23 kwietnia 2014

"Dźwięki pracy". Szwedzki projekt, w który włączyło się krakowskie Muzeum Inżynierii Miejskiej

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 16 kwietnia 2014

Muzeum Inżynierii Miejskiej bierze udział w projekcie "Dźwięki pracy".


Fragment ekspozycji "Tramwaje na Wawrzyńca"

fot. P. Czachor, MIMK

Jak brzmi prasa drukarska, stary tramwaj lub maszyny do produkcji zapałek? Szwedzkie Muzeum Pracy zainicjowało projekt "Dźwięki pracy", którego celem jest rejestracja odgłosów pracy najróżniejszych urządzeń i maszyn. W projekt włączyło się krakowskie Muzeum Inżynierii Miejskiej. O „akustycznej duszy” urządzeń i maszyn Sylwia Paszkowska rozmawiała z Moniką Widzicką, pracownikiem muzeum i koordynatorem projektu.

– Dźwięki przemijają, nie tylko w skali stulecia, ale ostatnich kilkudziesięciu, kilkunastu lat. Jednym z dźwięków, które współcześnie ciężko usłyszeć, a który pamiętam z dzieciństwa, jest odgłos przewijania kasety magnetofonowej – mówiła Widzicka.

Projekt zapoczątkowany został w 2013 r. Bierze w nim udział sześć placówek – w Słowenii, Niemczech, Finlandii, Belgii, Szwecji i Polsce.

Krakowskie Muzeum, po okresie przygotowawczym, rozpoczyna nagrania. W pierwszej kolejności zarejestruje dźwięki urządzeń ze swoich zbiorów. W planach jest też nagranie krakowskich tramwajów i urządzeń Muzeum Włókiennictwa w Łodzi.

Projekt ma m.in. na celu nawiązanie współpracy ze szkołami. Jak mówi koordynator chodzi o pomoc w edukacji historycznej, ponieważ kiedy uczeń posłucha dźwięku, lepiej wyobrazi sobie rzeczywistość, o której się uczy.

– Naszym zadaniem jest nagranie co najmniej 600 dźwięków pracy, opracowanie tych dźwięków, zrobienie zdjęć, przygotowanie filmów, które obrazują, jak urządzenie pracuje i sporządzenie opisu – mówiła Widzicka.

Nagrane dźwięki zamieszczane są w internecie. Działa już strona www.workwithsounds.eu, na której można odsłuchać już 22 zagraniczne nagrania z planowanych 600 ze wszystkich placówek. Rejestracja potrwa do 2015 r.


wydawca: BK

20 kwietnia 2014

Ks. Władysław Gurgacz. Kapelan żołnierzy wyklętych

www.radiokrakow.pl, 18 kwietnia 2014

Oddział nazywano bandą, konfiskatę rabunkiem, a działalność niepodległościową przedstawiano jako czysto kryminalną. 65 lat temu komunistyczne władze Polski skazały na karę śmierci 35-letniego ks. Władysława Gurgacza, kapelana żołnierzy wyklętych. Wyrok wykonano strzałem katyńskim w tył głowy w więzieniu przy ul. Montelupich.


fot. archiwum RK

2 kwietnia minęła 100. rocznica urodzin jezuity. 16 kwietnia gośćmi Jolanty Drużyńskiej byli autorzy książek o ks. Gurgaczu Filip Musiał i Dawid Golik, krakowscy historycy związani z IPN. Okazją do spotkania było też ukazanie się ich książki „Władysław Gurgacz. Jezuita wyklęty”.

– Jest jedną z kilku wyjątkowych postaci, które nadają się na to, aby pełnić rolę swoistego symbolu tego powojennego oporu – mówił Filip Musiał.

Do rozpowszechnienia informacji o ks. Gurgaczu i jego działalności na Sądecczyźnie w oddziale niepodległościowym przyczynił się ks. Stanisław Szymański, który w latach 70. napisał funkcjonującą w obiegu zakonu jezuitów książkę na jego temat. Potem historię ks. Gurgacza i jego towarzyszy opisała krakowska badaczka podziemia niepodległościowego, z zawodu muzyk, Danuta Suchorowska wydając za czasów PRL w drugim obiegu książki „Gurgacz. Popiełuszko dni stalinowskich” i „Postawcie mi krzyż brzozowy”.

