziejami dzielnicy, ale też z dziejami naszego narodu.

Jak wygląda proces tworzenia video-artu?


Marek Kapa: Robię przypadkowe zdjęcia albo nagrywam film. Później obrabiam to w domu i synchronizuję z muzyką.

O czym opowiadali bohaterowie spektaklu „Cztery historie z Nikiszowca”?


Natalia Pasierbek: Aktorzy-amatorzy, mieszkańcy Nikiszowca, opowiedzieli historie ze swojego życia. Pani Ewelina mówiła o dziecięcych zabawach w ogrodzie, o bliskości, która kontrastuje z dzisiejszą wielkomiejską anonimowością i o tym, że z nadejściem „wielkiej płyty” Giszowiec i Nikiszowiec utraciły część magii. Pani Barbara opowiedziała historię pierwszego na Nikiszowcu projektora filmowego i o pierwszej wizycie w miejscowym kinie Słońce. Pan Rudolf mówił o poszukiwaniach przyszłej żony na Giszowcu i ciężkiej pracy pod ziemią. Pan Zdzisław opowiedział o kontraście między światem dziecka i górnika.

Studiujesz pedagogikę. Jesteś autorką scenografii do dwóch spektakli. Skąd zainteresowanie teatrem?


Natalia Pasierbek: Pedagogika to spotkanie z człowiekiem. Takim spotkaniem jest teatr. Praca nad spektaklem wymaga wyjścia poza siebie i pozbycia się uprzedzeń.

Skąd zainteresowanie Karoliny i Radka fotografią?

Karolina Sobel: Studiuję turystykę i język niemiecki, ale fotografia angażuje coraz więcej ludzi. Zainteresowanie pojawiło się u mnie przed wybraniem studiów. Świadome zdjęcia robię od 4 lat. Obecnie zgłębiam wiedzę samodzielnie i w studium fotograficznym. Poznałam urok fotografii tradycyjnej i założyłam w domu ciemnię.

Wywiad z muzykiem Generała Stilwella

Powrót legendy

„Suplement”, nr 5/2007

Rozmowa z Markiem „Dżałówą” Jałowieckim, liderem zespołu Delons, a w latach 1986-1993 grupy Generał Stilwell, jednego z pierwszych gitarowych zespołów w Polsce, reaktywowanego specjalnie na występ podczas Off Festivalu 2007.


Koncert Generała Stilwella podczas Off Festivalu

fot. BK

Skąd pomysł na reaktywację?

To był pomysł Artura Rojka. My byśmy na to nie wpadli. Od czerwca graliśmy po dwie próby tygodniowo. Mieliśmy być wydarzeniem, a okazało się, że mamy grać o 15.00. Powiedziałem Rojkowi, że nie gramy o tej godzinie. Ostatecznie zagraliśmy o 16.30. Nie ukrywam, że chciałbym zagrać ponad godzinny koncert w nocy. Dopiero po godzinie się rozkręcam. Teraz ledwo zdążyliśmy zagrać „Adriana Nemeca”, a bardzo chciałem zagrać tą piosenkę.

Zastanawiałem się, czy będziecie w stanie wykrzesać z siebie trochę młodzieńczej energii sprzed lat.
Te piosenki są dla mnie bardzo mysłowickie. Dobrałem je pod kątem tekstów. Kiedyś wiele moich tekstów było grafomańskich. Chciałem, żeby były aktualne. Nie wiedziałem, jak to wypadnie, kiedy będę jako czterdziestolatek śpiewał to, co napisałem jako osiemnastolatek, lecz wytworzyła się wspaniała atmosfera.

Jak oceniasz koncert?

Mam go nagrany na dyktafonie i kiedy go słucham, chce mi się płakać. Nie spodziewałem się, że przyjdzie tyle znajomych twarzy. Koncert spotkał się z niesamowitym entuzjazmem. Bardzo dobrze się bawiłem. Ludzie podchodzą do mnie i mówią, że było fantastycznie, a bałem się, że przyjdzie loża szyderców i będzie krytykować.

