7 maja 2010

Wywiad z Czesławem Mozilem

Czesław śpiewa pop

"Suplement", nr 3/2010

– Wieczorem młode dziewczyny i młodzi chłopcy, którzy wezmą sobie moją nową płytę do domu, będą siedzieć i słuchać – mówi Czesław Mozil, znany jako Czesław Śpiewa. – To uczucie jak wtedy, kiedy było się małym chłopczykiem i wracało do domu ze spowiedzi. Wysprzątanego, niedzielnego domu i czuło się czystym.


Ilustracja Moniki Kuczynieckiej

fot. Andrzej i Maciej Grabowscy

BK: Jesteś w trasie promocyjnej nowego albumu „Pop”. Twój grafik zapełniony jest do połowy maja. Musisz mieć dużo siły. Jadłeś porządne śniadanie?

Czesław Mozil: Nie zdążyłem, ale obudziłem się obok cudownej kobiety. Co może być lepszego niż to i mocna kawa? Nie mogę narzekać, sam zaproponowałem tę trasę wytwórni. Powiedziałem: „Mam wolne 13 dni, dajcie mi pieniądze na benzynę i obiady”. Zależy mi na wyjazdach. Kiedyś trudno było o wywiad, a teraz dziennikarze chcą ze mną rozmawiać. Lubię gadać i spotykać się z ludźmi. Może za 5 lat nie będzie już o mnie głośno.

BK: 12 kwietnia masz urodziny i tego samego dnia premierę ma twoja płyta. To prezent urodzinowy?

Plan był na kwiecień, a na premierę wybierane są poniedziałki. Sprawdziłem grafik i pomyślałem, że jeśli mam w poniedziałek urodziny, to fajnie byłoby to połączyć.

BK: Czego możemy się spodziewać po nowym albumie?

Tak, jak „Debiut” jest dla wielu gorszym albumem niż te, które nagrałem wcześniej z Tesco Value, tak ta płyta będzie uznawana za gorszą lub lepszą niż poprzednia. Spodziewam się różnych opinii. Granica między kiczem, a tym, co nazywamy sztuką, jest tak cienka i niebezpieczna, że nie mogę się tym przejmować. Bałem się, zanim wszedłem do studia, ale po pierwszym dniu wiedziałem, że ta płyta nie mogła być inna niż jest. Jest tam wszystko, co chciałem. Jestem z niej dumny. Tak samo oprawa graficzna, cały ten świat plasteliny.

BK: Mówisz, że grasz punk.

Gram punk, ale on jest stworzony prostą, słodką melodią. Chodzi o przekaz i podejście do grania. Zależy mi, żeby tego nie szufladkować. Nie posądzajmy płyty przez okładkę i nie posądzajmy muzyka, że ma przebój „Maszynka do świerkania”. Punk to nie tylko gitara i bębny. Nie jesteśmy w Jarocinie w latach 80. Chcę być rozrywką w sobotni wieczór. To jest moja praca i kocham ją. Kompleksy muszę pomieszać ze swoim ego, a mam 1,69 cm wzrostu, więc ego jest duże. Zastanawiam się, czy to, co robię, jest dobre, ale cieszę się, kiedy ktoś mi mówi, że moja muzyka go wzruszyła. Wtedy moja misja jest spełniona.

1 maja 2010

Dziennikarstwo interwencyjne

„Inspiracje”, 23.10.2006

Za kurtyną mass mediów istnieje teatralny świat, tak różnorodny, jak różne bywają teatry. Są tam szukający aktualności dziennikarze, opracowujący materiał redaktorzy i opisujący świat reporterzy. W innym miejscu kręcą się komentujący wydarzenia publicyści, wydający oceny krytycy bądź też elokwentni telewizyjni spikerzy. Teatralna garderoba jest duża i swoje miejsce ma tam również dziennikarstwo interwencyjne.


Sygnał

– Zawsze dostajemy informację, że coś się dzieje, ktoś do nas przychodzi – Sylwestra Strzałkowskiego, szefa newsroomu Radia eM w Katowicach, zastałem przy pracy nad kolejnym serwisem informacyjnym. Szczupły brunet, zarost, serdeczny uśmiech. Zapewnia, że rozgłośnia jest bardziej edukacyjna niż interwencyjna, z założenia bez sensacji: – Robimy raczej reportaże, tym niemniej duża część emitowanych materiałów jest pokrewna interwencjom.