Ks. Gurgacz urodził się w 1914 r. w Jabłonicy Polskiej. W wieku 17 lat wstąpił do nowicjatu księży jezuitów w Starej Wsi. W 1937 r. zamieszkał w Krakowie, w którym rozpoczął studia filozoficzne. W Wielki Piątek w kwietniu 1939 r. złożył na Jasnej Górze akt całkowitej ofiary za ojczyznę w potrzebie. Deklarował wówczas: „Za grzechy ojczyzny mojej, tak za winy narodu całego, jako też i jego wodzów przepraszam cię Panie i błagam zarazem gorąco, byś przyjąć raczył jako zadośćuczynienie całkowitą ofiarę z życia mego”. Trzy lata później, także na Jasnej Górze, przyjął święcenia kapłańskie. W 1945 r. znalazł się w Gorlicach, w których został duszpasterzem w miejscowym szpitalu.

O postawie jezuity podczas wojny mówił Dawid Golik: – Ks. Gurgacz nie tylko starał się bronić ojczyznę własną postawą, naukami, ale po jej zakończeniu dostrzegał, że ta niepodległość to nie jest niepodległość, o którą Polakom chodziło. – W 1947 r. jezuita, przeniesiony wcześniej do Krynicy, zetknął się z działaczami podziemia niepodległościowego, m.in. ze Stanisławem Pióro, przywódcą i jednym z twórców Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców działającej na Sądecczyźnie. Ks. Gurgacz, mimo zakazu władz zakonnych, przystępuje do oddziału chcąc wspierać duchowo działających w coraz trudniejszych warunkach, ściganym przez bezpiekę konspiratorom, tak by ich partyzanckie działania zgodne były z etyką chrześcijańską. Kontrowersyjna decyzja jezuitów odcinająca się od niepodległościowej działalności współbrata – jak podkreślali goście programu – była fikcyjna i miała na celu uchronienie zakonu od represji ze strony rządzących Polską.

Władza i podziemie wzajemnie się infiltrowały. Jeszcze w 1945 r., po decyzji komendanta głównego AK gen. Leopolda Okulickiego o rozwiązaniu Armii Krajowej, dowodzący okręgiem AK Kraków płk Przemysław Nakoniecznikoff przekazał demobilizowanym podkomendnym szczegółowe wskazówki postępowania, pośród których znalazły się także i takie: „Wstępować do wszelkiego rodzaju urzędów, aby utrudnić rządy szumowin, a w odpowiednim momencie opanować sytuację”. W punkcie siódmym instrukcji czytamy natomiast: „Wstępować do polskiej władzy bezpieczeństwa »milicja« i »urzędy bezpieczeństwa«”. Być może właśnie dlatego w UB znalazł się Józef Kuraś, późniejszy dowódca najsłynniejszego oddziału niepodległościowego działającego na Podhalu.

O konfidentach działających w szeregach podziemia mówiła w programie prowadząca Jolanta Drużyńska: – Być może wielu uratowałoby życie, gdyby nie agenci bezpieki, jak np. Janina Mendel, która donosiła na żołnierzy ugrupowania, w którym działał ks. Gurgacz. – To osoba, która doprowadza do wsypy całego pionu cywilnego PPAN, bezpośrednio do aresztowania 34 osób, pośrednio do ponad 100 – dodał Filip Musiał.

Wiosną 1949 r. oddział Żandarmeria PPAN, nękany obławami UB i wojsk KBW, nie mając środków na przetrwanie, zdecydował się na przeprowadzenie akcji propriacyjnych. 2 lipca 1949 r. przygotowana została akcja rekwizycji pieniędzy należących do państwowego banku w Krakowie. Akcja zakończyła się aresztowaniem całej grupy, w tym ks. Gurgacza, pełniącego podczas akcji funkcję obserwatora.