Cieszę się, że mogłem przy tej okazji pobyć wśród fajnych ludzi, którzy nie mają na co dzień do czynienia z muzyką i pogadać na różne fajne tematy. Janek, nasz basista, nie grał od 15 lat, a kiedy do niego zadzwoniłem, to na próbę przyszedł co do minuty. On cieszył się, że może grać. Cieszył się nawet z tego, że dostał identyfikator.

Czy ten koncert to tylko jednorazowe przedsięwzięcie?

Jesienią nagramy te piosenki w studiu, żebyś mógł je sobie zabrać do samochodu. Nie chodzi o nic poważnego. Chcemy po prostu nadać temu stereofoniczne brzmienie. Nagrywanie w studiu uzależniliśmy od przyjęcia na koncercie, a było ono bardzo dobre. Póki co, chcę teraz trochę odpocząć i uporządkować sprawy osobiste, bo od stycznia byłem muzycznie bardzo zapracowany.

BK

Wywiad z przewodniczącym Ruchu Autonomii Śląska

„Suplement”, nr 4/2007

- Dostrzegam na Śląsku potencjał i zmiany na lepsze, ale nasze atuty zawdzięczamy starszym pokoleniom – mówi dr Jerzy Gorzelik, historyk i pracownik Uniwersytetu Śląskiego oraz przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska. – Nie zawsze będziemy mogli spijać śmietankę po tym, co osiągnięto 100 lat temu.


fot. BP Tomasz Żak

Czy pana wkurza Śląsk?

W mniejszym stopniu niż fascynuje, ale zdarza się, że tak.

Kazimierz Kutz określa Śląsk jako „perlę w koronie” i „sól ziemi czarnej”. Często podkreśla, że jest on dzisiaj rozkradany i traktowany po macoszemu. Czy tak jest?

Kazimierz Kutz należy do pokolenia, które było świadkiem dewastacji Górnego Śląska. Region został sprowadzony do rezerwuaru taniej siły roboczej. Hurtowo eksploatowano surowce naturalne, doprowadzając tę ziemię do ekologicznej katastrofy. Dzisiaj nie można z Górnego Śląska czerpać takimi garściami jak przez ostatnie pół wieku. Jednak wciąż jest to ziemia, która często nie może mówić własnym głosem. Ale przyczyny są inne niż przed rokiem 1989 – wtedy był to odgórny zakaz, a dzisiaj strach, który pozostał po tamtych czasach i zwykły marazm.

Czy rozkradanie i traktowanie po macoszemu Śląska nie jest przypadkiem mylone z mniejszym zapotrzebowaniem na hutnictwo i górnictwo, na których opierało się bogactwo tego regionu w przeszłości?


To jest jedna z przyczyn kryzysu, ale problem tkwi w tym, że region zastygł w anachronicznej formie gospodarczej. Wynika to z centralnego planowania w czasach PRL. Weszliśmy w nową rzeczywistość po roku 1989 z bagażem zapóźnień ostatnich kilkudziesięciu lat. W Zagłębiu Ruhry przemiany rozpoczęły się pod koniec lat 50. U nas transformacja ma charakter gwałtowny, ale region znosi ją godnie i powoli wychodzi na prostą.

Dostrzegam potencjał i zmiany na lepsze, ale trudno nie zauważyć, że odcinamy kupony od dynamicznego rozwoju w XIX i I poł. XX w. Nasze atuty zawdzięczamy starszym pokoleniom. Musimy wypracować podstawę rozwoju na kolejne dziesięciolecia. Nie zawsze będziemy mogli spijać śmietankę po tym, co osiągnięto 100 lat temu.

Czy zaangażowanie władzy centralnej w rozwój Śląska jest mniejsze niż w rozwój innych regionów, czy może zaangażowanie jest nieproporcjonalne do wartości Śląska?

