18 kwietnia 2010

Wywiad z Anną Kariną

Randez-vous z Godardem

"Suplement", nr 3/2009, fragmenty

– Nowa fala to był sposób myślenia i zachowania – francuska aktorka Anna Karina, gość krakowskiego festiwalu filmowego Off Camera, opowiada o początkach kariery i związku z wybitnym reżyserem Jean-Lukiem Godardem.


Anna Karina na planie filmu "Le Soleil dans l'oeil", 30 listopada 1961

fot. newwavefilm.com

Urodziła się pani w Danii. Jak trafiła pani do Francji i została aktorką?


W Danii wystąpiłam w filmie krótkometrażowym „Pigen og skoene” – „Dziewczyna z butami”. Miałam 14 lat. Opuściłam szkołę, zaczęłam pracować jako windziarka. Nie lubiłam tego. Malowałam ilustracje dla gazet, śpiewałam i tańczyłam. Miałam problemy z mamą i nowym ojczymem. Nigdy nie poznałam swojego prawdziwego ojca. Pierwszego ojczyma bardzo lubiłam. Kiedy miałam 11 lat, zabrał mnie i moją mamę do Paryża. Chciałam tam wrócić i zostać aktorką. Pojechałam.

Dlaczego właśnie tam?


Naprawdę chciałam. Lubiłam Francję i jej kulturę. Chciałam jechać do Ameryki, ale doszłam do wniosku, że to za daleko. Nie miałam pieniędzy. Wsiadłam na prom z Kopenhagi do Stuttgartu, a później jechałam autostopem i pociągiem. Na miejscu poszłam zobaczyć się z księdzem w duńskim kościele w pobliżu Pól Elizejskich. Powiedziałam: „Musi mi ksiądz dać miejsce do spania. Nie mogę spać pod mostami”. Odpowiedział: „Nie możesz spać w kościele, to wykluczone!”. Znalazł mi mały pokój. Byłam bardzo szczęśliwa.

Była pani zupełnie sama?

Tak, na początku. Wszędzie chodziłam pieszo. Miałam jedną czarną sukienkę. Nie miałam ciepłej wody i trudno było ją wyprać. Malowałam na ulicy, ale to nie dawało pieniędzy. Pewnego razu, kiedy usiadłam w kawiarni, podeszła do mnie kobieta. Poprosiła, żebym zgodziła się na sesję do magazynu „Jours de France”. Byłam przestraszona. Dziadek mi zawsze mówił, żebym nie rozmawiała z nieznajomymi. Ale to ja byłam nieznajomym! Mówiłam tylko po angielsku. Powiedziałam: „Nie wiem. Nie znam pani. O co chodzi?”. „Chodzi o sesję do bardzo znanego magazynu”. Powiedziałam: „Jeśli będzie pani sama, to nie zrobię tego, ale jeśli przyjdzie pani z innymi ludźmi, to zgoda”. Jeśli przyszłoby więcej ludzi, zawsze ktoś mógłby mnie obronić. To byt bardzo naiwny sposób myślenia. Kobieta zaczęła się śmiać i powiedziała: „Oczywiście!”. Dostałam pieniądze po tygodniu. Później poszłam na sesję do magazynu „ELLE”, prowadzonego przez Helene Lazareff. Obcięli mi włosy, zrobili makijaż. Była tam też inna kobieta. Podeszła i zapytała: „Jak się nazywasz?". Powiedziałam: „Hanna Karin Blarke”. „Słyszałam, że chcesz być aktorką?”. Odpowiedziałam: „Tak, chcę się nauczyć francuskiego i zostać aktorką”. A ona na to: „Więc musisz się nazywać Anna Karina”. To była Coco Chanel. Dostałam się na okładkę magazynu. Dzisiaj mamy ich dużo, ale wtedy było tylko kilka. Ludzie rozpoznawali mnie na ulicy. Zaczęłam dostawać wiele ofert. To był dar z nieba. Odkładałam pieniądze w banku, jadłam bardzo mało. Chciałam iść do szkoły, uczyć się francuskiego. Wystąpiłam w reklamie mydeł Palmolive i Monsavon.

Te reklamy okazały się bardzo ważne w pani karierze.