Po szybkim śledztwie oskarżeni już w sierpniu stanęli przed Wojskowym Sądem Rejonowym. Proces został nagłośniony przez ówczesne media. Aresztowanie księdza, z którego zrobiono przywódcę wrogiej nowemu porządkowi w państwie organizacji, wpisywało się w polityczny scenariusz komunistów. Pisano więc o księdzu stojącym na czele „bandy”, który zachęcał do „rabunków” państwowego mienia. W trakcie procesu prokurator Henryk Ligęza zażądał dla ks. Gurgacza i pozostałych oskarżonych – ppor. Stefana Balickiego (dowódca oddz. Żandarmeria) i st. sierż. Stanisława Szajny, a także młodego jezuity Michała Żaka – kary śmierci. Prezydent Bolesław Bierut skorzystał z prawa łaski tylko wobec kleryka Żaka. Egzekucja trójki skazanych odbyła się 14 września 1949 r. na podwórku więzienia przy ul. Montelupich. Wszyscy zostali pochowani na cmentarzu Rakowickim. Groby odnalezione zostały dzięki informacji anonimowego pracownika cmentarza wiele lat później. Dopiero po 1989 r. stało się możliwe oficjalne przypomnienie czynów bohaterskiego księdza.

JD, BK

14 kwietnia 2014

Wyjeżdżam z kraju. Dla pracy czy stylu życia?

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 10 kwietnia 2014

2 mln Polaków mieszka za granicą, tylko 17% nie rozważa wyjazdu z kraju – wynika z badań MillwardBrown. Dawniej ludzie wyjeżdżali z powodów politycznych lub ekonomicznych. Podobno dzisiaj coraz częściej chodzi o styl życia.


fot. freeimages

Czy decydujemy się na wyjazd z kraju z powodu pracy, czy może to nie jest już tak ważne? Czy i dlaczego za granicą można czuć się lepiej niż w kraju? O tzw. drugiej fali emigracji Magdalena Wadowska rozmawiała dzisiaj z prof. Haliną Grzymałą-Moszczyńską, psychologiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego i dr Ewą Hartman, wykładowcą prawa europejskiego, która przez kilka lat pracowała za granicą.

– Ludzie wyjeżdżają ze wszystkich powodów. W moich badaniach jasno widać, że nie ma scenariusza, który pasowałby do wszystkich. Ostatnio analizowałam dane z wywiadami z Polkami mieszkającymi w Szwajcarii. Mieliśmy pełne spektrum, od powodu czysto matrymonialnego, jadę znaleźć męża albo znalazłam męża, jadę do niego, wydawałoby się, że to niedzisiejsze, jadę się rozwinąć, wydelegowała mnie firma. Musimy uciekać od stereotypów – mówiła prof. Grzymała-Moszczyńska. – Po prostu wyjeżdżamy, wrócimy, spróbujemy, może się uda.

Z jakiego powodu wyjechała dr Hartman? – To była chęć robienia pracy naukowej. Zaczęłam robić pracę w Polsce, ale napotkałam na trudności. Mówimy o 10 latach wstecz. Nie wiem, jak jest w tym momencie. Napotkałam na trudności logistyczne, problemy ze źródłami, z kopiami, książkami, pieniążkami. Postanowiłam, że może spróbowałabym zrobić pracę za granicą. Zaczęłam aplikować o stypendia na uczelniach. Dostałam kilka ofert. Jedną z nich wybrałam – mówiła. – I nie żałuję. – Dr Hartman mieszkała i wykładała w Bournemouth, później przeniosła się do Brukseli, w której pracowała w Komisji Europejskiej.

Zdaniem prof. Grzymały-Moszczyńskiej ludzie emigrują dzisiaj inaczej niż dekadę temu. – Jeżeli emigrują profesjonaliści, emigrują na stanowisko przygotowane dla nich przez koncern. Jeżeli emigrują ludzie bez wykształcenia, znajomości języka, to emigrują prosto w ramiona firmy-pośrednika, która zabierze 3/4 ich zarobków – mówiła profesor.

Profesor mówiła o swojej doktorantce, której doradziła wyjazd za granicę, ponieważ w Polsce nie dostałaby etatu. Studentka wyjechała i pracuje w Londynie. – Mnie, jako promotorowi, jest z tym bardzo trudno, bo produkuję znakomitych pracowników dla Brytyjczyków.

