myslowice.twojemiasto.info, 2 stycznia 2013
Mysłowicki zespół Natalie Loves You powstał w 2011 r. Muzycy mówią o granym przez siebie gatunku: dream pop, alternatywa, indie. Rozmowa z wokalistką grupy Natalią Baranowską.
Natalia Baranowska
fot. archiwum Natalie Loves You
Jak zaczęła się wasza przygoda z muzyką?
Zespół powstał mniej więcej rok temu z inicjatywy Grześka Chrząścika i mojej. Potem dołączyli do nas Bartek Pluta, Piotrek Sawicki i Tomek Szczepanek. Każdy z nas zajmował się wcześniej muzyką, więc było nam łatwiej podejść do tego poważnie. Wiedzieliśmy, jak powinniśmy pewne rzeczy robić. Na początku musieliśmy wypracować jakiś system, według którego będziemy robić muzykę, poszukać tego, co siedzi nam w głowach. Jesteśmy na samym początku drogi, jaką musi pokonać zespół, żeby się zgrać, ale coraz częściej zauważam, że każdy wie, jak ma wyglądać efekt.
Singiel i teledysk, którego premiera miała miejsce 3 grudnia, to zapowiedź płyty?
Piosenka „Theory of Moving On” jest jedną z kompozycji, która powstała niedawno, ale wiedzieliśmy, że właśnie ten utwór ma zostać singlem. Jest zwarta muzycznie i tekstowo, odzwierciedla to, co chcieliśmy przekazać. Dodatkowo teledysk, który stworzyliśmy przy pomocy Rumburak Produkcji, dopełnia tę wizję. Zdjęcia rejestrowaliśmy pod koniec jesieni w murckowskim lesie. Piosenka miała na celu pokazać ludziom, że istnieje taki zespół jak Natalie Loves You. Byliśmy mocno zszokowani, że po opublikowaniu jednego klipu tyle się wydarzyło. Zostaliśmy zaproszeni do Telewizji Silesia, "Dzień Dobry TVN", piosenkę doceniła Karolina Korwin Piotrowska [dziennikarka TVN Style – red.], redaktorzy naczelni portali modowych i lifestyle’owych. Otrzymaliśmy dużo miłych wiadomości od ludzi, co było niesamowite. Nie możemy się doczekać koncertów, które zaczynamy już w styczniu. Cały czas pracujemy również nad płytą.
Mówicie, że inspirujecie się skandynawskimi i europejskimi brzmieniami. To znaczy?
Inspirację czerpiemy z wielu wykonawców. Kiedy określamy pewne brzmienia, chcemy przybliżyć klimat, w jakim obraca się nasza muzyka. Podawanie konkretnych wykonawców zamyka, według mnie, pole myślenia na temat zespołu. To klasyczne szufladkowanie. Gdy pada porównanie: „Oni grają jak...”, wtedy kilkanaście innych osób to koduje i zapamiętuje. Powstaje metka, która jednocześnie zabija to, co jest w muzyce danego zespołu naturalne, nieokreślone i indywidualne zarazem. Dlatego wolałabym nie konkretyzować naszych muzycznych inspiracji.
Naprawdę wszystkich kochasz, bez wyjątku?
Nazwę zespołu wymyślił Grzesiek. Kiedy usłyszałam jego pomysł, stwierdziłam, że nazwa jest słodka, infantylna, zbyt prosta. Z biegiem czasu jednak doszło do mnie, że to wcale nie musi oznaczać niczego dobrego. Miłość nie jest jednowymiarowa. Niesie ze sobą tyle różnych emocji, które znajdują się w naszej muzyce. Potem doszłam do wniosku, że Grzesiek jest geniuszem i nazwa została. Natalia kocha i chciałaby, żeby wszystko to było widoczne w piosenkach.
BK
5 stycznia 2013
26 grudnia 2012
Występ na łące. Łąki Łan w Mega Clubie
www.suplement.us.edu.pl, grudzień 2012
„Pewnego razu pod liściem
jełopianu spotkało się sześciu niezwykłych smakoszy pyłku i
nektaru kwiatowego... Poń Kolny, Niesforny Bonk, Zając Cokictokloc,
Jeżus Marian, MegaMotyl oraz mały skrzat imieniem Paprodziad”.
Tak rozpoczyna się historia funkowej grupy Łąki Łan. 16 grudnia
warszawski zespół wystąpił w Mega Clubie.
Łąki Łan w Mega Clubie
fot. KM
Wydali jak dotąd trzy płyty : „Łąki
Łan” (2005), „Łąkiłanda” (2009) i „Armanda” (2012). Tę
ostatnią promowali na koncercie. „Materiał został nagrany, w
większości, »na setkę«
– reklamuje płytę wydawca – w legendarnym vintage'owym studiu z
lat 70., które mieści się w polskich górach. Zespół podkreśla
tym samym swój live'owy klimat oraz spontaniczność procesu
tworzenia”. Podczas koncertów muzycy przebrani są za zwierzęta.