Władze centralne są daleko od problemów i zawłaszczają zbyt dużo uprawnień. Nie czują się zobowiązane do wykorzystywania środków, jakie spływają z regionów zgodnie z oczekiwaniami ich mieszkańców. Arogancja w przypadku Górnego Śląska jest szczególnie dotkliwa. Centralne planowanie odbierało możliwości pełnego rozwoju każdemu regionowi Polski, ale nam pozostały – wspomniane już – większe problemy związane z rabunkową eksploatacją.

Czy istnieją już jakieś konkrety odnośnie projektu aglomeracji śląskiej – konurbacji śląsko-dąbrowskiej – które mógłby pan pochwalić lub skrytykować? Felietonista Michał Smolorz napisał, że „z dotychczasowej debaty wylania się coś na kształt wspólnoty wodociągowo-kanalizacyjnej”.

Idea współpracy samorządów jest słuszna. Pan Michał Smolorz ma jednak rację, studząc zapał, gdyż niektórzy prezentują integrację jako uniwersalne remedium. Tymczasem ewentualny związek metropolitalny może jedynie pomóc w rozwiązywaniu przyziemnych, choć istotnych problemów. I jako taki jest potrzebny. Jestem natomiast zdecydowanym przeciwnikiem idei supermiasta. Powstałe w gabinetach polityków fantasmagorie są szkodliwe. Ludzie są przywiązani do swoich lokalnych tożsamości, co udowodniły podziały miast rozdmuchanych do rozmiaru balona w czasach PRL.

Młodzi ze Śląska

Śląska bohema

„Inspiracje”, 22.10.2007

– Dla przyszłego artysty Śląsk jest krainą wręcz pociągającą – uważa Janek, student ASP w Krakowie. – Pobyt w Krakowie pozwala mi spoglądać na nią z pewnego dystansu, przez co wydaje mi się, że jeszcze lepiej ją rozumiem. – Poznajcie młodych ze Śląska.

Koncert Zespołu Akordeonistów. Duża sala bogucickiego domu kultury, klimat jak w kronikach PRL-u. Kilkadziesiąt osób siedzi na składanych, równo ustawionych drewnianych krzesłach. Mają na sobie kurtki, bo tego zimnego wieczoru jest tu niewiele cieplej niż na dworze. Na scenie wykonawcy w tradycyjnych śląskich strojach prezentują ludową pieśń. Wśród nich jest Ala, ma 19 lat, szatynka o dużych ciemnych oczach z mocnym makijażem. Przed występem rozmawialiśmy o jej zainteresowaniu śląską kulturą.

– Nie mam śląskich korzeni, moi rodzice pochodzą z Podkarpacia – opowiada siedząc na ławce obok katowickiej Superjednostki. – W zespole śpiewam już od dziesięciu lat. Zaczęło się od tego, że chodziłam na lekcję gry na keyboardzie do obecnego kierownika zespołu, Stanisława Wodnickiego. Przez niego tu trafiłam. – Często występujecie? – Zależy od pory roku, bo w miesiącu mogą być trzy występy, ale może ich być dziesięć. Kiedy zbliżają się jakieś święta, np. Barbórka, to gramy częściej. Ale nie śpiewamy tylko śląskich pieśni, w repertuarze mamy też pieśni krakowskie, powstańcze i kolędy.

Przed kilkoma miesiącami Ala zdawała maturę. Na prezentację z polskiego wybrała sobie temat związany ze Śląskiem. Na podstawie wywiadu z mieszkańcem swojej miejscowości miała omówić cechy gwary śląskiej. – Znalazłam osobę do wywiadu, ale nigdzie nie było opracowań, sama musiałam dotrzeć do książek i wybrać najważniejsze rzeczy. Na egzamin przyszłam w śląskim stroju. – Jak wypadło? – Świetnie, dostałam 100%! Teraz studiuję anglistykę w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Tychach, a w przyszłości chciałabym być charakteryzatorką filmową i teatralną. W weekendy chodzę do szkoły kosmetycznej.