Dr Harman za granicą czuła większe bezpieczeństwo finansowe, ale nie tylko. – Też bezpieczeństwo na ulicach, wynikające z bardzo dużego poszanowania przestrzeni publicznej przez Brytyjczyków, niższy poziom agresji między ludźmi – mówiła.

Prof. Grzymała-Moszczyńska zachęcała do zapoznania się w internecie z tematem Third Culture Kid. Chodzi o dzieci, które z racji zawodu rodziców zmieniały miejsce zamieszkania, dzieci artystów, muzyków, dyplomatów. – Tyle razy wyrwane z korzeniami, cierpiące na rozłąkę, zaczynają szukać czegoś stałego – mówiła profesor. Na zakończenie dodała: – Dobrze jest robić bilans, kiedy się decyduje o emigracji. Nie może składać się tylko z części ekonomicznej. Powinien być próbą odpowiedzi, co to znaczy na dłuższą perspektywę.


wydawca: BK

9 kwietnia 2014

Z internetu do rzeczywistości. Kobiece awatary Rudowicz

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 9 kwietnia 2014

Dla wielbicieli grafiki, portretów i... awatarów krakowska kawiarnia Pauza in Garden przygotowała niespodziankę. Już jutro wernisaż wystawy "Femmes Avatars".


fot. archiwum Dominiki Rudowicz

Gościem Magdaleny Wadowskiej była dziś autorka prac, które tam zobaczymy, Dominika "Kuka" Rudowicz, projektantka grafiki, absolwentka Wydziału Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego i Architektury Wnętrz ASP.

Zakładając konto w serwisie internetowym można zamieścić na nim zdjęcie profilowe. Można zdecydować się na swoje zdjęcie lub awatara. Rudowicz proponuje artystyczną wersję tego drugiego. Przenosi awatary do świata rzeczywistego, z drugiej strony nie ukrywa, że cieszyłaby się, gdyby ktoś korzystał z nich w internecie.

Artystka postanowiła sportretować ważne dla siebie kobiety, osobowości XX w., ale w sposób, w który można zrobić to w wieku XXI. Stworzyła świecące obrazy. – Tworzone kreską wirtualną, która nie istnieje, ale jednak może zaistnieć, dzięki realnym materiałom – mówiła "Kuka". Jak wyglądają świecące prace? – Najlepiej zobaczyć – mówiła – To grafika. Zamknięte jest to w formacie kwadratowym, czyli można powiesić na ścianie. Są świecące, dlatego, że fizycznie to światło istnieje. Podświetlam je, żeby wydobyć wewnętrzny ich format i żeby mogły zaistnieć ciekawiej, inaczej niż zwykły, tradycyjny obraz, olej, płótno.

Na wystawie będzie można zobaczyć dziesięć prac – autoportret oraz portrety: mamy artystki, spokrewnionej z "Kuką" malarki Teresy Rudowicz, Marilyn Monroe, Coco Chanel, Heleny Rubinstein, Madonny i Amy Winehouse. Będą podświetlane. Będą też dwie filcowe prace przedstawiające Fridę Kahlo i Matkę Boską. – To kobiety, które mnie inspirowały i dalej inspirują, które chcę docenić, może wyróżnić – mówiła autorka.

Wernisaż wystawy 10 kwietnia o godz. 19 w kawiarni Pauza in Garden Małopolskiego Ogrodu Sztuki przy ul. Rajskiej 12. Wystawa potrwa do 10 maja.


wydawca: BK

8 kwietnia 2014

Rojek 2.0

Były mistrz Polski w pływaniu i nauczyciel WF. Obecnie przede wszystkim muzyk, od 8 lat dyrektor Off Festivalu. Od jego rozstania z grupą Myslovitz mijają 2 lata. 4 kwietnia ukazał się jego solowy album "Składam się z ciągłych powtórzeń". Dwa dni później promował go koncertem w krakowskim klubie Studio.