Poza nowymi utworami w katowickim
klubie publiczność bawiła się m.in. przy piosenkach „Bzyk”,
„Galeon”, „Propaganda” i „Selawi”. – Bardziej podobał
nam się koncert w ubiegłym roku w Zabrzu albo w tym roku w
Tarnowskich Górach, ale i tak było w porządku – mówiły jedne z
uczestniczek.
„(...)
będziemy robić bezbolesne zastrzyki dobrej energii oraz wyzwalać z
Was jej pokłady – zapraszali na koncerty muzycy zespołu –
skrzętnie magazynowane i zapieczętowane wspomnieniami
najwspanialszych chwil Waszego życia. Będziemy tam gdzie możemy
być, a tam gdzie nas nie będzie, będzie nasza muzyka. Bądźcie z
nami i przeżywajcie to na co musicie sobie pozwolić. Kożeńcie
się!”.
BK
22 grudnia 2012
Mysłowickie święta. Minister Elżbieta Bieńkowska
myslowice.twojemiasto.info, 22 grudnia 2012
Przed Bożym
Narodzeniem serwis Twoje Miasto zapytał osoby z Mysłowic, jak
spędzają ten czas. Dzisiaj o swoich świętach mówi minister
rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska.
Elżbieta Bieńkowska
fot. MRR, ilustr. KM
Jak pani minister spędza Boże Narodzenie?
Tradycyjnie, w gronie rodzinnym.
Jakie
tradycje zachowały się w pani domu?
Wspólne ubieranie
choinki, a także śpiewanie kolęd. Tradycyjne są również potrawy
oraz dodatkowe nakrycie na wigilijnym stole.
Jakie
potrawy pojawią się na wigilijnym stole?
Zupa grzybowa i jak
w większości domów, karp. Szczególnie lubię barszcz z uszkami.
Wybrała
już pani prezenty dla najbliższych?
Oczywiście. Więcej
nie mogę jednak zdradzić, by nie zepsuć niespodzianki.
BK
18 grudnia 2012
Motyl z Mysłowic
myslowice.twojemiasto.info, 18 grudnia 2012
Holly Blue to nie
tylko gatunek motyla, to Sonia Kopeć i Emil Blant. W kwietniu ukazał
się ich pierwszy singiel „Tic-Tac Sound”. W listopadzie w
internacie pojawiła się do kupienia ich debiutancka płyta „First
Flight” („Pierwszy lot”). Do sklepów trafi 14 stycznia. –
Nagraliśmy płytę dla ludzi. Nie popową, nie alternatywną –
mówią muzycy.
Sonia Kopeć
fot. archiwum Holly Blue
Wczoraj, 15
grudnia, graliście w zabrzańskiej kopalni Guido. Jak to jest grać
pod ziemią?
Emil: Dobrze to wyglądało. Miejsce
jest super. Było trochę ludzi. Nam się podobało.
Sonia: Świetne miejsce. Akustyka jest
tam genialna! Dla muzyka są tam najlepsze, sterylne warunki. To były
targi kultury organizowane rzez naszego wydawcę, Marcina Babko i
jego wydawnictwo Falami. Przyjeżdżali tam ludzie, żeby wystawić
swoje prace, projekty. Oprawą muzyczną były zespoły, które
wydaje Marcin.
Emil ma 29 lat, Sonia 18. 10 lat
temu Emil grał w grupie Motyw, a ty jeździłaś na konkursy,
śpiewałaś, przywoziłaś do domu nagrody. W domu grałaś na
pianinie. Do twojego rodzeństwa przychodzili znajomi i mówili:
„Soniu, zagraj coś!”. Mniej więcej wtedy się poznaliście. W
jaki sposób?
Emil: Przez Kasię, moją dziewczynę i
siostrę Soni.
W ubiegłym roku Sonia nagrała
swoje piosenki i przesłała ci przez internet. Ten materiał nie
pozwalał ci spać po nocach. Tak powstał Holly Blue.
Emil: Tak było. To były bardzo dobre
piosenki, na poziomie. Z językiem i akcentem Soni śmiało można to
puszczać w świat. Stwierdziłem, że ma to potencjał i dobrze
spróbować iść w tym kierunku. Nie interesuje mnie tylko muzyka
rockowa. Mam bardzo szerokie zainteresowania. Był to sposób, żeby
iść w inną stronę, bardziej kreatywnie.
Nie zawsze występujecie w dwie
osoby. Jak to wygląda?