W mediach istnieje wiele programów, audycji i rubryk przeznaczonych na materiały interwencyjne. Telewizja Polska emituje „Ekspres Reporterów” w TVP 2, „Ludzi i Sprawy” zobaczymy w Telewizji Katowice, a o „Waszych Sprawach” przeczytamy w „Dzienniku Zachodnim”. W „Dużym Formacie”, poniedziałkowym dodatku do „Gazety Wyborczej”, ruszył właśnie nowy dział „Interwencje”.

Czym jest interwencja? Sylwester mówi bez wahania: – To reakcja na biedę. Przypominam sobie reportaż Lidii Dudy z Telewizji Katowice, „Herkules”. Chłopiec przysłał list, w którym opisał trudną sytuacje materialną w swojej rodzinie i biedne, patologiczne środowisko w Bytomiu. Jego mama z trudem zarabiała na życie. Wtedy pojawiła się reporterka Telewizji Katowice i dla tej rodziny znalazła się pomoc.

Interwencje mogą zaczynać się od takiego właśnie listu. Następnie robi się dokumentację i szuka drugiej strony konfliktu. Zgłoszenie tematu nie oznacza jednak od razu potraktowania go jako interwencji: – Ludzie często nie mają racji, kiedy do nas przychodzą – Katarzyna Wolnik jest dziennikarką interwencyjną działu „Wasze Sprawy”. Trzymając wczorajsze wydanie „Dziennika Zachodniego” pokazuje w nim swój ostatni tekst o mężczyźnie, który znalazł się w trudnej sytuacji materialnej: – Kiedy jadę do kogoś zebrać materiał, nie zawsze wiem, co z tym zrobię, czy będzie to reportaż, interwencja czy zwykły artykuł. Tak było w tym przypadku.

W „Dzienniku Zachodnim” obowiązuje zasada, że warunkiem interwencji jest opublikowanie zdjęcia i nazwiska osoby, której tekst dotyczy. Ponadto, co ważne i praktyczne dla czytelników, w publikacji zawsze podana jest informacja, jak radzić sobie w podobnych sytuacjach.

Co można osiągnąć?

Skutki interwencji dziennikarskich malują się w różnych odcieniach szarości. Jednym razem materiał o dzieciach z domów dziecka pomoże w znalezieniu rodziny zastępczej, a innym razem publikacja na temat skorumpowanego polityka czy niekompetentnego urzędnika będzie miała efekt w postaci procesu sądowego, bądź też utraty przez niego stanowiska. Dzieje się tak, pomimo iż dana osoba godzi się na publikację swojego nazwiska, zdjęcia czy materiału wideo. Fotograf lub operator kamery za każdym razem muszą mieć na to pozwolenie. – Robiliśmy kiedyś materiał o dwóch mężczyznach z Bytomia – mówi Sylwester. – Był to ojciec z synem. Chodziło o to, że ojca wyrzuciła z domu żona i we dwoje zamieszkali na działce. Była zima i pamiętam, że wykuli studnię w lodzie, bo nie mieli skąd brać wody. To był ciekawy materiał, ale kiedy już ich nagraliśmy, nie zgodzili się na emisję.

30 kwietnia 2010

Wywiad z laureatką Studenckiego Festiwalu Piosenki

Piosenka literacka mówi mądre rzeczy

Rozmowa z Dominiką Barabas z Lądka Zdroju (19 lat), zwyciężczynią 44. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. Przed laty objawili się tam m.in. Ewa Demarczyk, Marek Grechuta, Maryla Rodowicz i Grzegorz Turnau.

fot. archiwum Dominiki Barabas

Poprzedni rok – 2008 – był dla ciebie bardzo pracowity.

Owszem. Od lipca zaczęłam jeździć na festiwale.

Którą ze zdobytych przez ciebie nagród uważasz za najbardziej wartościową?

Są dwie równorzędne – 1 nagroda na festiwalu w Krakowie i nagroda im. Wojciecha Bellona. To są dla mnie duże wyróżnienia. Ostatnio grand prix międzynarodowego festiwalu OPPA w Warszawie.

Trochę zarobiłaś na tych nagrodach. Odłożyłaś to sobie, czy już wydałaś?

Pieniądze raczej się mnie nie trzymają. Dużo wydaję na instrumenty i rzeczy związane z muzyką. Wydaję też na podróże, bo co trzy dni jestem w innym mieście u innych osób. Pomaganie ludziom też pożera finanse. Pracuję po to, żeby wydawać, ale chyba o to chodzi.

Czy myślisz, że nagroda na festiwalu w Krakowie będzie twoją furtką do kariery?