Artur Rojek w Krakowie

fot. Amelia Koziara, KSAF

Duże, podświetlane inicjały "AR" w tle i ich właściciel na scenie. Pierwszą godzinę wypełniły piosenki z solowego albumu, pozostałe pół trzy piosenki Lenny Valentino i dwie Myslovitz ("W deszczu maleńkich żółtych kwiatów" i "Good Day My Angel"). Te pół godziny mogło spodobać się wielbicielom melodii.

"Składam..." to jeden z najbardziej oczekiwanych albumów ostatniego czasu. Rojek odchodzi na nim od gitarowego brzmienia w stronę elektroniki. - Nowe piosenki są przekombinowane, ale wokalnie Rojek nadal daje radę - mówiła Marta, uczestniczka koncertu. - Brak słów, żeby opowiedzieć. Było fantastycznie! - komentowała Joanna.

Był to trzeci z siedmiu planowanych występów promujących płytę. Więcej informacji: http://kayax.net.

BK

4 kwietnia 2014

Krzysztof Jasiński gościem programu "Przed hejnałem"

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 4 kwietnia 2014

Krzysztof Jasiński – aktor i reżyser. W ubiegłym roku skończył 70 lat. Od 48 lat kieruje Teatrem STU, który założył jeszcze jako student, m.in. wraz z Olgierdem Łukaszewiczem, Wojciechem Pszoniakiem i Jerzym Trelą.


fot. Tomek Szkodziński, Krakowski Teatr Scena STU

W swoim teatrze ma na koncie ok. 70 realizacji. "Spadanie" (1970), "Sennik Polski" (1971), "Exodus" (1974) – te spektakle Teatru STU były głosem pokolenia. Teatr znany jest też z organizowanych przez siebie głośnych benefisów. Magdalena Wadowska spotkała się dzisiaj w studiu z Krzysztofem Jasińskim, który opowiedział m.in. o tym, jak zakochał się w Mazurach i jakie ma plany przed zapowiadaną emeryturą.

O wyjeździe do swojego gospodarstwa w Gromie na Mazurach Jasiński mówił w studiu, że już przebiera nogami. – Zbudowałem dom na bagnie, żeby z ptakami... Najwięcej ptaków jest na bagnach – mówił. – Jak kupiłem kawałek ziemi, okazało się, że nie mogę go kupić, bo sprzedaje się tylko rolnikom. Zawsze chciałem kupić. Miałem wyjątkową okazję. W ciągu dwóch tygodni zdobyłem uprawnienia.

– Żeby dostarczać wyższych przyjemności widzom, trzeba wmyślać się w to, czego oni chcieliby, sami nie wiedząc, że chcą – mówił dyrektor. – Uczyłem się tego od samego początku, żeby się wsłuchiwać w przyszłość, antycypować czy przewidywać ducha czasu.

W 2016 r. Teatr STU obchodził będzie półwiecze. Dyrektor zapowiada, że odda wtedy stanowisko następcy. Komu? Nie zdradza. Aktualnie pracuje nad "Akropolis" Wyspiańskiego, trzecią cześć tryptyku, z którego zrealizował już "Wesele" i "Wyzwolenie". – Tego tryptyku nikt nigdy w historii teatru polskiego nie zrobił. Nikt nigdy z tryptykiem nie objechał Polski. Na 50 lat Teatru STU będzie 100 przedstawień w 50 miastach – mówił w "Przed hejnałem".


wydawca: BK

Dzieci czytają, młodzież już nie

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 2 kwietnia 2014

Jak zachęcić najmłodszych do czytania?


fot. SXC

Czy w ogóle można oderwać ich od komputerów i innych elektronicznych gadżetów? Magdalena Wadowska rozmawiała dziś o tym z autorami książek dla dzieci Barbarą Gawryluk, dziennikarką Radia Kraków i Łukaszem Dębskim.

2 kwietnia przypada rocznica urodzin duńskiego baśniopisarza Hansa Christiana Andersena. Z tego powodu w 1967 r. ustanowiono ten dzień Międzynarodowym Dniem Książek dla Dzieci.