Sonia: Gramy głównie w małym
składzie, we dwójkę albo we trójkę, z basem. Mamy w planie
dołączyć to tego perkusję, żeby stworzyła się prawdziwa sekcja
rytmiczna. Gramy też duże koncerty, ale dopiero w sezonie, czyli na
wiosnę, na plenerach. Wtedy gramy zazwyczaj w piątkę.
Emil: Płytę nagraliśmy sami,
wymieniając się pomysłami, plikami, głównie przez komputery. Nie
robiliśmy prób. Teraz, kiedy chcemy to zagrać na żywo, szukamy
różnych rozwiązań.
Wasz wydawca, Marcin Babko, jako
dziennikarz muzyczny, już długo siedzi w środowisku. Ponad 10 lat.
To na pewno wam pomaga.
Emil: Tak, tworzymy z Marcinem bardzo
zgrany duet, a raczej trio. Każdy ma swoje obowiązki i zadania, co
sprawia, że praca staje się o wiele wydajniejsza i przynosi
wymierne korzyści.
Śpiewasz po angielsku. Myślałaś
o śpiewaniu w języku polskim?
Sonia: Tak. Dużo ludzi na mnie
naciska, żeby pisać piosenki po polsku. Mamy już kilka takich
pomysłów na nową płytę albo między płytami. Podczas koncertów
powstaje bariera językowa między nadawcą a odbiorcą. Ludzie
bardziej skupiają się na muzyce, co z jednej strony jest dobre, ale
tekst nie za bardzo do ludzi dociera. Cały czas myślimy nad tym,
żeby zrobić coś po polsku, ale nie jest to łatwe. Nasza muzyka
jest dźwięczna, a język polski jest trudny do śpiewania i ma dużo
szeleszczących głosek. Jest to wyzwanie.
Jesteś też autorką teksów.
Sonia: Tak. Na płycie jest tylko jeden
cover, grupy The Connells, „'74-'75”, a reszta to nasze autorskie
projekty.
Pisanie przychodzi ci łatwo?
Sonia: To ewolucja. Wpada mi do głowy
pomysł, siadam, piszę i nie myślę o tym, że piszę. Dopiero
później do tego wracam, robię poprawki, językowe, stylistyczne.
Piszę do muzyki. Niektórzy najpierw piszą tekst. Ja inspiruję się
muzyką.
Emil na co dzień pracuje w sklepie
muzycznym, a ty uczysz się jeszcze w szkole. Jeździcie po Polsce,
gracie koncerty – ostatnio jako support Belgijki Selah Sue.
Udzielacie wywiadów, pojawiacie się w radiu, telewizji, nagrywacie
piosenki, teledyski, macie próby. Jak godzisz to z nauką w
Sosnowcu?
Sonia: Niedawno znajomi napisali mi na
Facebooku: „Droga Soniu! Ostatnio częściej widujemy Cię na
YouTubie i w telewizji, słyszymy w radiu. Wróć do szkoły!
Pozdrawiamy”. Tak to ostatnio wygląda. Wszystko jest w tygodniu i
jesteśmy w rozjazdach. Pięć dni siedzieliśmy w stolicy.
Promowaliśmy płytę. Zagraliśmy dwa koncerty na Europejskich
Targach Muzycznych, gdzie wypatrzył nas Jurek Owsiak, któremu nasza
płyta bardzo się spodobała. Odwiedziliśmy program "Dzień Dobry
TVN", radio Roxy FM i wiele innych. Ciężki tydzień. Siedzeniem nie
można tego nazwać, bo była kupa roboty. Emil stwierdził, że
przez ten weekend w Warszawie zrobiliśmy więcej niż zrobił we
wszystkich swoich zespołach przez cały rok. Nie napotykam na
problemy w szkole. Dla nich to też jest korzyść, bo powoli roznosi
się wieść, że jakaś dziewczyna ze liceum Staszica śpiewa. To
dobrze dla szkoły.
Jakie masz plany po zakończeniu
edukacji w tej szkole?
Sonia: Myślę, żeby uderzyć w
Kraków, na Uniwersytet Jagielloński, na studia językowe. Jeszcze
nie wiem, jaki wybrać język.
Emilu, co z twoimi innymi zespołami,
Gutierez i The Marians?
Emil: Gutierez odszedł w zapomnienie.
Koledzy z tego zespołu zajmują się innymi rzeczami. Działający
obecnie zespół Milcz Serce to praktycznie skład Gutierez. The
Marians odłożyłem na boczny tor. Czasowo jest to niewykonalne.
Gdybyśmy mogli żyć z muzyki, to wyglądało by to inaczej.
10 lat różnicy wieku. Dobrze się
dogadujecie?