Tak, bo zauważył mnie Jean-Luc Godard. Poprosił o spotkanie i zaproponował rolę w „Do utraty tchu”. Chciał, żebym się w filmie rozebrała. Powiedziałam: „Nie, nie zrobię tego” i wyszłam. Dla mnie to było porno. Zapomniałam o całej sytuacji. Po kilku miesiącach dostałam nowy telegram, tym razem z propozycją zagrania głównej roli. Pomyślałam: „O co chodzi? Jeszcze nic nie zrobiłam. Jak mogę zagrać główną rolę?”. Pokazałam telegram znajomym. Powiedzieli, że to Jean-Luc Godard, że właśnie nakręcił piękny film z Jean Seberg i Jean-Paulem Belmondo „Do utraty tchu”, że muszę iść. Zapytałam: „Czy to ten facet w ciemnych okularach?”. „Tak, to on”. Powiedziałam: „Pamiętam. Chciał, żebym się rozebrała”. Nalegali, żebym poszła i tak zrobiłam. Byłam nieco zdenerwowana, bo wcześniej mu odmówiłam. Zapytałam, czy będę musiała zdjąć ubranie. Odpowiedział, że nie, że to film polityczny. Nic nie wiedziałam o polityce! Obiecał, że będę robiła tylko to, co mi powie i żebym podpisała kontrakt. Nie mogłam tego zrobić, bo nie miałam 21 lat. On na to: „To przyjdź z mamą, z tatą, z kimkolwiek”. Ale moja mama była w Kopenhadze! Stwierdził: „Och, jesteś naprawdę trudna!”. Wysłali mojej mamie bilety na samolot, przyleciała trzy dni później i podpisała kontrakt. Pojechaliśmy do Szwajcarii kręcić „Żołnierzyka”, ale trwało to bardzo długo, bo Godard co chwilę przerywał.

W pracowni Ryszarda Kapuścińskiego

Czerwona kredka

„Suplement”, nr 2/2009


Ryszard Kapuściński w swojej pracowni, 2003

fot. Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

W domu mistrza na warszawskiej Ochocie byłem w kwietniu 2008 roku. Wcześniej pani Alicja Kapuścińska zgodziła się na wizytę. Osiedle oddzielone jest tam od drogi szeregiem wysokich budynków. Z jednej strony hałas samochodów, z drugiej – cicho i spokojnie. Pani Alicji, niskiej starszej pani, przyniosłem czekoladki z toffi, przysmak moich rodziców. Zaprowadziła mnie na strych, gdzie mieści się pracownia jej zmarłego męża. Poniżej, na piętrze znajduje się ich mieszkanie. Na górze zobaczyłem miejsce, o którym dużo czytałem: fotele, na których mistrz odpoczywał i rozmawiał z gośćmi, tysiące książek, pamiątki, biurko i kolekcję długopisów, na ścianach fotografie i kartki z notatkami.

Jego pierwszą książką, jaką przeczytałem, były „Podróże z Herodotem”. Opis podróży koleją transsyberyjską wzbudził we mnie chęć podróży do Chin. Później w konkursie na reportaż wygrałem egzemplarz „Cesarza”. Przeczytałem go z marszu. Z „Hebanu” dowiedziałem się o innym poczuciu czasu w Afryce i o autobusach, które odjeżdżają tam dopiero wtedy, kiedy są pełne. Przekonałem się o tym później, podczas podróży na czarny kontynent. „Chrystus z karabinem na ramieniu” zaciekawił mnie wyrozumiałością wobec Palestyńczyków i ich walki o niepodległość oraz historią obalenia przy udziale Stanów Zjednoczonych demokratycznego prezydenta Gwatemali, który ogłosił reformy utrudniające amerykańskiej firmie handel owocami.

Wynotowałem sobie jego rady: żeby codziennie napisać chociaż jedno zdanie, że reportaż jest wizją świata reportera i że „ludzie dzielą się na tych, którzy mówią, że chcą napisać książkę i tych, którzy rzeczywiście ją piszą, żeby coś wyrazić”.