To na pewno coś pomogło, ale przede mną jeszcze dużo pracy. Nagrodą festiwalu OPPA było nagranie płyty. Zaczęliśmy już, ale jest to bardzo męczące, dlatego myślę, że moja ścieżka będzie trudna i nie zawsze obfita w sukcesy, ale jestem dobrej myśli.

Piosenka studencka nie jest już chyba tak popularna jak kiedyś.

Jest gatunkiem niszowym, ale razem z kilkoma osobami mamy duży plan, żeby to zmienić. Tam się mówi mądre rzeczy i kładzie się nacisk na tekst, dlatego uważam, że piosenka studencka powinna być bardziej popularna.

Kogo masz na myśli mówiąc „my"?


Mam na myśli ludzi czynnie działających w piosence literackiej. Staramy się, żeby ten nurt wyszedł poza nasze zamknięte grono.

Wywiad z Jerzym Stuhrem

„Inspiracje”, 24.10.2005, fragmenty

Współczesne kino jest przedmiotem żywej dyskusji zarówno wśród młodych, jak i starszych kinomanów. Na pytania dotyczące problemów współczesnego kina odpowiada Jerzy Stuhr, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów i reżyserów, rektor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie.

fot. BK

Znajomy absolwent katowickiej filmówki powiedział mi, że we współczesnym polskim kinie brakuje albo pieniędzy, albo scenariuszy i dlatego tryumfuje kino offowe. Każdy może chwycić za kamerę i robić, co mu się podoba. „Pręgi”, „Edi”, „Cześć, Tereska” odniosły sukces. Czy wyższa popularność takich filmów świadczy o sukcesie, czy kryzysie polskiej kinematografii?

To pytanie ma dwa oblicza. Z jednej strony niezwykłe ważnym elementem są narodziny kina offowego, powstałego nie tylko z kryzysu, ale również z łatwości dostępu do kamery. Każdy ma dostęp do sprzętu, który może dać profesjonalną jakość obrazu. Offowe kino zawsze musi być uzupełnieniem oficjalnego nurtu. Czasem może go wyprzedzać i stać się awangardą, jak często dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Tam wyznacza ono mody, które przejmuje kino oficjalne. Kariera Jarmuscha lub duńskich artystów skupionych wokół Dogmy są tego najlepszym przykładem.

Źle się dzieje, jeśli takie kino wypełnia lukę, którą tworzy kino oficjalne. U nas te proporcje się zachwiały, chociaż pomimo to powstaje w naszym kraju ok. 15 filmów oficjalnego nurtu rocznie. Taka ilość chyba wystarczy.

Kino offowe istnieje na zachodzie i w Ameryce od kilkudziesięciu lat, a u nas pojawia się teraz. Czy to oznacza zaściankowość polskich filmów?

Nazwałbym to luką i nadrabianiem chaosu twórczego lat 90. Wtedy starsze środowisko filmowe zgłupiało, bo zabrakło mecenasa państwowego, z którym borykali się cenzuralnie – nie finansowo. Filmu nie można już było zrobić od razu. Dawniej minister dawał na to pieniądze, a teraz nie. Drugim problemem był strach, że ludzie nie pójdą do kin, więc zaczęto myśleć jak Amerykanie. Powstała seria nieautentycznych filmów. Polskie kino straciło wyraźną twarz, widzianą z zewnątrz. Odrodzenie pojawiło się pod koniec lat 90.

Obecnie nowe pokolenie wie, jakie chce robić filmy. Niestety, ci, którzy dają na te produkcje pieniądze, jeszcze w nich nie uwierzyli. Poza tym sytuacja kina światowego się zmieniła. Jest ono w głębokiej rozterce, co zauważam podróżując po świecie.

Wspomniał pan, że „dopóki młodzi filmowcy nie poprawią strony technicznej swoich prac, trudno im będzie dostać się na wielkie ekrany”. Co złego pod względem technicznym jest w polskich produkcjach?


Wielkie ekrany to dla mnie ekrany światowe. Zweryfikowałbym to zdanie, bo zauważam coraz więcej taniochy i publiczności, która zaczyna się przyzwyczajać np. do filmów kręconych kamerą cyfrową, a nawet woli je od filmów robionych na normalnej taśmie celuloidowej. Nie przeszkadza jej ziarnistość i strona techniczna, która jest nie do zaakceptowania przez profesjonalistów.

27 kwietnia 2010

Sezon na katowicką filmówkę?