Sonia: Myślę, że tak.
Emil: Sonia nigdy nie grała w zespole,
w garażu, a ja na początku miałem taki etap i szereg problemów,
przez które przechodzi zespół. Z Sonią jest inaczej. Brała
udział w konkursach, a teraz nagraliśmy płytę i gramy już duże
koncerty. To dwie różne drogi. Jest między nami różnica wieku,
ale uzupełniamy się. Mam doświadczenie, a Sonia napędza mnie
młodzieńczą energią. Czasami są zgrzyty. Sonia chciałaby tak, a
ja chciałbym inaczej, ale na tym polega zespół. Trzeba wypracować
kompromis. Jest łatwiej, bo pracujemy w dwójkę.
Sonia: Kiedy w zespole jest więcej
osób, to samo zrobienie próby może być problemem.
Emil: W zespołach może być pięć
osób. Wtedy jest pięć osobowości i każdy chce czegoś innego, a
my się dogadujemy, jak w małżeństwie.
BK
Street art z perlikiem i żelazkiem
myslowice.twojemiasto.info, 7 grudnia 2012
Mieszkańcy miasta widzą je na murze,
przejeżdżając pociągiem obok kopalni Mysłowice. Widzą je przy
rynku, wchodząc do pubu Wiking. To prace Razpazjana.
Mural Raspazjna na ogrodzeniu KWK Mysłowice
fot. BK
Za początek street artu, sztuki ulicy,
można uznać lata 80. Na stacjach metra w Nowym Jorku Keith Haring
tworzył tam wtedy jedne z pierwszych graffiti – rysował kredą na
tablicach ogłoszeń. Poza graffiti, które zwykle tworzone jest
farbą w sprayu, zjawisko obejmuje m.in. duże malowidła ścienne –
murale, które mogą być połączeniem wielu technik – oraz
naklejki i instalacje. Obecnie jednym z najbardziej znanych
streetartowców jest anonimowy Brytyjczyk Banksy, autor m.in.
malowanych na ścianach szczurów.
Sztuka ulicy prezentowana jest dzisiaj
na festiwalach. Jeden z nich dwukrotnie zorganizowany został przez
Instytucję „Miasto Ogrodów” w Katowicach, w 2011 i 2012 r.
Organizatorzy chcą zmieniać miasto i przyzwyczaić ludzi do tego,
że dobrą sztukę mogą zobaczyć nie tylko w galerii.
Jednym z uczestników katowickiego
wydarzenia był Raspazjan (Spaz). Artysta nie chce, aby nazywano go
streetartowcem. Uważa się za malarza. Lubi bawić się formą. Na
jego muralach często pojawiają się śląskie symbole. Zaczął je
wykorzystywać, odkąd wciągnęły go książki o regionie. W
Mysłowicach widzimy więc perlik i żelazko – górnicze godło.
– Praca na zabudowaniach kopalni
powstała w ramach projektu Kraków-Berlin-XPRS, organizowanego przez
Dom Norymberski w Krakowie – mówi Raspazjan. Projekt miał na celu
ingerencję w przestrzeń miejską na trasie pociągu łączącego
Kraków z Berlinem, siedziby teatrów Starego w Polsce i Maxima
Gorky'ego w Niemczech – Natomiast jeśli chodzi o Wiking,
zwyczajnie zaprosił mnie właściciel, żebym ozdobił salkę –
dodaje Raspazjan.
Prace pochodzącego z Mikołowa artysty
często pojawiają się w towarzystwie murali Mony Tusz – jak w
Mysłowicach – i Magdaleny Drobczyk.
BK
Negatyw nie znika
myslowice.twojemiasto.info, 18 grudnia 2012
O wizycie w
Wielkiej Brytanii, dziesięcioleciu istnienia zespołu, koncertowym
DVD i nowej płycie mówi Mietall Waluś, wokalista mysłowickiej
grupy.
Mietall Waluś
fot. archiwum Negatywu
Wasza jesienna
trasa koncertowa dobiegła końca. Po raz pierwszy byliście w
Manchesterze.
Mietall Waluś: W tamtym roku byliśmy
w Londynie. Byłem bardzo ciekawy Manchesteru, ponieważ stamtąd
pochodzą takie zespoły jak Oasis czy Elbow, a jestem ich fanem.
Pojechaliśmy tam samochodem. W jedną stronę podróż trwała 27
godzin, w tym 2 godziny płynęliśmy promem. Lubię takie przygody.
Zagraliśmy tam dwa koncerty w małych, klimatycznych klubach. Było
bardzo fajnie. Zwiedzaliśmy miasto. Byliśmy m.in. na stadionie
Manchesteru United. Łukasz i Marcel, perkusista i manager, są
fanami piłki nożnej, więc nie mogliśmy ominąć takiej okazji.