Chciałem się z nim skontaktować i porozmawiać o jego reportażach i podróżach. Spotkanie mogło mieć miejsce w Pałacu Młodzieży w Katowicach – z laureatami konkursu dziennikarskiego – ale zostało odłożone ze względu na wyjazd Kapuścińskiego do Włoch, a później chorobę. List do niego miałem już prawie napisany, ale nie dążyłem go dokończyć i wysłać. Następnego dnia po jego śmierci przeczytałem w gazecie: „Ryśku – stamtąd, gdzie poszedłeś, jeszcze nikt nie napisał reportażu. Wierzymy, że znów będziesz pierwszy i – jak wiele razy wcześniej – pomożesz nam zrozumieć jak tam jest”.

Tymczasem na poddaszu na chwilę zostałem sam i myślałem o tym, aby usiąść na jego krześle za biurkiem, ale powstrzymałem się. Źle bym się z tym czuł.

Zeszliśmy niżej do mieszkania i znowu zobaczyłem miejsce znane mi z opisów i fotografii: stół, na którym przygotowywał rzeczy przed podróżami i balkon, gdzie dał się sfotografować w niebieskiej marynarce. Wśród starych mebli zwróciła uwagę nowoczesna sztuka, awangardowe obrazy i liczne nagrody literackie i dziennikarskie. Pani Alicja opowiedziała o planach zorganizowania konferencji, utworzenia muzeum i przejęcia jego zbiorów przez Bibliotekę Narodową. Podczas rozmowy przypomniała sobie o swojej wizycie w Katowicach w 1997 roku. – Pan jest z Katowic? Pamiętam, jak byłam na Uniwersytecie Śląskim z mężem na wręczeniu mu tytułu honorowego doktora.

Na pożegnanie przyjąłem od pani Alicji wydanie albumu ze zdjęciami jej męża z Afryki i skrępowany poprosiłem o jeden z ołówków, które leżały na jego biurku. Kiedy później sprawdziłem, okazało się, że to nie był ołówek, tylko czerwona kredka.

– Jeśli pan będzie jeszcze dzwonił, proszę się nie zdziwić, jeśli usłyszy pan głos męża na sekretarce. Po prostu nie chciałam go kasować.

BK

Koncert Woody'ego Allena

Och, Woody, Woody...

"Suplement", nr 1/2009

Klasyczny nowoorleański Jazz w przyzwoitym wykonaniu i nieprzyzwoitej cenie – w ostatnią niedzielę minionego roku wraz z zespołem wystąpił w Warszawie znany reżyser Woody Allen.


Woody Allen & his New Orlean's Jazz Band podczas koncertu w Sali Kongresowej

fot. Adam Kozak/Agencja Gazeta

Kariera 73-letniego obecnie Allana Stewarta Konigsberga zaczęła się, kiedy jako nastolatek zaczął wymyślać dowcipy dla znanych komików. Z czasem rozpoczął współpracę z telewizją i występował w nocnych klubach. W filmie zadebiutował w 1965 roku scenariuszem i drugoplanową rolą w komedii „Co słychać, koteczku?”. Trzykrotnie otrzymał Oskara: za scenariusz i reżyserię „Annie Hall” oraz scenariusz filmu „Hanna i jej siostry”. W 2002 roku jako drugi reżyser w historii po Ingmarze Bergmanie otrzymał na festiwalu w Cannes specjalną nagrodę za osiągnięcia. Podobno jest jednym z trzech reżyserów obok Clinta Eastwooda i Charliego Chaplina, do pracy których nikt się w Ameryce nie wtrąca lub nie wtrącał.

Komediopisarz i dramaturg

Znamy go głównie z komedii, w których wykreował charakterystyczną postać neurotyka. Jego filmy są staromodne i rzemieślnicze, ale przy tym dyskretnie eleganckie. Zawsze chciał napisać wielki dramat i kręcić poważne filmy. Jest autorem dwóch broadway'owskich sztuk „Don't Drink the Water” i „Zagraj to jeszcze raz, Sam” - ta ostatnia wystawiana m.in. w poznańskim Teatrze Nowym.