"Suplement", nr 4/2008

Filmy studentów katowickiej filmówki odnoszą liczne sukcesy na polskich i międzynarodowych festiwalach. – Trzeba przełamać monopol łódzkiej szkoły filmowej – mówi operator Paweł Dyllus. – Teraz dużo się zmienia.

W budynku Wydziału Radia i Telewizji pachnie jak w starym domu wczasowym. Jest tam tylko garstka pracowników. Przed wejściem kilkoro studentów pakuje sprzęt do samochodu. Gdzie są wszyscy? Zapewne pojechali na plan.

I

Odbywający się w Łodzi Międzynarodowy Festiwal Camerimage jest jednym z najbardziej znanych festiwali poświęconych autorom zdjęć filmowych. Postrzega się tam operatora jako artystę, podobnie jak reżysera i aktora.

Paweł Dyllus został na Camerimage 2006 laureatem Złotej Kijanki za zdjęcia do filmu Julii Ruszkiewicz „Sezon na kaczki”. W ubiegłym roku tę samą nagrodę otrzymał Tomasz Woźniczka za zdjęcia do filmu Jakuba Czekają „Za horyzont”. – Złote Kijanki są wyjątkowo prestiżowymi nagrodami, które dają przepustkę do życia zawodowego – mówi dr hab. Krystyna Doktorowicz, dziekan WRiTV.

Ważny jest też Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Tam w 2006 roku obraz Rafała Kapelińskiego „Emilka płacze” ze zdjęciami Pawła Dyllusa został wyróżniony nagrodą główną Konkursu Kina Niezależnego.

II

O czym opowiadają studenckie etiudy? – Kiedy dwadzieścia lat temu pracował na WRiTV Krzysztof Kieślowski – mówi dr Doktorowicz – jego duch i myślenie o filmie dokumentalnym w kategoriach estetycznych i etycznych miało ogromny wpływ na twórców z tamtego okresu. Świat się zmienił, ale pewne rzeczy pozostały stałe, tylko pojawiają się w innym kontekście. Na estetykę filmów ma teraz duży wpływ telewizja i szybki montaż, ale wciąż obowiązują tematy ostateczne. Młodzi, jak mają dwadzieścia lat, to wydaje im się, że mogą się wypowiedzieć na każdy temat – o śmierci, o życiu, o miłości. Tak nie jest. Ale gdybyśmy przeglądali etiudy wybitnych reżyserów, którzy mają dzisiaj po 60-70 lat, też zauważylibyśmy podobne podejście.

III

Studenckie etiudy można zobaczyć na festiwalach, takich jak organizowany przez WRiTV Węgiel Student Film Festival, przeglądach lub specjalnych pokazach. Dzieła młodych filmowców można również zobaczyć w telewizji. W ramach przeglądu etiud studenckich Młode Kadry na kanale Kino Polska codziennie od poniedziałku do piątku emitowana jest jedna etiuda. Z kolei TVP Kultura w cyklu „Strefa – Kult Off Kino” w każdą środę prezentuje szeroko rozumiane kino niezależne, w tym też katowickie etiudy.

Jaka idea przyświeca prezentacji etiud szkolnych? Zdaniem Sergiusza Brożka, kierownika technicznego Teatru Korez i organizatora obywających się tam dawniej przeglądów etiud studenckich, celem jest skonfrontowanie tego, co robili studenci WRiTV wcześniej z tym, co dzieje się aktualnie: – Dzięki temu skojarzeniu można sprowokować w widzach i twórcach odpowiedź na pytanie, czy nasi śląscy twórcy to ci, którzy uparcie potrafią iść pod prąd, czy konformiści podążający pokornie za aktualnie obowiązującym nurtem? – Teatr Korez nie organizuje już podobnych przeglądów. – Ludzie nie przychodzą na takie pokazy, nawet nasi studenci – mówi Wanda Rajman, specjalista dziekana WRiTV ds. promocji. – Przychodzą tylko ci, którzy chcą.

Wywiad z Leszkiem Możdżerem

Pianista nie-odkryty

"Suplement", nr 4/2007, fragmenty

– W twórczości nie do końca chodzi o formę, tylko o przeżycie - mówi muzyk Leszek Możdżer. – Jeżeli ktoś mniej obyty w sztuce, stykając się z nią doznaje emocji, to odkrywa ją po raz pierwszy, nawet, jeżeli jest ona wtórna.


fot. archiwum Leszka Możdżera

Po lekturze wywiadu z panem w „Gazecie Wyborczej” [z 18.11.2006] odniosłem wrażenie, że jest pan ciekawym człowiekiem, kimś, kto rozumie swoje decyzje i mechanizmy show-biznesu, potrafi iść na kompromis, a jednocześnie nie rezygnować z uznawanych przez siebie wartości. W związku z tym zastanawia mnie, jaka jest pana wiara?