Zwiedziliśmy też kilka muzeów.
W tym roku minęło 10 lat od
wydania waszej debiutanckiej płyty „Paczatarez”. Mógłbyś
wskazać jedno wydarzenie z każdego roku istnienia zespołu, które
było dla grupy najważniejsze?
Trudno powiedzieć. Myślę, że
najważniejszym momentem w naszym zespole było podpisanie kontraktu
fonograficznego i nagranie płyty dla dużego koncernu płytowego.
Wielkim przeżyciem było też usłyszeć w ogólnopolskim radiu
naszego pierwszego singla „Amsterdam”. W tym samym roku zaprosili
nas też na festiwal Top Trendy. Nie zapomnę też najdłuższej
klubowej trasy koncertowej, którą zagraliśmy. To było mordercze
przeżycie, bo w 75 dni zagraliśmy 52 koncerty. MTV i Viva zaczęły
puszczać nasze teledyski, był to też ważny moment dla zespołu.
Mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Teraz minęła pierwsza dekada
zespołu, rynek muzyczny się bardzo zmienił. Kończymy miksować
naszą nową płytę i walczymy dalej.
7 stycznia ukaże się wasze
koncertowe DVD, wydane z okazji jubileuszu istnienia Negatywu. Pod
koniec listopada miała miejsce premiera singla „Znikam”. Do
piosenki nakręcony został teledysk. To krok do nowej płyty?
Piosenka „Znikam” promuje DVD.
Ukaże się na nim koncert z Teatru Śląskiego, teledyski oraz
„making of”, który pokazuje od zaplecza, jak te wydarzenie
powstawało. Będą też wywiady m.in. z Muńkiem Staszczykiem, Kasią
Nosowską, Olafem Deriglasoffem i Maćkiem Cieślakiem. Koncert ten
można już zamówić przedpremierowo na stronie www.live10.pl.
W przerwie między koncertami jesteś
w studiu w Warszawie. Nad czym pracujesz?
Lenny Valentino zakończyło swoją
działalność, w Penny Lane już nie gram. Lubię się angażować w
inne projekty. Dostałem propozycję wyprodukowania płyty zespołu,
który dopiero zaczyna swoją karierę. Zadzwoniłem do producenta
Leszka Kamińskiego, wynajęliśmy studio S4 i tam pracowaliśmy nad
debiutancką płytą. Jest jeszcze za wcześnie, aby zdradzać nazwę
zespołu i szczegóły z nim związane. Mogę tylko powiedzieć, że
nie będę w składzie koncertowym.
Powiedziałeś, że Negatyw kończy
miksować nową płytę. Kto jest jej producentem i kiedy premiera?
Nową płytę, która wyjdzie wiosną
przyszłego roku, nagraliśmy z Marcinem Borsem we Wrocławiu.
Znajdzie się na niej 10 premierowych piosenek, a w jednej zaśpiewa
z nami gość. Myślę, że tych, którzy nas dobrze znają, bardzo
zaskoczymy. Na razie mogę tylko zdradzić, że będzie to kobieta.
BK
25 listopada 2012
Ścieżka Lao Che
www.suplement.us.edu.pl, listopad 2012
– Alarm! Mamy dżumę! Na moich oczach zombi żuł człowieka gumę – śpiewał Spięty. 16 listopada w katowickim Mega Clubie zespół Lao Che promował wydany w październiku album „Soundtrack”.
Lao Che w Mega Clubie
fot. KM
Producentem piątej płyty założonej w 1999 roku rockowej grupy jest Eddie Stevens. Brytyjski muzyk i producent współpracował jak dotąd m.in. z zespołem Moloko, duetem Zero 7 i piosenkarką Roisin Murphy.
Jak przyznają członkowie płockiej grupy do nagrania płyty zainspirowały ich klasyczne albumy z muzyką filmową. Nowy album ma być autorską ścieżką dźwiękową. Na podstawie albumu miał zostać nakręcony film. Do tej pory pomysł nie został jednak zrealizowany.
Koncert grupy poprzedził występ duetu UL/KR. Lao Che wystąpił w składzie Rafał „Żubr” Borycki – gitara basowa, Mariusz „Denat” Denst – sampler, Hubert „Spięty” Dobaczewski – śpiew, gitara elektryczna, Maciek „Trocki” Dzierżanowski – instrumenty perkusyjne, Michał „Dimon” Jastrzębski – perkusja i Filip „Wieża” Różański – klawisze.
Muzycy wykonali utwory z wcześniejszych płyt, m.in. „Astrolog” (album „Gusła” 2002), „Czarne kowboje” („Gospel” 2008) i „Urodziła mnie ciotka” („Prąd stały / Prąd zmienny” 2010).