– Nie jest źle – mówił Dębski o czytelnictwie wśród dzieci i młodzieży. Prozaik, scenarzysta, autor licznych książek dla dzieci i dorosłych w kawiarni Cafe Szafe, prowadzonej z Anną Kaszubą-Dębską u zbiegu ulic Felicjanek i Małej, organizuje liczne spotkania i imprezy literackie także dla małych czytelników. Jest również dyrektorem Festiwalu Literatury dla Dzieci. – Jeśli przybywa tytułów i są coraz doskonalsze, to świadczy to o tym, że ktoś to kupuje i czyta.

– Dzieci czytają na pewno w tej chwili więcej. Myślę, że też dzięki rodzicom, którzy im te książki kupują, zabezpieczają, czytają na głos – mówiła dziennikarka, autorka książek i tłumaczka. – Z młodzieżą jest gorzej. Zawsze przychodzi kryzys czytania, prędzej czy później.

– Brakuje książek dla dzieci, które przeżywają kryzys czytania, czyli gimnazjalistów – dodała Gawryluk.

Według wyników sondażu, którego wyniki opublikowano kilka lat temu w biuletynie Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, dzieci w pierwszej kolejności kupiłyby komputer, dopiero na drugim miejscu znalazła się książka. – Jest jeszcze wersja książki na komputer, czyli coś, co jest w środku – mówiła Gawryluk. – Na ogół dziecko ma już komputer, ma ewentualnie tablet – dodał Dębski. – Jeśli chodzi o czytelnictwo e-booków, to z tym jest słabiej. To zaskakujące, bo rynek książki dla dzieci jest bogaty i się świetnie rozwija, natomiast płacenie za treści w internecie, w tym za książki, jeszcze u nas się nie przyjęło.

Jak podają organizatorzy Festiwalu Literatury dla Dzieci: "Czekają nas liczne spotkania z autorami, ilustratorami, wystawy, warsztaty, pokazy filmów, wykłady i panele dyskusyjne. Festiwal rozpocznie się w Krakowie 12 maja i potrwa do 18 maja. Następnie przeniesiemy się do Warszawy na Targi Książki, tam będziemy od 22 do 25 maja. A na deser będzie Wrocław w dniach od 26 maja do 1 czerwca, gdzie przyznamy nagrodę za Najlepszą polską książkę dla dzieci 2013!". Wśród gości znajdą się m.in. Marta Fox, Barbara Gawryluk, Michał Rusinek i Szwed Martin Widmark. Seria Widmarka „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai” (w Polsce w tłumaczeniu Gawryluk) cieszy się niesłabnącą popularnością i nie schodzi z list bestsellerów w wielu krajach. Została przetłumaczona na ponad trzydzieści języków.

– Ciekawe jest pasmo "Nocne czytanki po zmroku" – mówił w "Przed hejnałem" dyrektor festiwalu – gdzie w swoich gabinetach o godz. 19 będą czytać dla dzieci prezydenci Jacek Majchrowski czy Rafał Dutkiewicz, będzie czytał prof. Jan Miodek, prof. Jerzy Bralczyk, na dachu biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, będzie czytał Zbigniew Wodecki.


wydawca: BK

2 kwietnia 2014

Z autyzmem w dorosłym życiu

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 2 kwietnia 2014

Dzisiaj Międzynarodowy Dzień Świadomości Autyzmu, ustanowiony z inicjatywy małżonki byłego emira Kataru Mozah. Obchody mają zachęcić do podejmowania działań i zwrócenia uwagi na niedopuszczalną dyskryminację, nadużycia i izolację, jakich doświadczają ludzie dotknięci tym zaburzeniem i ich najbliżsi.


fot. archiwum fundacji Wspólnota Nadziei

Kwiecień jest światowym miesiącem wiedzy na temat zaburzenia. W Polsce mieszka ok. 30 tys. dzieci i osób dotkniętych autyzmem. Według innych danych – nawet 50 tys. Jak podaje fundacja Wspólnota Nadziei według danych zebranych przez organizacje pozarządowe zajmujące się osobami z tym zaburzeniem oraz opinii rodziców i profesjonalistów ich sytuacja jest dramatycznie zła. Rodzice niepełnosprawnych dzieci apelują ostatnio o poprawę swojej sytuacji. Dlaczego sytuacja osób z autyzmem i ich rodzin jest tak zła? W studiu "Przed hejnałem" Magdalena Wadowska porozmawiała dziś o tym z Gabrielą Pierek, pedagogiem, koordynatorem i członkiem fundacji Wspólnota Nadziei oraz Danutą Ćwik, członkiem fundacji i mamą 31-letniego Adama dotkniętego autyzmem.

