"Suplement", nr 3/2009, fragmenty
– Nowa fala to był sposób myślenia i zachowania – francuska aktorka Anna Karina, gość krakowskiego festiwalu filmowego Off Camera, opowiada o początkach kariery i związku z wybitnym reżyserem Jean-Lukiem Godardem.

Anna Karina na planie filmu "Le Soleil dans l'oeil", 30 listopada 1961
fot. newwavefilm.com
Urodziła się pani w Danii. Jak trafiła pani do Francji i została aktorką?
W Danii wystąpiłam w filmie krótkometrażowym „Pigen og skoene” – „Dziewczyna z butami”. Miałam 14 lat. Opuściłam szkołę, zaczęłam pracować jako windziarka. Nie lubiłam tego. Malowałam ilustracje dla gazet, śpiewałam i tańczyłam. Miałam problemy z mamą i nowym ojczymem. Nigdy nie poznałam swojego prawdziwego ojca. Pierwszego ojczyma bardzo lubiłam. Kiedy miałam 11 lat, zabrał mnie i moją mamę do Paryża. Chciałam tam wrócić i zostać aktorką. Pojechałam.
Dlaczego właśnie tam?
Naprawdę chciałam. Lubiłam Francję i jej kulturę. Chciałam jechać do Ameryki, ale doszłam do wniosku, że to za daleko. Nie miałam pieniędzy. Wsiadłam na prom z Kopenhagi do Stuttgartu, a później jechałam autostopem i pociągiem. Na miejscu poszłam zobaczyć się z księdzem w duńskim kościele w pobliżu Pól Elizejskich. Powiedziałam: „Musi mi ksiądz dać miejsce do spania. Nie mogę spać pod mostami”. Odpowiedział: „Nie możesz spać w kościele, to wykluczone!”. Znalazł mi mały pokój. Byłam bardzo szczęśliwa.
Była pani zupełnie sama?
Tak, na początku. Wszędzie chodziłam pieszo. Miałam jedną czarną sukienkę. Nie miałam ciepłej wody i trudno było ją wyprać. Malowałam na ulicy, ale to nie dawało pieniędzy. Pewnego razu, kiedy usiadłam w kawiarni, podeszła do mnie kobieta. Poprosiła, żebym zgodziła się na sesję do magazynu „Jours de France”. Byłam przestraszona. Dziadek mi zawsze mówił, żebym nie rozmawiała z nieznajomymi. Ale to ja byłam nieznajomym! Mówiłam tylko po angielsku. Powiedziałam: „Nie wiem. Nie znam pani. O co chodzi?”. „Chodzi o sesję do bardzo znanego magazynu”. Powiedziałam: „Jeśli będzie pani sama, to nie zrobię tego, ale jeśli przyjdzie pani z innymi ludźmi, to zgoda”. Jeśli przyszłoby więcej ludzi, zawsze ktoś mógłby mnie obronić. To byt bardzo naiwny sposób myślenia. Kobieta zaczęła się śmiać i powiedziała: „Oczywiście!”. Dostałam pieniądze po tygodniu. Później poszłam na sesję do magazynu „ELLE”, prowadzonego przez Helene Lazareff. Obcięli mi włosy, zrobili makijaż. Była tam też inna kobieta. Podeszła i zapytała: „Jak się nazywasz?". Powiedziałam: „Hanna Karin Blarke”. „Słyszałam, że chcesz być aktorką?”. Odpowiedziałam: „Tak, chcę się nauczyć francuskiego i zostać aktorką”. A ona na to: „Więc musisz się nazywać Anna Karina”. To była Coco Chanel. Dostałam się na okładkę magazynu. Dzisiaj mamy ich dużo, ale wtedy było tylko kilka. Ludzie rozpoznawali mnie na ulicy. Zaczęłam dostawać wiele ofert. To był dar z nieba. Odkładałam pieniądze w banku, jadłam bardzo mało. Chciałam iść do szkoły, uczyć się francuskiego. Wystąpiłam w reklamie mydeł Palmolive i Monsavon.
Te reklamy okazały się bardzo ważne w pani karierze.
Tak, bo zauważył mnie Jean-Luc Godard. Poprosił o spotkanie i zaproponował rolę w „Do utraty tchu”. Chciał, żebym się w filmie rozebrała. Powiedziałam: „Nie, nie zrobię tego” i wyszłam. Dla mnie to było porno. Zapomniałam o całej sytuacji. Po kilku miesiącach dostałam nowy telegram, tym razem z propozycją zagrania głównej roli. Pomyślałam: „O co chodzi? Jeszcze nic nie zrobiłam. Jak mogę zagrać główną rolę?”. Pokazałam telegram znajomym. Powiedzieli, że to Jean-Luc Godard, że właśnie nakręcił piękny film z Jean Seberg i Jean-Paulem Belmondo „Do utraty tchu”, że muszę iść. Zapytałam: „Czy to ten facet w ciemnych okularach?”. „Tak, to on”. Powiedziałam: „Pamiętam. Chciał, żebym się rozebrała”. Nalegali, żebym poszła i tak zrobiłam. Byłam nieco zdenerwowana, bo wcześniej mu odmówiłam. Zapytałam, czy będę musiała zdjąć ubranie. Odpowiedział, że nie, że to film polityczny. Nic nie wiedziałam o polityce! Obiecał, że będę robiła tylko to, co mi powie i żebym podpisała kontrakt. Nie mogłam tego zrobić, bo nie miałam 21 lat. On na to: „To przyjdź z mamą, z tatą, z kimkolwiek”. Ale moja mama była w Kopenhadze! Stwierdził: „Och, jesteś naprawdę trudna!”. Wysłali mojej mamie bilety na samolot, przyleciała trzy dni później i podpisała kontrakt. Pojechaliśmy do Szwajcarii kręcić „Żołnierzyka”, ale trwało to bardzo długo, bo Godard co chwilę przerywał.