Z nominowanego do Fryderyka 2005 albumu „Powstanie Warszawskie” uczestnicy koncertu usłyszeli „Stare Miasto”. Za zasługi na rzecz popularyzacji i upamiętniania powstania 30 lipca członkowie zespołu odznaczeni zostali przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Srebrnym Krzyżem Zasługi.
Publiczność bawiła się też przy piosenkach z nowego krążka, m.in. „Jestem psem”, „Dym”, „Już jutro” czy singlowej „Zombi!”.
– Byłam na wielu ich koncertach, ale nie wiem, czy ten nie był najlepszy. Nowa płyta przypomina mi dwie poprzednie, ale i tak mi się podoba, zwłaszcza teksty – mówiła jedna z uczestniczek. – Bardzo mi się podobają, są różnorodni – dodał jej kolega.
Występ zamknęła wykonana na bis piosenka „Kiedy byłem małym chłopcem” grupy Breakout.
BK
– Alarm! Mamy dżumę! Na moich oczach zombi żuł człowieka gumę – śpiewał Spięty. 16 listopada w katowickim Mega Clubie zespół Lao Che promował wydany w październiku album „Soundtrack”.
Lao Che w Mega Clubie
fot. KM
Producentem piątej płyty założonej w 1999 roku rockowej grupy jest Eddie Stevens. Brytyjski muzyk i producent współpracował jak dotąd m.in. z zespołem Moloko, duetem Zero 7 i piosenkarką Roisin Murphy.
Jak przyznają członkowie płockiej grupy do nagrania płyty zainspirowały ich klasyczne albumy z muzyką filmową. Nowy album ma być autorską ścieżką dźwiękową. Na podstawie albumu miał zostać nakręcony film. Do tej pory pomysł nie został jednak zrealizowany.
Koncert grupy poprzedził występ duetu UL/KR. Lao Che wystąpił w składzie Rafał „Żubr” Borycki – gitara basowa, Mariusz „Denat” Denst – sampler, Hubert „Spięty” Dobaczewski – śpiew, gitara elektryczna, Maciek „Trocki” Dzierżanowski – instrumenty perkusyjne, Michał „Dimon” Jastrzębski – perkusja i Filip „Wieża” Różański – klawisze.
Muzycy wykonali utwory z wcześniejszych płyt, m.in. „Astrolog” (album „Gusła” 2002), „Czarne kowboje” („Gospel” 2008) i „Urodziła mnie ciotka” („Prąd stały / Prąd zmienny” 2010).
Z nominowanego do Fryderyka 2005 albumu „Powstanie Warszawskie” uczestnicy koncertu usłyszeli „Stare Miasto”. Za zasługi na rzecz popularyzacji i upamiętniania powstania 30 lipca członkowie zespołu odznaczeni zostali przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Srebrnym Krzyżem Zasługi.
Publiczność bawiła się też przy piosenkach z nowego krążka, m.in. „Jestem psem”, „Dym”, „Już jutro” czy singlowej „Zombi!”.
– Byłam na wielu ich koncertach, ale nie wiem, czy ten nie był najlepszy. Nowa płyta przypomina mi dwie poprzednie, ale i tak mi się podoba, zwłaszcza teksty – mówiła jedna z uczestniczek. – Bardzo mi się podobają, są różnorodni – dodał jej kolega.
Występ zamknęła wykonana na bis piosenka „Kiedy byłem małym chłopcem” grupy Breakout.
BK
20 listopada 2012
Robodrom na pół wieku piosenki studenckiej
"Suplement", nr 3/2012
13 października werdyktem jury 48. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie I nagrodę otrzymał wykonujący muzykę elektroniczną zespół Robodrom. Na odbywającym się od 50 lat festiwalu karierę rozpoczynali m.in. Ewa Demarczyk, Marek Grechuta i Grzegorz Turnau. Rozmowa z członkiem zwycięskiej grupy.
Robodrom. Tomasz Robaczewski pierwszy z prawej
fot. materiały organizatora
Jesteście studentami?
Tomasz Robaczewski: I tak i nie. 2/6 zespołu jeszcze studiuje, ja się broniłem w tym roku, ale legitymację noszę na pamiątkę, choć i tak ulgi już nie mam. Pozostała część zespołu cieszy się tytułami magistra już chyba od 3 lat, ale nadal dokładnie studiuje życie.
Kto z waszej dwójki, Tomasz Robaczewski i Grzegorz Drojewski, wpadł na pomysł, żeby przyjechać z Warszawy i wziąć udział w festiwalu?