– Najtrudniejsze były początki, kiedy nie wiadomo było, na co cierpi moje dziecko, a zachowania jego były trudne – mówiła Ćwik. Pierwszą diagnoza brzmiała: dziecko niesłyszące, ale jego zachowanie nie przypominało zachowania innych niesłyszących dzieci. Dzisiaj odpowiednią diagnozę stawia się szybciej. – Jest więcej specjalistów, którzy potrafią rozpoznać autyzm. Wczesna interwencja jest na większym poziomie – mówiła Pierek.

31-letni Adam, oprócz tego, że jest osobą niesłyszącą, ma autyzm wczesnodziecięcy, upośledzenie umysłowe i ADHD. – Nie należy oczekiwać, że skończy uniwersytet, natomiast powinien mieć tak dostosowane warunki do swojego życia, żeby czuł się komfortowo i się rozwijał. – Adam lubi zajęcia stolarskie, w których uczestniczy jako mieszkaniec Farmy Życia w Więckowicach. Przebywa tam od ponad roku. Farma powstała z inicjatywy fundacji Wspólnota Nadziei w 2005 r. Mieszka na niej dziesięć dorosłych osób dotkniętych autyzmem. Ich głównym zajęciem jest praca w gospodarstwie rolno-ogrodniczym. – Najważniejsze to poczucie przynależności do miejsca i produktywności, wrażenia, poczucia, że mogę coś stworzyć, dać od siebie, mogę funkcjonować w podobny sposób do najbliższych – mówiła Pierek.

Mama Adama przez wiele lat stresowała się przebywając z synem w domu i na ulicy. W domu hałasował w nocy, a na ulicy zdarzyło mu się sięgnąć do kieszeni innej osoby w poszukiwaniu cukierków lub wsiąść do samochodu obcej osoby, bo bardzo lubi jeździć. Najbezpieczniej czuje się w lesie. Jego rodzice też. – Ma tam swobodę. Może biegać, skakać, cieszyć się – mówiła Ćwik.

– Jest spora grupa osób, które kończą studia – mówiła pedagog o osobach z zaburzeniem. – Radzą sobie świetnie w życiu zawodowym. Mają specyficzne cechy, które są potrzebne w różnych zawodach, jak skrupulatność, konsekwencja, dokładność.

Obchody Miesiąca Wiedzy na Temat Autyzmu fundacja rozpoczęła happeningiem "W chmury dla autyzmu". O godz. 12 na krakowskim rynku wypuszczono w niebo 180 niebieskich balonów. Więcej informacji o obchodach: http://naniebiesko.org.pl.

http://www.radiokrakow.pl/audycje/przed-hejnalem/z-autyzmem-w-doroslym-zyciu

wydawca: BK

1 kwietnia 2014

Malowanie na murach. Przemysł czy przekaz?

"Przed hejnałem", Radio Kraków, 1 kwietnia 2014

W grudniu Francuz nazwany "Janem Serce" na elewacjach krakowskich kamienic wymalował sprayem serca. Był to wyraz miłości dla dziewczyny. Został zatrzymamy i skazany na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu. Ma też naprawić szkodę i przekazać pieniądze na cel społeczny. Czy to adekwatna kara za wyraz miłości?


Aleksandra Toborowicz, współautor Artur Wabik, "Ekomural", ul. Lipowa, Kraków

fot. archiwum Aleksandry Toborowicz

Gośćmi Magdaleny Wadowskiej byli dziś Małgorzata Gołębiewska, dyrektor artystyczna krakowskiego ArtBoom Festivalu prezentującego sztukę w przestrzeni publicznej i Artur Wabik, krakowski artysta tworzący m.in. w tej przestrzeni.