Kiedy pytam o idealnego polityka, Ala mówi, że musi spełniać swoje obietnice. – Jak mówią, że wybudują 3 mln mieszkań, to niech je wybudują... Dla mojego taty to oczywiste, że jak wybory, to trzeba głosować na prawicę. Też tak myślałam, ale jak sobie to przeanalizowałam, to okazało się, że nie jestem aż tak konserwatywna jak prawica. Kiedy mu powiedziałam, że zagłosuję na LiD, to myślałam, że zacznie mnie wyzywać od „małego komucha”, ale na szczęście przyjął to spokojnie!

Oblężona Twierdza


– Jest bardzo utalentowany. Rzeźba to jego pierwsza miłość – o Janku mówi mi Marta, jego koleżanka i studentka filozofii. – On nie mógł robić nic innego. – Biorę numer telefonu i dzwonię. Jest w Krakowie, bo studiuje tam na Akademii Sztuk Pięknych. Umawiamy się na kontakt przez e-mail, więc wysyłam listę pytań.

O Śląsk: – Jestem Ślązakiem i emocjonalnie czuję się bardzo związany z tym regionem. Dla przyszłego artysty jest to kraina wręcz pociągająca. Pobyt w Krakowie pozwala mi spoglądać na nią z pewnego dystansu, przez co wydaje mi się, że jeszcze lepiej ją rozumiem.

O I Międzynarodowe Triennale Rzeźby Plenerowej Katowice 2007, w którym Janek został wyróżniony za projekt „Oblężona Twierdza”: – Jest to bardzo ascetyczna kompozycja, składająca się z kilku elementów wykonanych ze stali oraz kamiennych głazów. – Janek przysyła zdjęcie swojej pracy. Widać kamienie zamknięte w bryle tworzonej przez metalową kratę. Robią wrażenie. – Tytuł pracy traktuję jako element kompozycyjny, bo ma on największe znaczenie dla ostatecznej formy. Przez swoje nienaturalne położenie kamienie wywołują u widza niepokój.

O plany na życie: – Przyszłość jest dla mnie jedną wielką niewiadomą. Planuję wyjechać za granicę na wymianę międzyuczelnianą. Mam też parę pomysłów na kolejne prace, które może uda mi się zrealizować.

O politykę: – Kiedyś miała dla mnie większe znaczenie. Obecnie nie posiadam telewizora, co sprawia, że siłą rzeczy oddalam się od tego tematu. Na pewno nie będę głosował na rządzącą obecnie partię, a sobie i wszystkim Polakom życzę takiego rządu, który będzie rządził dwie kadencje.

13 czerwca 2010

Dom Aniołów Stróżów. Pomoc dzieciom i młodzieży w Katowicach

Anielska cierpliwość

Rozszerzona wersja reportażu wyróżnionego w XVII Ogólnopolskim Konkursie na Reportaż Prasowy i Radiowy „Szukamy Mistrza Reportażu” pod patronatem Ryszarda Kapuścińskiego

"Śląsk", nr 3 (173)

"A skrzydła jego wielce szatańskie
Lecz choć on czarny toć anioł pański"

Wiesław Dymny, "Czarne Anioły"

Na początku lat 90. kilkunastu młodych ludzi ze Śląska dostrzegło na ulicach Katowic dzieci wąchające klej. Takich przypadków można było doliczyć się ponad setkę. Dzieci spotykały się w obskurnych domach, piwnicach i melinach. Nie miały oparcia w rodzinie. To dla nich powstało Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom i Młodzieży "Dom Aniołów Stróżów".

Święto Aniołów, 4 października 2009. Malowanie.

fot. archiwum Domu Aniołów Stróżów

I.

Adrian Kowalski, założyciel stowarzyszenia, często opowiada historię, która odmieniła jego życie. Jako kleryk organizował na dworcu kolejowym mszę dla bezdomnych. Zauważył, że do późna kręcą się tam dzieci, które od dawna powinny być w domu. Były pod wpływem środków odurzających, ale Adrian nie wiedział jakich. Nawiązał z nimi kontakt, bo zauważył, że coś jest nie tak. Czy chciały z nim rozmawiać? Kiedy przełamały barierę nieufności, zaczęły przychodzić do niego do seminarium. Nie odróżniały księdza od kleryka, dla nich był po prostu osobą w sutannie i kimś, kto się nimi interesował.