Najbardziej zadowolony jest z nakręconego latem 2004 roku filmu „Wszystko gra”, dramatu przedstawiającego historię Chrisa, trenera tenisa, który bogato się żeni i osiąga tym samym życiowy sukces, jednak jego obsesją staje się Nola. Chris przeżywa z nią burzliwy romans, który doprowadzi go do zbrodni. Reżyser miło wspomina również filmy „Purpurowa róża z Kairu” oraz „Mężowie i żony”. – Pod względem artystycznym nie osiągnąłem niczego szczególnego – mówił Erikowi Laxowi, który niemal przez czterdzieści lat przeprowadzał wywiady z Woodym Allenem, czego owocem jest książka wydana w Polsce przez Axis Mundi. – Nie wniosłem żadnego konkretnego wkładu do światowego kina w porównaniu z takimi reżyserami, jak Scorsese czy Spielberg. Dlatego uważam za bardzo dziwne, że przez te lata poświęcono mi tyle uwagi. Kiedy bytem mały, zwykle ukrywałem się w kinie. Czasami oglądałem tygodniowo dwanaście do czternastu filmów. Jako dorosły mogę kręcić filmy i raz na rok żyć w nierealnym świecie. Uciekłem z życia w kino. Ironia losu polega na tym, że kręcę eskapistyczne filmy, ale to nie publiczność ucieka, tylko ja.

Ostatni film Woody'ego Allena, „Vicky Cristina Barcelona”, będzie miał w Polsce premierę 17 kwietnia 2009 roku. Na bieżący rok zapowiadana jest również światowa premiera jego najnowszego obrazu „Whatever Works”.

Muzyk i jego klarnet

Jazzem interesuje się od dziecka. Swój pseudonim zawdzięcza idolowi z lat młodzieńczych, znanemu klarneciście Woody'emu Hermanowi. Córki Allena nazwane zostały na cześć znanych muzyków: Bechet – dla uczczenia saksofonisty Sineya Becheta, a Manzie – perkusisty Manzie Johnsona. W wieku piętnastu lat zaczął uczyć się gry na klarnecie i przez kilka lat grał w domu przy nagraniach z płyt George'a Lewisa. Publicznie zaczął występować z własnym zespołem na przełomie lat 60. i 70. Pewnego razu na pytanie o początek swojej kariery klarnecisty odpowiedział: – Graliśmy, przyjemnie było. – Sam skomponował muzykę do swojego filmu „Śpioch” z 1973 roku i nagrał ją z zaprzyjaźnionym zespołem Preservation Hall Jazz Band. Ponadto od lat w każdy poniedziałek występuje w kawiarni ekskluzywnego hotelu Carlyle w Nowym Jorku, a w 1996 roku Barbara Kopple udokumentowała europejską trasę koncertową Allena i New Orleans Jazz Band. Film „Wild Man Blues” miał swoją premierę rok później, a wraz z nim ukazała się też ścieżka dźwiękowa. W Polsce nagrania Allena wraz z zespołem znalazły się m.in. na składankach „Pozytywne wibracje”.

Reportaż z Kenii. Spotkanie z babcią Baracka Obamy

Obama w cieniu baobabu

"Suplement", nr 7/2008

Samolot ląduje w Mombasie. Głos stewardessy obwieszcza z głośników: „Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych wygrał senator Barack Obama”. Dla Kenii to historyczny dzień.


Sara Obama

fot. Karolina Sobel

– Czy cieszysz się, że wybory wygrał Barack Obama? – pytam naszego kierowcę w drodze z lotniska do centrum miasta. W matatu, czyli „minibusie” w lokalnym języku suahili, jadę z przyjaciółką z Polski i dwoma Kenijczykami. – Oczywiście, to syn naszej ziemi. Jego babcia mieszka w Kogelo.

„Obama, Obama!” – krzyczeli ludzie na ulicach miasta. „Czy znasz Obamę? Czy głosowałeś na niego?” – pytali białych i zachęcali do kupienia jego portretu.

Aby dostać się do Kogelo, trzeba przejechać autobusem lub pociągiem na wschód, nad Jezioro Wiktorii. Jest to ok. półtora dnia drogi, podczas której można zajrzeć do książki i zapoznać się z historią kraju.