– Przyrost tkanki artystycznej w przestrzeni publicznej zaczyna być problemem. Jeszcze niedawno nie było jej prawie wcale. Krótko po 1989 r. to były tylko punktowe sytuacje, które zaczęły się zagęszczać. Od 2000 r. mówimy o street arcie – mówił Wabik, który przygotowuje książkę będącą krytycznym spojrzeniem na zjawisko. – Po 14 latach mamy do czynienia z przemysłową produkcją sztuki w przestrzeni publicznej, lepszej, gorszej. Ważne, że jest zainteresowanie wśród artystów i odbiorców. Pytanie o jakość tych działań i celowość.

– Kraków, miasto historyczne, gdzie jest gęsta tkanka architektoniczna, stara, dbałość o dziedzictwo i nagle tagi czy inne malunki. W mieszczaninie wzbudza to protest – mówiła Gołębiewska – Są ruchy wandalistyczne, niemniej jednak w wielu tych komentarzach, tak je nazwijmy, jest silny przekaz, społeczny, polityczny, jasny komunikat, dla mnie często cenny.

Jak mówił Wabik jest graffiti, czyli stylizowane formy liternicze – komunikat od wąskiej grupy dla wąskiej grupy. Street art ma natomiast ambicję egalitarności – chce opowiadać, komentować, docierać do odbiorcy z treścią, wpisywać się w konteksty architektoniczne, urbanistyczne, społeczne.

– W myśl prawa wszystko, co zostanie umieszczone w przestrzeni publicznej bez zgody właściciela obiektu, to jest wandalizm – mówił artysta. Zaznaczył też, że wiele instytucji chce dzisiaj murali na swoich ścianach.

Zdaniem Gołębiewskiej street art jednoczy. – Na ArtBoomie robiliśmy wiele realizacji, ale te streetartowe cieszyły się największym powodzeniem.

http://www.radiokrakow.pl/audycje/przed-hejnalem/malowanie-na-murach-przemysl-czy-przekaz

wydawca: BK

Sandra Staniszewska gościem programu "Przed hejnałem"

www.radiokrakow.pl, 28 marca 2014

Utalentowana zielonogórzanka, absolwentka krakowskiej PWST była dziś gościem Sylwii Paszkowskiej.


fot. archiwum Sandry Staniszewskiej

Pochodzi z Zielonej Góry, jest świeżo upieczoną absolwentką krakowskiej PWST, ma na koncie współpracę z Krystianem Lupą i Mają Kleczewską, niedawno otrzymała nagrodę na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Od kilku tygodni możemy oglądać ją na dużym ekranie w filmie "Kamienie na szaniec" – to jej pełnometrażowy debiut. Gościem programu "Przed hejnałem" w Radiu Kraków była dziś aktorka Sandra Staniszewska.

– Zamieszanie wokół filmu było dla nas zaskoczeniem – mówiła Staniszewska – co bardzo pomogło, jeżeli chodzi o promocję. Nie spodziewaliśmy się takich tłumów, to jest już pół miliona ludzi. Kontrowersje przez aktorów są oczekiwane, bo to zachęci większą liczbę do przyjścia.

Aktorka opowiadała m.in. o scenach miłosnych. – Bardzo stresowałam się w tych momentach. Długo rozmawiałam z operatorem i z reżyserem, jak to ma wyglądać. Zrobili to bardzo malarsko – mówiła. – To były trudne sceny ze względu na strach, bo to pierwszy raz i trzeba się z tym zmierzyć. Moja agencja aktorska zapewniła mi komfort. Było mało osób na planie i nikt nie patrzył w monitor.

Najtrudniejszą dla niej sceną w filmie była ta, w której znajduje w łazience Tadeusza, z rewolwerem w ręku, który waha się i nie wie, czy popełnić samobójstwo. – To współczesny temat – mówiła. – Całe szczęście przez rozmowę udaje się z tego wyjść.

Zapewniała, że postać, którą grała, nie jest prawdziwą Halą Glińską i nie starała się nią być.

BK, MZ