Artysta, który w siebie nie wierzy, nie ma żadnych szans. Zabije go pierwsza lepsza przeciwność losu. Jeżeli ma kiepski warsztat, ale wierzy w swoją sztukę, jest bardziej przekonujący niż ktoś, kto ma świetny warsztat, ale nie wie, co z nim zrobić.

Kiedyś moja wiara w siebie była chorobliwie duża. Dzisiaj w dużej mierze zależy ona od tego, czy jestem wyspany czy nie.

Koncertuje pan w różnych częściach świata. W jednym z wywiadów przyznał pan, że koncerty w Carnegie Hall w Nowym Jorku czy przed kilkunastoma tysiącami słuchaczy w Chile były bardzo stresujące. Czy odbiór pana muzyki przez publiczność za granicą różni się od tego w Polsce?

Nie widzę różnicy. Grając za granicą czuję się jednak mniej obciążony, bo nie jestem tam produktem popkultury i nie jestem widoczny w mediach. Mam szansę stać się dla każdego osobistym odkryciem. Tutaj często pojawiam się mediach i odbiór mojej osoby jest zakłócony przez papierową legendę.

Na całym świecie publiczność jest podobna. Najgorszą publicznością, dla której grałem, byli chińscy żołnierze oraz polscy politycy. Miałem wrażenie, że kompletnie nie rozumieją, o co mi chodzi.

Grzegorz Turnau często powtarza, że rynek muzyczny przyjmuje więcej muzyki niż jest w stanie unieść...

Myślę, że rynek muzyczny produkuje więcej muzyki niż Grzegorz Turnau jest w stanie przyswoić, zresztą wcale mu się nie dziwię, ja też nie jestem w stanie nadążyć za powstającymi płytami. Rynek uniesie jeszcze dużo więcej, nie ma obawy. To jest tak zwana inflacja, nic wielkiego.

...mówi, że kiedyś płyta była wydarzeniem roku, a teraz co najwyżej miesiąca.

Po prostu produkcja płyt jest o wiele łatwiejsza niż kiedyś. Myślę, że dla artystów nastaje era koncertów. To dopiero będzie weryfikacja umiejętności danego muzyka. Dobra płyta wcale nie jest gwarantem tego, że mamy do czynienia z kimś, kto umie grać czy śpiewać. To się okazuje dopiero na scenie. Grzegorz Turnau umie grać i to nieźle, sam słyszałem, więc ludzie będą kupowali jego płyty.

Wywiad z Kazimierzem Kutzem

"Suplement", nr 4/2007

Reżyser i senator Kazimierz Kutz nie przez przypadek we wszystkich swoich filmach opowiadał o buncie i o buntownikach: – Co by się stało, gdyby Ślązacy powiedzieli: „a my sobie tutaj zrobimy autonomiczną część Polski”? Nic by się nie stało, tylko ludziom by się dobrze żyło.


fot. Fundacja dla Wolności

Redaktor katowickiej „Gazety Wyborczej”, Dariusz Kortko, napisał artykuł „Śląsk mnie wkurza”. Gdybym panu zadał takie pytanie, pan też by powiedział, iż Śląsk go wkurza?

Tak, nawet bardzo. Specjalnie używam obraźliwego słowa i mówię o Ślązakach jako ludziach „dupowatych”.

Według pana Śląsk to „perła w koronie” i „sól ziemi czarnej”. Często powtarza pan, że był on rozkradany i traktowany po macoszemu. Co dokładnie ma pan na myśli?

Ślązacy zawsze żyli w obcym kraju i Polska się nimi nie interesowała. Konsekwencją tego było zgermanizowanie się arystokracji i ziemiaństwa śląskiego. Nie było innych elit i żył sobie taki niemy śląski narodek, zasklepiony w swojej staropolskiej kulturze.

Śląsk stał się wielkim tyglem dziewiętnastowiecznego przemysłu. Został brutalnie przekształcony z regionu wiejskiego w proletariacki. Jednocześnie w II połowie XIX w. pojawiła się nowoczesna polityka narodowa i Niemcy postanowiły stworzyć ze Śląska integralną część Rzeszy. Oznaczało to wynarodowienie Ślązaków. Sprowadzono człowieka do roli muła roboczego. Wielka fala wyzysku niszczyła naturę, powstawały kopalnie i huty, a ludzi wpychano w koszarowe osiedla. Gdyby Niemcy nie miały Zagłębia Ruhry i Zagłębia Śląskiego, nie mogłyby pozwolić sobie na dwie wojny światowe. Ślązacy byli w tym czasie mięsem armatnim. Po wojnie staliśmy się częścią ekonomiki wojennej Związku Radzieckiego i Śląsk ponownie był podstawową bazą dla przemysłu wojennego.