„Do X wieku wybrzeże skolonizowane przez Arabów. Od XVI wieku pod panowaniem Portugalczyków. W 1886 roku włączono kraj do posiadłości brytyjskich, a w 1920 roku utworzono kolonię. Od lat 40. trwały walki o niepodległość, w których zginęło 13 500 Afrykańczyków i 100 Europejczyków. Niezależność uzyskano w 1963 roku. Za kadencji pierwszego prezydenta, Jomo Kenyatty, Kenia stanowiła przykład bogactwa i stabilności”.

W grudniu 2007 roku wybory prezydenckie wygrał Mwai Kibaki, lecz opozycja uznała je za sfałszowane. Wybuchły zamieszki, zginęło kilka tysięcy ludzi. – Policja strzelała pod moim domem, miasto było sparaliżowane – mówi Sebastian, Polak spotkany w Mombasie.

Wioska Kogelo

Po drodze trzeba zmienić autobus w Nairobi. Stolica – jedyne w Kenii miejsce z wysokimi wieżowcami – jest największym miastem w kraju. Ok. 18 km na południe, u stóp gór Ngong miała swoją farmę, ogrody i niski kamienny domek Karen Blixen, autorka „Pożegnania z Afryką”.

Tymczasem na ulicach Nairobi ludzie cały czas fetują zwycięstwo Obamy. Na chodnikach straganiarze rozkładają świeże gazety. „Nowy świt w Ameryce” – mówią tytuły – „Pierwsza rodzina”, „Ameryko, nadchodzimy!”, „Zwycięstwo przynosi dumę kenijskiej diasporze”, „Ameryka głosuje na zmiany i nadzieję”.

Po południu docieramy do Kisumu – handlowe miasto nad Jeziorem Wiktorii, jest senne, rozgrzane od popołudniowego słońca, a powietrze jest wilgotne od parującego deszczu. Wszystkie drogi biegną w dół w stronę jeziora i przypominają ogromny bazar obudowany odrapaną, kolonialną architekturą. Miejscowi cały czas nas pozdrawiają – „Obama, Obama!”. Noc spędzamy w hotelu.

Wywiad z Magdaleną Piekorz

Widzowie są najważniejsi

"Suplement", nr 5/2008

Reżyserka Magdalena Piekorz, absolwentka i wykładowca Wydziału Radia i Telewizji UŚ, ponownie we współpracy z chorzowskim pisarzem Wojciechem Kuczokiem nakręciła swój drugi film fabularny. „Senność” to trzy historie o ludziach w emocjonalnym letargu. W rozmowie z „Suplementem” autorka opowiada o swoim nowym filmowym przebudzeniu.


fot. filmpolski.pl

Czy lubi pani oglądać filmy do późna w nocy, pijąc kawę za kawą?

Tak, kiedy byłam małą dziewczynką i rodzice zawozili mnie na weekendy do dziadków, czekałam, aż dziadkowie zasną i oglądałam nocne kino. Pamiętam filmy „Życie Kamila Kuranta”, „Zaklęte rewiry”, „Nóż w wodzie”. Wielu rzeczy nie rozumiałam, ale na pewno te filmy odcisnęły na mnie swoje piętno. Dzisiaj całe dnie spędzałabym w kinie. Kiedy przyjeżdżam do domu w Katowicach, nocami często siedzę z mamą i oglądamy na DVD film za filmem.

Kiedy scenarzysta Wojciech Kuczok zadzwonił do pani z propozycją filmu, powiedział, że byłaby to opowieść o ludziach, którzy przesypiają swoje życie. Pani, jak przyznaje w wywiadach, była w podobnej sytuacji, a ten film był przebudzeniem. Co miała pani na myśli?

Przez ostatnie cztery lata walczyłam o cztery kolejne projekty i traciłam już siły. Myślałam, że nie zrobię następnego filmu. Kiedy Wojtek Kuczok zadzwonił do mnie z propozycją zrobienia filmu o ludziach w stanie twórczej niemocy, pomyślałam, że i mnie to dotyczy. Chociaż u mnie ta niemoc wynikała raczej z przyczyn technicznych, bo nie potrafiłam znaleźć pieniędzy na kolejne filmy.

W 2004 roku za film „Pręgi” dostała pani prestiżową nagrodę Złote Lwy w Gdyni i miała problem ze zrealizowaniem aż czterech projektów?


