Genialność była w nim
"Suplement", nr 6/2006
In memoriam: portret zmarłego 9 października 2006 roku Marka Grechuty w rozmowie z kompozytorem Janem Kantym Pawluśkiewiczem, współzałożycielem kabaretu, a później zespołu muzycznego Anawa.

fot. archiwum Marty Wielgus
Połowa lat 60. w Krakowie. Miasto przesiąknięte jest awangardową atmosferą. Tadeusz Kantor przywozi z Francji absurdalne malarstwo i happeningi, a Piwnica pod Baranami jest u szczytu popularności, artyści masowo ściągają do Krakowa, aby złożyć hołd Piotrowi Skrzyneckiemu, bohema spotyka się na jego występach, a Cyrankiewicz i Waldorff oblewani są tam wódką...
Tymczasem przy ul. Skarżyńskiego, kilka kilometrów od Starego Miasta, pomiędzy domami akademickimi Politechniki Krakowskiej, znajduje się studencki klub. W jego wnętrzu stoi zdezelowane pianino, jedyny instrument dla tysiąca studentów. Nikt się nim nie interesuje. Nikt, oprócz kilku przyszłych architektów. – Któryś któremuś musiał tam wejść w paradę, Marek mi albo ja Markowi – Jan Kanty Pawluśkiewicz opowiada o tym w czterdzieści lat później, w kawiarni Maska w podziemiach Teatru Starego w Krakowie. – Życie akademickie poza nauką było bardzo atrakcyjne. Interesowały nas rzeczy, które doprowadziły do naszego spotkania.
Spotkanie przy zdezelowanym pianinie
Towarzystwo przy pianinie zaczytane jest w prozie amerykańskiej. Caldwell, Salinger, Faulkner, Hemingway. Marek imponuje im swoją znajomością poezji. – Był w niej kompetentny i rozszerzał nasze literackie zainteresowania. Ale zorientowałem się, że jego zainteresowanie muzyką było kompletnie absurdalne. Jeśli ktoś komponował piosenki, to było to cenne, ale śpiewać to był obciach.
Młodzi studenci szybko dochodzą do wniosku, że mogliby założyć coś na kształt nieformalnej grupy artystycznej, która mogłaby dawać popisy, jak Piwnica. Interesują ich przede wszystkim głupoty. – Chcieliśmy robić coś, w czym wydawało nam się, że jesteśmy kompetentni, czyli w bałaganie i absurdzie. – Powstaje Anawa. Jan Kanty Pawluśkiewicz zaczyna komponować piosenki, a Marek śpiewać. – Był dla nas niezbędnym elementem, bo w kabarecie musi być przerywnik w postaci piosenki. Okazało się, że stanowimy wzajemnie uzupełniające się towarzystwo.
Księżyc, wycinane zwierzęta na sznurkach, chwiejący się las z dykty i teksty o amerykańskiej demokracji, wyszukane w historycznych kalendarzach z Biblioteki Jagiellońskiej – tak wyglądają ich pierwsze skecze.
Po założeniu kabaretu dostają druzgocącą recenzję w czasopiśmie „Politechnik”, ale to tylko utwierdza ich w przekonaniu, że należy dalej występować. – Wiedzieliśmy, że to jest znakomite, więc ten dziennikarz, który to napisał musiał być skończonym klepem.
Kiedy dwudziestodwuletni szczupły blondyn staje na scenie, efekt jest rewelacyjny. – Zupełnie tego nie rozumiałem, drażnił mnie jego infantylny przekaz. Jego myślenie i sposób śpiewania były w porządku, natomiast sylwetka kompletnie mi nie odpowiadała. – Krakowskie dziewczyny są Markiem zachwycone i dlatego wieść o nim szybko roznosi się po mieście. Z miesiąca na miesiąc wszystko toczy się bardzo szybko. Jest rok 1967 i Marek bardzo chce wziąć udział w Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Jury podczas eliminacji na Politechnice nie jest nim tak zachwycone, jak dziewczyny na występach. – Marek proponował zupełnie inną estetykę poetycką. Kiedy śpiewał: „za smutek mój a pani wdzięk / ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii”, to tamte kmioty nie wiedziały, o co chodzi, jaki pęk? Kto mógł sobie wyobrazić, żeby śpiewać utwory Wyspiańskiego, Witkacego, Przybosia, Mickiewicza? Udawaliśmy się w rejony, w które wówczas nikt inny nie zaglądał z piosenką, nawet Piwnica. – Chociaż Marek z ledwością dostaje się do konkursu, w finale otrzymuje drugą nagrodę, lepsza od niego jest tylko Maryla Rodowicz.