A jak to wygląda dzisiaj?

Po socjalistycznej gospodarce rabunkowej pozostał moloch. Wolny rynek wprowadzono z dziesięcioletnim opóźnieniem. Powstały mafie. Likwidowano huty i razem z ludźmi sprzedawano stare osiedla. Zamknięto 30 kopalń, bo wolny rynek oznacza, że węgla produkuje się tyle, ile można sprzedać. To spowodowało nieodwracalną biedę. Kiedy kilkanaście lat temu byłem w północnej Francji, tam wszyscy górnicy mieli możliwość uczenia się nowych zawodów, które będą im potrzebne po zamknięciu kopalni, a familoki przekazywano im za darmo, żeby nie burzyć struktur rodzinnych.

Tam był od dawna kapitalizm.

To jest kapitalizm cywilizowany. Tu też jest kapitalizm, ale dziki. To są kosztowne reformy, ale one się tam me odbywają kosztem człowieka. Najbardziej przykre jest to, że ludzie w Polsce, którzy uwierzyli w „Solidarność", zapłacili za to najwyższą cenę.

Czy istnieją już jakieś konkrety odnośnie projektu aglomeracji śląskiej, które mógłby pan pochwalić lub skrytykować? Napisał pan w felietonie, że „to jak na razie medialne bajki”.

Żeby Śląsk mógł się reanimować, potrzebna jest autonomia. Nie dlatego, żeby odłączyć się od Polski, tylko żeby dać możliwość decydowania o własnym losie.

Wywiad z Grzegorzem Turnauem

Biały frak Grechuty

"Suplement", nr 2/2007

O najnowszym albumie „Historia pewnej podróży” z piosenkami Marka Grechuty i o tym, dlaczego egzaminy są tak ważne w życiu każdego człowieka, opowiada Grzegorz Turnau.



fot. Tomasz Sikora

Spotykamy się po koncercie, na którym prezentował pan piosenki Marka Grechuty. W „Tygodniku Powszechnym” napisał pan, „że biały frak [Marka Grechuty] skrojony jest tylko na jednego aktora, że nikt nie będzie mógł go przerobić dla innej postaci”. Czy grając jego piosenki nie poczuł się pan takim krawcem, szyjącym biały frak?

Odróżniam niepowtarzalną sztukę estradową Marka Grechuty od piosenek, które po sobie pozostawił. Był twórcą, wykonawcą, autorem tekstów i kompozytorem tych piosenek, ale utwory żyją poza faktem wykonywania ich przez niego. Nie wszystkie nadają się do nowej interpretacji, ale wiele z nich – tak. Nie wszedłem w rolę krawca, który przerabia biały frak, wszedłem w rolę człowieka, który ma przed sobą bogatą spuściznę artysty, którego już nie ma. Chociaż ta płyta była tworzona, zanim okazało się, że będzie poświęcona jego pamięci.

Traktuję spuściznę Marka Grechuty jak coś klasycznego. Mam do czynienia z utworami, które można interpretować na nowo, jak w teatrze, gdzie szuka się nowych kluczy do istniejących już klasycznych utworów.

Proszę opowiedzieć o atmosferze, jaka panowała, kiedy był pan uczniem i studentem.

W 1981 roku wróciłem do liceum ogólnokształcącego po rocznym pobycie w Anglii, gdzie ukończyłem ósmą klasę szkoły podstawowej. Chodziłem na kursy aktu, rysowałem, miałem wielkie ambicje aktorskie i chciałem pójść do szkoły teatralnej.

W liceum było prężnie działające kółko teatralne. Dostałem się do niego, ale kiedy okazało się, że gram na fortepianie, to powiedziano mi, że nie będę aktorem, tylko kierownikiem muzycznym. Mimo woli wróciłem do gry na fortepianie, chociaż miałem jej serdecznie dosyć po doświadczeniach szkoły muzycznej. Zacząłem znowu grać, aranżować, pisać na skrzypce i śpiewać. Od słowa do słowa, zacząłem pisać piosenki i po dwóch latach miałem już całkiem spory, własny, młodzieńczy, z dzisiejszej perspektywy, nieważny już, dorobek.