Środowisko uznało chyba, że powinnam odetchnąć i dojrzeć do następnego filmu. Poza tym u nas traktuje się nagrody jako zwieńczenie pewnego etapu pracy, nie idą za nimi ani zainteresowanie producentów, ani większe możliwości. O każdy następny film trzeba walczyć od podstaw.

Miała pani wpływ na scenariusz, na podstawie którego Wojciech Kuczok napisał powieść. Książka i film są do siebie wyjątkowo podobne. Jaki miała pani udział w tworzeniu tych scenariuszowo-książkowych historii?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo nie czuję się scenarzystką. Każde zdanie napisane w scenariuszu jest Wojtka. Wymyślał historie na głos i razem się nad nimi zastanawialiśmy. Nie odważyłabym się napisać dialogu, a Wojtek ma do tego talent. Włączałam się w jego proces tworzenia jedynie wtedy, kiedy wydawało mi się, że pewne rzeczy są albo nieprzekładalne na język filmu, albo zbyt literackie. Wojtek często prowadzi historie w stronę smutnych zakończeń, a ja lubię zostawiać bohaterom światło. Myślę, że dopóki nie dojdziemy do sytuacji ostatecznych, zawsze jest szansa, żeby się odbić. Książka powstała w tym przypadku później niż scenariusz, właściwie na jego kanwie, ale była dla mnie odkrywcza, bo w filmie trójwątkowym nie ma miejsca dla dygresyjności, literatura jest dużo bardziej pojemna.

Krytycy nie zawsze są „Senności” przychylni. Za ten film dostała pani jednak nagrodę Złoty Klakier na festiwalu w Gdyni za najdłużej oklaskiwany film. Czy udało się nie zawieść publiczności?

Żebym mogła odpowiedzieć na to pytanie, musi upłynąć trochę czasu. Film jest w kinie dopiero dwa tygodnie. W niedzielę, zupełnie prywatnie, poszłam jednak na seans, bo byłam ciekawa, jak zwykła publiczność odbierze ten film. Była pełna sala, a ludzie fantastycznie reagowali. Spotkałam tam jednego z chłopaków, który zagrał w „Senności”. Kiedy mnie zobaczył, zaczął krzyczeć i zrobiło się zbiegowisko. Kilka osób podeszło i podziękowało. Mówili, że film się podobał. Cieszy mnie też Złoty Klakier, bo to nagroda publiczności, a dla niej przede wszystkim robi się filmy. Oczywiście przykro mi, że „Senność” nie została zauważona przez jurorów w Gdyni, ale analizuję każdą recenzję i staram się wyciągać wnioski. Nie lubię tylko złośliwej krytyki. Poza tym czas zweryfikuje wszystkie opinie.

Wywiad z zespołem Delons

Płyta po dziewiętnastu latach

Onet.pl, 30.03.2005

Za drzwiami słychać głośną muzykę. Po kilku minutach czekania na koniec piosenki pukam do drzwi. Wchodzę do ciasnej sali Młodzieżowego Domu Kultury w Mysłowicach. Tutaj muzycy zespołu Delons odbywają próby. Na spotkanie z wokalistą, Markiem "Dżałówą" Jałowieckim, przychodzę punktualnie. Po powitalnym uścisku dłoni oznajmia mi, że zaprawił się ostatnio w udzielaniu wywiadów. Strofując obecnych w pomieszczeniu kolegów słowami "Chłopaki, musicie być teraz cicho", daje mi do zrozumienia, że możemy zaczynać.


fot. Last.fm

Wasz debiut, album "Wersja z napisami", ukazał się kilka dni temu. Jak się czujesz?

Marek Jałowiecki: Bardzo się cieszę, bo spełniło się moje marzenie. Wyszła bezkompromisowa płyta zespołu, któremu wymyśliłem nazwę, gdzie piszę muzykę i słowa. Nic lepszego nie mogło mnie spotkać w tym roku.

Spodziewałeś się, że będziesz czekał 19 lat na nagranie i wydanie tej płyty?

Marek Jałowiecki: Kiedy dwa lata temu pojawił się pierwszy sygnał, że może się ukazać, będąc urodzonym sceptykiem, nie wierzyłem w to. Z czasem wydanie płyty stawało się coraz bardziej realne. Marzyłem o jej wydaniu, ale wcześniej się tego nie spodziewałem.