– Myślę, że to było dla nich fascynujące – mówi Monika Bajka, wiceprezes Stowarzyszenia. – Dzieci widziały, że był im równy, a na dodatek był z innego świata, był przeciwieństwem ich braku reguł i moralności.

Adrian spotkał wtedy Siwego, lokalnego przywódcę wykolejonej młodzieży. Siwy przyszedł do niego i zaproponował przejażdżkę po Katowicach. Dzieciak pokazał mu meliny, w których wąchało się klej i piło wódkę, nastolatki pracujące na ulicy i kanały, gdzie spali złodzieje. To był zupełnie inny świat od tego, który znał, to był szok. Czego Siwy chciał od Adriana?

– Zrozumienia – odpowiada Sławomir Wichary, członek stowarzyszenia. Jedyne, co potrafił wtedy zrobić Adrian, to uklęknąć i zmówić modlitwę, o której sam mówi, że była to jego modlitwa bezradności. Od tego się zaczęło i trwa do teraz.

II.

Do 1995 roku członkowie stowarzyszenia pracowali wyłącznie na ulicy.

– Spędziliśmy wiele godzin na nawiązaniu kontaktu z ludźmi – mówi Sławek. – Nastawiliśmy się na dialog. – Zaplecze pedagogiczne nabyli później. Najpierw kierowali się sercem. Dopiero na szkoleniach zdobyli wiedzę, która nie mogła jednak zastąpić serca. – Gdyby tak się stało, to przyjmując każde następne dziecko, traktowalibyśmy je jak numer ewidencyjny – dodaje.

Z czasem ich projekt pomocy, nazwany „Być”, wymagał stworzenia struktury, w której mógłby sprawnie funkcjonować. Sławek wspomina, jak wprowadzili się do swojej pierwszej siedziby: – Był nam potrzebny jakiś budynek, gdzie moglibyśmy się w ludzkich warunkach spotykać. W końcu dostaliśmy stare i zniszczone pomieszczenie przy ul. Andrzeja w Katowicach. Wchodząc do środka zapaliliśmy zapalniczkę i zmówiliśmy modlitwę do Aniołów Stróżów.

W 1995 roku obiekt został oddany im w opiekę i stąd wzięła się nazwa stowarzyszenia. Początkowo zajmowało się ono dziećmi i młodzieżą w różnym wieku. Po wielu doświadczeniach skoncentrowało się na starszych, bardziej zdemoralizowanych. Sytuacja wymusiła wtedy podjęcia się przez wychowawców intensywnych szkoleń. Adrian i Sławek zauważyli, że praca ze starszą młodzieżą jest mało efektywna. Nastawili się ostatecznie na profilaktykę. Próbują docierać do jak najmłodszych, aby zapobiec temu, co spotyka się u starszych.

7 maja 2010

Wywiad z Czesławem Mozilem

Czesław śpiewa pop

"Suplement", nr 3/2010

– Wieczorem młode dziewczyny i młodzi chłopcy, którzy wezmą sobie moją nową płytę do domu, będą siedzieć i słuchać – mówi Czesław Mozil, znany jako Czesław Śpiewa. – To uczucie jak wtedy, kiedy było się małym chłopczykiem i wracało do domu ze spowiedzi. Wysprzątanego, niedzielnego domu i czuło się czystym.


Ilustracja Moniki Kuczynieckiej

fot. Andrzej i Maciej Grabowscy

BK: Jesteś w trasie promocyjnej nowego albumu „Pop”. Twój grafik zapełniony jest do połowy maja. Musisz mieć dużo siły. Jadłeś porządne śniadanie?

Czesław Mozil: Nie zdążyłem, ale obudziłem się obok cudownej kobiety. Co może być lepszego niż to i mocna kawa? Nie mogę narzekać, sam zaproponowałem tę trasę wytwórni. Powiedziałem: „Mam wolne 13 dni, dajcie mi pieniądze na benzynę i obiady”. Zależy mi na wyjazdach. Kiedyś trudno było o wywiad, a teraz dziennikarze chcą ze mną rozmawiać. Lubię gadać i spotykać się z ludźmi. Może za 5 lat nie będzie już o mnie głośno.