Nikt. Traf chciał, że Roman Kołakowski [członek jury – red.], który był kiedyś na naszym koncercie w Warszawie, zobaczył ostatnio nasz występ w telewizji i zaproponował nam udział w konkursie. Nie zastanawialiśmy się długo i spakowaliśmy instrumenty do bagażnika.
Mówicie, że „duet powstał na fali tęsknoty za harmonijnym współgraniem struktur, gdzie muzyka, słowo i ruch sceniczny budują spójną i, przede wszystkim, skuteczną wypowiedź”. Jak zrodziła się ta tęsknota?
Tutaj chodzi o myślenie o piosence jako o całości. Żaden z nas, chyba oprócz Maćka, saksofonisty, nie jest wirtuozem. Nie śpiewamy rewelacyjnie czysto i nie ruszamy się na scenie jak baletnice. Jednak, kiedy każdy da coś od siebie, dokładnie tyle, ile potrzeba, to nagle okazuje się, że całość fajnie gra. I ta całość jest właśnie istotna.
Staracie się o nagranie płyty?
Nagraliśmy już całkiem fajne demo, które krąży sobie w nieoficjalnym obiegu, ale to było jeszcze za czasów, kiedy graliśmy tylko we dwóch i z ograniczoną liczbą instrumentów. Teraz mamy dość bogaty skład – trąbka, saksofon, klawisze, loopy na żywo, gitara, czasem nawet piła akustyczna. Chcielibyśmy nagrać cały materiał na nowo, w nowszej aranżacji. Dopiszemy trochę materiału, przearanżujemy stare kawałki i spróbujemy z tym jakoś zadziałać dalej.
Wiecie już, jak wykorzystacie nagrodę, legendę festiwalu i 10 tys. zł?
Już sam fakt, że spotkało nas takie wyróżnienie, to dosyć sporo. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że to, co robimy, jest w jakiś sposób fajne i warto robić to dalej. To daje potężnego kopa. Jest to dla nas znak, że jesteśmy na dobrej drodze. Oczywiście to dopiero początek tej drogi, ale ogromna zachęta jest.
Co do kasy, to podzieliliśmy ją równo na sześć części. Ja kupiłem sobie struny i metronom. Co reszta chłopaków zrobiła ze swoją częścią, to już ich tajemnica.
Nagrań zespołu można posłuchać pod adresem http://robodrom.pl.
BK
13 października werdyktem jury 48. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie I nagrodę otrzymał wykonujący muzykę elektroniczną zespół Robodrom. Na odbywającym się od 50 lat festiwalu karierę rozpoczynali m.in. Ewa Demarczyk, Marek Grechuta i Grzegorz Turnau. Rozmowa z członkiem zwycięskiej grupy.
Robodrom. Tomasz Robaczewski pierwszy z prawej
fot. materiały organizatora
Jesteście studentami?
Tomasz Robaczewski: I tak i nie. 2/6 zespołu jeszcze studiuje, ja się broniłem w tym roku, ale legitymację noszę na pamiątkę, choć i tak ulgi już nie mam. Pozostała część zespołu cieszy się tytułami magistra już chyba od 3 lat, ale nadal dokładnie studiuje życie.
Kto z waszej dwójki, Tomasz Robaczewski i Grzegorz Drojewski, wpadł na pomysł, żeby przyjechać z Warszawy i wziąć udział w festiwalu?
Nikt. Traf chciał, że Roman Kołakowski [członek jury – red.], który był kiedyś na naszym koncercie w Warszawie, zobaczył ostatnio nasz występ w telewizji i zaproponował nam udział w konkursie. Nie zastanawialiśmy się długo i spakowaliśmy instrumenty do bagażnika.
Mówicie, że „duet powstał na fali tęsknoty za harmonijnym współgraniem struktur, gdzie muzyka, słowo i ruch sceniczny budują spójną i, przede wszystkim, skuteczną wypowiedź”. Jak zrodziła się ta tęsknota?
Tutaj chodzi o myślenie o piosence jako o całości. Żaden z nas, chyba oprócz Maćka, saksofonisty, nie jest wirtuozem. Nie śpiewamy rewelacyjnie czysto i nie ruszamy się na scenie jak baletnice. Jednak, kiedy każdy da coś od siebie, dokładnie tyle, ile potrzeba, to nagle okazuje się, że całość fajnie gra. I ta całość jest właśnie istotna.
Staracie się o nagranie płyty?
Nagraliśmy już całkiem fajne demo, które krąży sobie w nieoficjalnym obiegu, ale to było jeszcze za czasów, kiedy graliśmy tylko we dwóch i z ograniczoną liczbą instrumentów. Teraz mamy dość bogaty skład – trąbka, saksofon, klawisze, loopy na żywo, gitara, czasem nawet piła akustyczna. Chcielibyśmy nagrać cały materiał na nowo, w nowszej aranżacji. Dopiszemy trochę materiału, przearanżujemy stare kawałki i spróbujemy z tym jakoś zadziałać dalej.