Może te lata były potrzebne?

Marek Jałowiecki: Z czasem bagaż doświadczeń nie tyle muzyka, ile słuchacza spowodował, że muzyka stawała się nam bliższa. Im bardziej profesjonalnie podchodziliśmy do grania, tym większych nabierała rumieńców. Duża zasługa w tym gitarzysty Wojtka Wołyniaka. Ta płyta jednak nie wyszłaby bez wpływu Przemka Myszora [gitarzysta oraz klawiszowiec Delons i Myslovitz] oraz Maćka Pilarczyka, naszego managera. Interesując się muzyką alternatywną od wielu lat jestem w stanie stwierdzić, że nawet Generał Stilwell mógł wydać płytę.

A gdyby tak się stało?

Marek Jałowiecki: W tamtym czasie wydał płytę warszawski zespół Fotoness, który odszedł od stylistyki punkowej na rzecz indie rocka, indie popu, muzyki gitarowej. Ta płyta przeszła do historii, była opisywana, ale teraz nikt o niej nie pamięta. Być może bylibyśmy zespołem, o którym dzisiaj pamiętaliby jedynie ludzie słuchający podobnej muzyki. Nie sądzę, że dokonalibyśmy przewrotu.

Paweł Jankowski, gitara basowa: Myślę, że gdybyśmy mieszkali w innym kraju, tę płytę mielibyśmy dużo wcześniej. Gdybyśmy żyli w normalnym kraju, mielibyśmy większe możliwości.

To znaczy?

Marek Jałowiecki: To znaczy w normalnym kraju pod względem przemysłu muzycznego, gdzie mielibyśmy do dyspozycji sieć niezależnych wytwórni, dobrą, liczną i fachową prasę muzyczną. W muzyce codziennie coś się dzieje, a w Polsce nie ma świeżości informacji. Gazeta "Teraz Rock" opisuje tylko zespoły, które są na wierzchu, recenzuje płyty z półrocznym poślizgiem. Nie każdy potrafi dotrzeć do nowości, przeważnie przez internet, gdzie są one opisane w języku angielskim. Nie ma dobrego, alternatywnego radia. Kiedyś Trójka prezentowała poziom, a teraz jej najciekawsze autorskie audycje są w nocy. Wiele polskich zespołów nie jest prezentowanych w radiu. Nie wiem, jak będzie z nami.

Idąc tym tropem, czy Generał Stilwell nie był zespołem przełomowym, pierwszym grającym muzykę gitarową w Polsce?

Marek Jałowiecki: Dokonalibyśmy przełomu, gdyby ludzie, którzy chodzili wtedy na nasze koncerty i słuchali naszej muzyki, byli świadomi, czego słuchają. W 1986 r. ludzie w Mysłowicach znali tylko gitarowe zespoły ze szczytów, jak np. The Cure i nie kochali zespołów, na których my się wzorowaliśmy. Nie było w stanie wykształcić się specyficzne gitarowe środowisko, tak jak to miało miejsce w Wielkiej Brytanii.

11 kwietnia 2010

Wywiad z Bartkiem Konopką i Weroniką Bilską

Piękne zdjęcia do „Brzydkich słów”

"Suplement", nr 01/2010

Studentka V roku realizacji obrazu filmowego Wydziału Radia i Telewizji UŚ, Weronika Bilska (26 lat), za zdjęcia do filmu „Brzydkie słowa” w reżyserii Marcina Maziarzewskiego, na zakończonym w Łodzi Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych Plus Camerimage 2009 otrzymała Złotą Kijankę w Konkursie Etiud Studenckich oraz Nagrodę Stowarzyszenia Filmowców Polskich.


Weronika Bilska

fot. archiwum Weroniki Bilskiej

Jakie nowe doświadczenia towarzyszyły ci przy pracy nad „Brzydkimi słowami”?

Nowym doświadczeniem przy realizacji był przede wszystkim temat, w którym główna postać zmaga się z dość uciążliwą przypadłością, czyli zespołem Tourette'a. Wyzwaniem było opracowanie takiej koncepcji formalnej filmu, żeby nie udziwniać dodatkowo świata bohatera. Dlatego zdecydowaliśmy się na bardzo prosty sposób opowiedzenia tej historii.