BK: 12 kwietnia masz urodziny i tego samego dnia premierę ma twoja płyta. To prezent urodzinowy?

Plan był na kwiecień, a na premierę wybierane są poniedziałki. Sprawdziłem grafik i pomyślałem, że jeśli mam w poniedziałek urodziny, to fajnie byłoby to połączyć.

BK: Czego możemy się spodziewać po nowym albumie?

Tak, jak „Debiut” jest dla wielu gorszym albumem niż te, które nagrałem wcześniej z Tesco Value, tak ta płyta będzie uznawana za gorszą lub lepszą niż poprzednia. Spodziewam się różnych opinii. Granica między kiczem, a tym, co nazywamy sztuką, jest tak cienka i niebezpieczna, że nie mogę się tym przejmować. Bałem się, zanim wszedłem do studia, ale po pierwszym dniu wiedziałem, że ta płyta nie mogła być inna niż jest. Jest tam wszystko, co chciałem. Jestem z niej dumny. Tak samo oprawa graficzna, cały ten świat plasteliny.

BK: Mówisz, że grasz punk.

Gram punk, ale on jest stworzony prostą, słodką melodią. Chodzi o przekaz i podejście do grania. Zależy mi, żeby tego nie szufladkować. Nie posądzajmy płyty przez okładkę i nie posądzajmy muzyka, że ma przebój „Maszynka do świerkania”. Punk to nie tylko gitara i bębny. Nie jesteśmy w Jarocinie w latach 80. Chcę być rozrywką w sobotni wieczór. To jest moja praca i kocham ją. Kompleksy muszę pomieszać ze swoim ego, a mam 1,69 cm wzrostu, więc ego jest duże. Zastanawiam się, czy to, co robię, jest dobre, ale cieszę się, kiedy ktoś mi mówi, że moja muzyka go wzruszyła. Wtedy moja misja jest spełniona.

1 maja 2010

Dziennikarstwo interwencyjne

„Inspiracje”, 23.10.2006

Za kurtyną mass mediów istnieje teatralny świat, tak różnorodny, jak różne bywają teatry. Są tam szukający aktualności dziennikarze, opracowujący materiał redaktorzy i opisujący świat reporterzy. W innym miejscu kręcą się komentujący wydarzenia publicyści, wydający oceny krytycy bądź też elokwentni telewizyjni spikerzy. Teatralna garderoba jest duża i swoje miejsce ma tam również dziennikarstwo interwencyjne.


Sygnał

– Zawsze dostajemy informację, że coś się dzieje, ktoś do nas przychodzi – Sylwestra Strzałkowskiego, szefa newsroomu Radia eM w Katowicach, zastałem przy pracy nad kolejnym serwisem informacyjnym. Szczupły brunet, zarost, serdeczny uśmiech. Zapewnia, że rozgłośnia jest bardziej edukacyjna niż interwencyjna, z założenia bez sensacji: – Robimy raczej reportaże, tym niemniej duża część emitowanych materiałów jest pokrewna interwencjom.

W mediach istnieje wiele programów, audycji i rubryk przeznaczonych na materiały interwencyjne. Telewizja Polska emituje „Ekspres Reporterów” w TVP 2, „Ludzi i Sprawy” zobaczymy w Telewizji Katowice, a o „Waszych Sprawach” przeczytamy w „Dzienniku Zachodnim”. W „Dużym Formacie”, poniedziałkowym dodatku do „Gazety Wyborczej”, ruszył właśnie nowy dział „Interwencje”.

Czym jest interwencja? Sylwester mówi bez wahania: – To reakcja na biedę. Przypominam sobie reportaż Lidii Dudy z Telewizji Katowice, „Herkules”. Chłopiec przysłał list, w którym opisał trudną sytuacje materialną w swojej rodzinie i biedne, patologiczne środowisko w Bytomiu. Jego mama z trudem zarabiała na życie. Wtedy pojawiła się reporterka Telewizji Katowice i dla tej rodziny znalazła się pomoc.