Musiało być ciężko nadrabiać zaległości w szkole, pisał pan egzaminy komisyjne.

To było po kolejnym powrocie, bo wyjechałem na pół roku do Stanów Zjednoczonych. Miałem egzaminy komisyjne, bo nie chciano mi uznać amerykańskiej szkoły. Byłem w opałach, ale ratowało mnie to, że oprócz tego robiłem swoje, czyli pisałem piosenki i występowałem, a było to w szkole życzliwie przyjmowane.

Wtedy poznał pan twórczość Marka Grechuty.

Zobaczyłem jego recital i zrozumiałem, że jest to rodzaj świata, w którym chciałbym zamieszkać. Chciałem pójść w tym kierunku, poznać poetów, których on odkrywał, śpiewać podobne piosenki i wzorować się na nim. To stało się bardzo szybko, bo jeszcze w liceum wystartowałem na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie i dostałem tam główną nagrodę. To spowodowało z kolei moją obecność w Piwnicy pod Baranami. Będąc młodym człowiekiem wyznaczyłem sobie drogi na dalsze życie.

Rozmowa o modernizmie

Sztuka nowoczesna to nie chaos

"Suplement", nr 1/2008

Neomoderniści mówią: nie kwestionujmy sensu życia, żyjmy w takich warunkach, w jakich możemy i miejmy świadomość, że istnieje jeszcze wiele pięknych rzeczy, które możemy odkryć i prób, które warto podejmować – z historykiem sztuki i pracownikiem Uniwersytetu Śląskiego, dr Irmą Koziną rozmowa o sztuce współczesnej i planach przebudowy katowickiego dworca PKP.


Dr Irma Kozina

fot. Joanna Nowicka

Czy sztuka współczesna jest dla ludzi?


Jest tworzona przez ludzi i dla ludzi. Studenci niemal żądają ode mnie zajmowania się współczesnością. To jest coś, co im bardziej odpowiada i jest ich życiem.

Kant jako pierwszy udowodnił, że piękno i dobro nie muszą iść ze sobą w parze. „Artyści wyciągnęli z tego wnioski dla siebie – pisze Karol Estreicher w swojej »Historii sztuki w zarysie«. – Co było zabawą dadaistów i surrealistów w 1920 roku, w pięćdziesiąt lat później stało się groźnym społecznie ruchem otumanionej młodzieży, snującej się po drogach i miastach świata”. Jak wobec tego powinniśmy szukać piękna w sztuce współczesnej?

Karol Estreicher to nie jest literatura, na którą można się powołać. Piękno nie jest kategorią sztuki, tylko estetyki. Ostatnia teoria estetyczna powstała w XVIII w. Kiedy Francisco Goya namalował na ścianie swojego domu fresk przedstawiający Saturna pożerającego swoje dzieci, pojawiły się wątpliwości, czy można analizować to w kategoriach piękna. Wobec tego środkiem wyrazu jest również ekspresja. Historyk sztuki nie śledzi wyobrażeń piękna i brzydoty, ale sposób komunikowania się artystów z odbiorcami i wyraz artystyczny. Nawet jeśli dzieło sztuki jest obojętne pod względem ekspresji, to pozostaje przekazem pewnego status quo, sposobu myślenia o świecie, który uzewnętrznia się w dziełach sztoki. Jestem przeciwniczką posługiwania się osiemnastowiecznymi kategoriami piękna w odniesieniu do sztuki współczesnej, ale nie podważam ich istnienia, bo nie ma jednoznacznego pojęcia piękna i nie może być ono przyjmowane jako kryterium oceny wartości dzieła.

Jak w epoce postmodernizmu można odróżnić dzieło sztuki od kiczu? Ryszard Kapuściński pisze w swoich ostatnich "Lapidariach", że „sztuka współczesna rozpięta jest między klasycyzmem a skandalem”, a „jednym z niebezpieczeństw postmodernizmu jest to, że jest to raj dla beztalenci”.

Jeśli Ryszard Kapuściński krytykuje, to powinien określić punkt wyjścia. Postmodernizm został tutaj spłycony do zasady, którą sformułował Paul Feyerabend: anything goes – wszystko ujdzie, a tak nie jest. Trzeba by to rozwarstwić i zanalizować. Okaże się, że to, co jest dzisiaj, nie jest już postmodernizmem, a neomodernizmem.