Przeklinasz na planie?

Zdarza mi się pod nosem, od czasu do czasu.

Najpierw interesowałaś się fotografią. Niewiele kobiet zajmuje się operatorstwem. Skąd ten wybór?

Wybór operatorki wziął się z tego, że moje zainteresowanie fotografią w dość naturalny sposób przeszło w zainteresowanie filmem, a następnie samą pracę z kamerą. Fotografia przestała mi bowiem wystarczać.

Dlaczego zdecydowałaś się na studia w Katowicach, a nie w Łodzi?

Studia w Katowicach wybrałam, ponieważ system nauczania, o którym słyszałam, pasował mi bardziej niż zasady w łódzkiej filmówce. I swojego wyboru nie żałuję, mimo różnych trudnych momentów, z którymi w czasie studiów musiałam się zmierzyć. I dalej się zmagam.

Sfotografowany przez Weronikę Bilską film powinien być...

Poruszający, czyli taki, który coś w widzu uruchamia.

Nad czym aktualnie pracujesz?

Kończę zdjęcia do dokumentu i przygotowuję się do pracy nad paroma projektami.

BK

„Królik po berlińsku”. Film przyrodniczy o socjalizmie

"Suplement", nr 01/2010

Bartek Konopka – 37 lat, absolwent Wydziału Radia i Telewizji UŚ – został nominowany do Oskara w kategorii najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny. To pierwsza nominacja do tej nagrody dla absolwenta katowickiej filmówki.


Bartek Konopka

fot. archiwum Bartka Konopki

Do gali zostało 15 dni. Czy bilet do Los Angeles już kupiony?


Nie. Czekam do ostatniej chwili, bo tak naprawdę bardziej wyczekuję drugiego dziecka, które ma nam się narodzić w tym samym czasie. W końcu to dopiero pierwsza nominacja.

Artystyczne dokumenty to nie jest w Polsce popularny gatunek. Dlaczego zdecydował się pan na opowiedzenie historii o berlińskim murze i to w dodatku ze zwierzętami w roli głównej?

Robię dokumenty i reportaże od 13 lat. Zrobiłem kilkanaście półgodzinnych filmów, dwa godzinne. Znudziły mi się tradycyjne formy. Uważam, że dokument paradoksalnie daje większą swobodę twórczą niż fabuła. Nie ma ograniczeń budżetu, konwencji, aktorów. Długo czekałem na zrobienie czegoś oryginalnego i zaskakującego. To najbardziej lubię w kinie.

Mówi pan, że to film o socjalizmie jako zjawisku przyrodniczym. Co ma pan na myśli?

Inaczej – film przyrodniczy o socjalizmie. Przyglądamy się pod lupą królikom doświadczalnym, jakimi byliśmy w PRL-u, NRD, Czechosłowacji itd. Ta epoka jest coraz bardziej odległa. Można pozwalać sobie na coraz większy nawias w opowiadaniu o niej. Nie było dotąd takiego dokumentu o murze. Tego typu odwilż zaczęła się w fabule niemieckiej – „Good Bye Lenin!”, „Słoneczna Aleja” – ale nie w dokumencie. Tym bardziej miło nam, że polskimi łapkami zrobiliśmy wyłom w tej dziedzinie.

Jesienią ruszyły zdjęcia do pańskiego debiutu fabularnego „Lęk wysokości”. Jaką historię chce pan opowiedzieć tym razem?

To jest zupełnie inna bajka. Osobisty, intymny film. Opowieść o spotkaniu normalności z szaleństwem. Historia reportera telewizyjnego, któremu chory psychicznie ojciec zakłóca karierę, za pośrednictwem telewizji i telewizorów. Premiera na jesieni.

Uniwersytet Śląski to dla pana...

Odskocznia w świat wyobraźni i przeżyć artystycznych. Tam, na WRiTV, zaczęła się moja głębsza przygoda z filmem. Zaczęło się eksperymentowanie, od pierwszego ćwiczenia. Miałem też świetny rok i inspirujących mistrzów.

BK