Interwencje mogą zaczynać się od takiego właśnie listu. Następnie robi się dokumentację i szuka drugiej strony konfliktu. Zgłoszenie tematu nie oznacza jednak od razu potraktowania go jako interwencji: – Ludzie często nie mają racji, kiedy do nas przychodzą – Katarzyna Wolnik jest dziennikarką interwencyjną działu „Wasze Sprawy”. Trzymając wczorajsze wydanie „Dziennika Zachodniego” pokazuje w nim swój ostatni tekst o mężczyźnie, który znalazł się w trudnej sytuacji materialnej: – Kiedy jadę do kogoś zebrać materiał, nie zawsze wiem, co z tym zrobię, czy będzie to reportaż, interwencja czy zwykły artykuł. Tak było w tym przypadku.

W „Dzienniku Zachodnim” obowiązuje zasada, że warunkiem interwencji jest opublikowanie zdjęcia i nazwiska osoby, której tekst dotyczy. Ponadto, co ważne i praktyczne dla czytelników, w publikacji zawsze podana jest informacja, jak radzić sobie w podobnych sytuacjach.

Co można osiągnąć?

Skutki interwencji dziennikarskich malują się w różnych odcieniach szarości. Jednym razem materiał o dzieciach z domów dziecka pomoże w znalezieniu rodziny zastępczej, a innym razem publikacja na temat skorumpowanego polityka czy niekompetentnego urzędnika będzie miała efekt w postaci procesu sądowego, bądź też utraty przez niego stanowiska. Dzieje się tak, pomimo iż dana osoba godzi się na publikację swojego nazwiska, zdjęcia czy materiału wideo. Fotograf lub operator kamery za każdym razem muszą mieć na to pozwolenie. – Robiliśmy kiedyś materiał o dwóch mężczyznach z Bytomia – mówi Sylwester. – Był to ojciec z synem. Chodziło o to, że ojca wyrzuciła z domu żona i we dwoje zamieszkali na działce. Była zima i pamiętam, że wykuli studnię w lodzie, bo nie mieli skąd brać wody. To był ciekawy materiał, ale kiedy już ich nagraliśmy, nie zgodzili się na emisję.

30 kwietnia 2010

Wywiad z laureatką Studenckiego Festiwalu Piosenki

Piosenka literacka mówi mądre rzeczy

Rozmowa z Dominiką Barabas z Lądka Zdroju (19 lat), zwyciężczynią 44. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. Przed laty objawili się tam m.in. Ewa Demarczyk, Marek Grechuta, Maryla Rodowicz i Grzegorz Turnau.

fot. archiwum Dominiki Barabas

Poprzedni rok – 2008 – był dla ciebie bardzo pracowity.

Owszem. Od lipca zaczęłam jeździć na festiwale.

Którą ze zdobytych przez ciebie nagród uważasz za najbardziej wartościową?

Są dwie równorzędne – 1 nagroda na festiwalu w Krakowie i nagroda im. Wojciecha Bellona. To są dla mnie duże wyróżnienia. Ostatnio grand prix międzynarodowego festiwalu OPPA w Warszawie.

Trochę zarobiłaś na tych nagrodach. Odłożyłaś to sobie, czy już wydałaś?

Pieniądze raczej się mnie nie trzymają. Dużo wydaję na instrumenty i rzeczy związane z muzyką. Wydaję też na podróże, bo co trzy dni jestem w innym mieście u innych osób. Pomaganie ludziom też pożera finanse. Pracuję po to, żeby wydawać, ale chyba o to chodzi.

Czy myślisz, że nagroda na festiwalu w Krakowie będzie twoją furtką do kariery?

To na pewno coś pomogło, ale przede mną jeszcze dużo pracy. Nagrodą festiwalu OPPA było nagranie płyty. Zaczęliśmy już, ale jest to bardzo męczące, dlatego myślę, że moja ścieżka będzie trudna i nie zawsze obfita w sukcesy, ale jestem dobrej myśli.