Portret Marka Grechuty

Genialność była w nim

"Suplement", nr 6/2006

In memoriam: portret zmarłego 9 października 2006 roku Marka Grechuty w rozmowie z kompozytorem Janem Kantym Pawluśkiewiczem, współzałożycielem kabaretu, a później zespołu muzycznego Anawa.


fot. archiwum Marty Wielgus

Połowa lat 60. w Krakowie. Miasto przesiąknięte jest awangardową atmosferą. Tadeusz Kantor przywozi z Francji absurdalne malarstwo i happeningi, a Piwnica pod Baranami jest u szczytu popularności, artyści masowo ściągają do Krakowa, aby złożyć hołd Piotrowi Skrzyneckiemu, bohema spotyka się na jego występach, a Cyrankiewicz i Waldorff oblewani są tam wódką...

Tymczasem przy ul. Skarżyńskiego, kilka kilometrów od Starego Miasta, pomiędzy domami akademickimi Politechniki Krakowskiej, znajduje się studencki klub. W jego wnętrzu stoi zdezelowane pianino, jedyny instrument dla tysiąca studentów. Nikt się nim nie interesuje. Nikt, oprócz kilku przyszłych architektów. – Któryś któremuś musiał tam wejść w paradę, Marek mi albo ja Markowi – Jan Kanty Pawluśkiewicz opowiada o tym w czterdzieści lat później, w kawiarni Maska w podziemiach Teatru Starego w Krakowie. – Życie akademickie poza nauką było bardzo atrakcyjne. Interesowały nas rzeczy, które doprowadziły do naszego spotkania.

Spotkanie przy zdezelowanym pianinie

Towarzystwo przy pianinie zaczytane jest w prozie amerykańskiej. Caldwell, Salinger, Faulkner, Hemingway. Marek imponuje im swoją znajomością poezji. – Był w niej kompetentny i rozszerzał nasze literackie zainteresowania. Ale zorientowałem się, że jego zainteresowanie muzyką było kompletnie absurdalne. Jeśli ktoś komponował piosenki, to było to cenne, ale śpiewać to był obciach.

Młodzi studenci szybko dochodzą do wniosku, że mogliby założyć coś na kształt nieformalnej grupy artystycznej, która mogłaby dawać popisy, jak Piwnica. Interesują ich przede wszystkim głupoty. – Chcieliśmy robić coś, w czym wydawało nam się, że jesteśmy kompetentni, czyli w bałaganie i absurdzie. – Powstaje Anawa. Jan Kanty Pawluśkiewicz zaczyna komponować piosenki, a Marek śpiewać. – Był dla nas niezbędnym elementem, bo w kabarecie musi być przerywnik w postaci piosenki. Okazało się, że stanowimy wzajemnie uzupełniające się towarzystwo.

Księżyc, wycinane zwierzęta na sznurkach, chwiejący się las z dykty i teksty o amerykańskiej demokracji, wyszukane w historycznych kalendarzach z Biblioteki Jagiellońskiej – tak wyglądają ich pierwsze skecze.

Po założeniu kabaretu dostają druzgocącą recenzję w czasopiśmie „Politechnik”, ale to tylko utwierdza ich w przekonaniu, że należy dalej występować. – Wiedzieliśmy, że to jest znakomite, więc ten dziennikarz, który to napisał musiał być skończonym klepem.

Kiedy dwudziestodwuletni szczupły blondyn staje na scenie, efekt jest rewelacyjny. – Zupełnie tego nie rozumiałem, drażnił mnie jego infantylny przekaz. Jego myślenie i sposób śpiewania były w porządku, natomiast sylwetka kompletnie mi nie odpowiadała. – Krakowskie dziewczyny są Markiem zachwycone i dlatego wieść o nim szybko roznosi się po mieście. Z miesiąca na miesiąc wszystko toczy się bardzo szybko. Jest rok 1967 i Marek bardzo chce wziąć udział w Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Jury podczas eliminacji na Politechnice nie jest nim tak zachwycone, jak dziewczyny na występach. – Marek proponował zupełnie inną estetykę poetycką. Kiedy śpiewał: „za smutek mój a pani wdzięk / ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii”, to tamte kmioty nie wiedziały, o co chodzi, jaki pęk? Kto mógł sobie wyobrazić, żeby śpiewać utwory Wyspiańskiego, Witkacego, Przybosia, Mickiewicza? Udawaliśmy się w rejony, w które wówczas nikt inny nie zaglądał z piosenką, nawet Piwnica. – Chociaż Marek z ledwością dostaje się do konkursu, w finale otrzymuje drugą nagrodę, lepsza od niego jest tylko Maryla Rodowicz.