Piosenka studencka nie jest już chyba tak popularna jak kiedyś.

Jest gatunkiem niszowym, ale razem z kilkoma osobami mamy duży plan, żeby to zmienić. Tam się mówi mądre rzeczy i kładzie się nacisk na tekst, dlatego uważam, że piosenka studencka powinna być bardziej popularna.

Kogo masz na myśli mówiąc „my"?


Mam na myśli ludzi czynnie działających w piosence literackiej. Staramy się, żeby ten nurt wyszedł poza nasze zamknięte grono.

Wywiad z Jerzym Stuhrem

„Inspiracje”, 24.10.2005, fragmenty

Współczesne kino jest przedmiotem żywej dyskusji zarówno wśród młodych, jak i starszych kinomanów. Na pytania dotyczące problemów współczesnego kina odpowiada Jerzy Stuhr, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów i reżyserów, rektor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie.

fot. BK

Znajomy absolwent katowickiej filmówki powiedział mi, że we współczesnym polskim kinie brakuje albo pieniędzy, albo scenariuszy i dlatego tryumfuje kino offowe. Każdy może chwycić za kamerę i robić, co mu się podoba. „Pręgi”, „Edi”, „Cześć, Tereska” odniosły sukces. Czy wyższa popularność takich filmów świadczy o sukcesie, czy kryzysie polskiej kinematografii?

To pytanie ma dwa oblicza. Z jednej strony niezwykłe ważnym elementem są narodziny kina offowego, powstałego nie tylko z kryzysu, ale również z łatwości dostępu do kamery. Każdy ma dostęp do sprzętu, który może dać profesjonalną jakość obrazu. Offowe kino zawsze musi być uzupełnieniem oficjalnego nurtu. Czasem może go wyprzedzać i stać się awangardą, jak często dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Tam wyznacza ono mody, które przejmuje kino oficjalne. Kariera Jarmuscha lub duńskich artystów skupionych wokół Dogmy są tego najlepszym przykładem.

Źle się dzieje, jeśli takie kino wypełnia lukę, którą tworzy kino oficjalne. U nas te proporcje się zachwiały, chociaż pomimo to powstaje w naszym kraju ok. 15 filmów oficjalnego nurtu rocznie. Taka ilość chyba wystarczy.

Kino offowe istnieje na zachodzie i w Ameryce od kilkudziesięciu lat, a u nas pojawia się teraz. Czy to oznacza zaściankowość polskich filmów?

Nazwałbym to luką i nadrabianiem chaosu twórczego lat 90. Wtedy starsze środowisko filmowe zgłupiało, bo zabrakło mecenasa państwowego, z którym borykali się cenzuralnie – nie finansowo. Filmu nie można już było zrobić od razu. Dawniej minister dawał na to pieniądze, a teraz nie. Drugim problemem był strach, że ludzie nie pójdą do kin, więc zaczęto myśleć jak Amerykanie. Powstała seria nieautentycznych filmów. Polskie kino straciło wyraźną twarz, widzianą z zewnątrz. Odrodzenie pojawiło się pod koniec lat 90.

Obecnie nowe pokolenie wie, jakie chce robić filmy. Niestety, ci, którzy dają na te produkcje pieniądze, jeszcze w nich nie uwierzyli. Poza tym sytuacja kina światowego się zmieniła. Jest ono w głębokiej rozterce, co zauważam podróżując po świecie.

Wspomniał pan, że „dopóki młodzi filmowcy nie poprawią strony technicznej swoich prac, trudno im będzie dostać się na wielkie ekrany”. Co złego pod względem technicznym jest w polskich produkcjach?


Wielkie ekrany to dla mnie ekrany światowe. Zweryfikowałbym to zdanie, bo zauważam coraz więcej taniochy i publiczności, która zaczyna się przyzwyczajać np. do filmów kręconych kamerą cyfrową, a nawet woli je od filmów robionych na normalnej taśmie celuloidowej. Nie przeszkadza jej ziarnistość i strona techniczna, która jest nie do zaakceptowania przez profesjonalistów.