Wiecie już, jak wykorzystacie nagrodę, legendę festiwalu i 10 tys. zł?
Już sam fakt, że spotkało nas takie wyróżnienie, to dosyć sporo. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że to, co robimy, jest w jakiś sposób fajne i warto robić to dalej. To daje potężnego kopa. Jest to dla nas znak, że jesteśmy na dobrej drodze. Oczywiście to dopiero początek tej drogi, ale ogromna zachęta jest.
Co do kasy, to podzieliliśmy ją równo na sześć części. Ja kupiłem sobie struny i metronom. Co reszta chłopaków zrobiła ze swoją częścią, to już ich tajemnica.
Nagrań zespołu można posłuchać pod adresem http://robodrom.pl.
BK
Od ziarna do kwiatu, czyli jak rośnie nam UŚ
"Suplement", nr 3/2012
Uniwersytet Śląski przy współpracy z Uniwersytetem Ekonomicznym otworzył nową bibliotekę. Powstał też nowy ośrodek badań i studiów. Od kilku lat w planach jest nowy budynek Wydziału Radia i Telewizji oraz kampus akademicki w centrum Katowic. Plany te nie zostały jak dotąd zrealizowane. Co dobrego wyniknie z tych pomysłów dla studentów?
CINiBA
fot. CINiBA
Od 12 października na terenie dawnego lodowiska Torkat przy ul. Bankowej 11a w Katowicach działa Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka. Wspólny obiekt UŚ i Uniwersytetu Ekonomicznego ma spełniać standardy biblioteki XXI w., ma m.in. udostępniać informacje niezbędne do realizacji programów studiów oraz zwiększyć role uczelni w międzynarodowych relacjach naukowych. CINiBA to jedyna w regionie biblioteka hybrydowa, udostępniająca jednocześnie materiały drukowane i elektroniczne. W pierwszym okresie działalności gromadzi ok. 800 tys. książek.
– Studenci otrzymali najnowocześniejszą bibliotekę akademicką w kraju, gdzie korzystanie z księgozbioru jest bardzo wygodne – mówi Jacek Szymik-Kozaczko, rzecznik UŚ.
Starania o pozyskanie terenu dawnego lodowiska pod budowę nowego budynku podjął w 1995 r. ówczesny rektor UŚ prof. Maksymilian Pazdan. Prace budowlane rozpoczęły się 14 lat później. Budowę oraz wyposażenie sfinansowano głównie ze środków Unii Europejskiej.
Budynek według projektu pracowni HS99 Dariusz Herman i Piotr Śmierzewski zdobył już kilka nagród architektonicznych. Otrzymał m.in. nagrodę Obiekt Roku 2011 oraz wyróżnienie Grand Prix w 17. edycji konkursu na Architekturę Roku Województwa Śląskiego, organizowanego przez katowicki odział Stowarzyszenia Architektów Polskich.
Badania bez zakłóceń
10 dni przed otwarciem „hybrydy książki i elektroniki” odbyła się uniwersytecka inauguracja nowego roku akademickiego. Miała miejsce przy ul. 75 Pułku Piechoty 1 w Chorzowie, w Śląskim Międzyuczelnianym Centrum Edukacji i Badań Interdyscyplinarnych.
Budowa SMCEBI, na terenie przeznaczonym na Chorzowski Kampus UŚ, rozpoczęła się w 2010 r. Powstanie budynku, którego głównym projektantem jest prof. Jerzy Gurawski, również sfinansowane zostało w większości z funduszy europejskich.
– Uniwersytet Śląski pod koniec ubiegłego wieku otrzymał teren ok. 20 hektarów, przepiękny park, po likwidacji jednostki wojskowej – mówi prof. Alicja Ratuszna, dziekan Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii. – Położenie tego terenu, na którym brak zakłóceń mechanicznych i elektromagnetycznych sprawił, że uznaliśmy, iż można by tam zbudować kampus nauk ścisłych, z nowoczesnymi pracowniami naukowymi. „My” to grupa fizyków, chemików z Instytutu Fizyki, Instytutu Chemii i pracowników z Instytutu Nauki o Materiałach, a ojcem chrzestnym całego przedsięwzięcia jest prof. Jerzy Zioło.
– W Centrum realizowane będą kierunki i specjalności doświadczalne, które wymagają odpowiednich warunków do prowadzenia eksperymentów, zapewniających pracę precyzyjnej aparatury, minimalne zakłócenia mechaniczne i elektromagnetyczne – mówi prof. Jerzy Zioło, były dyrektor SMCEBI.
Studenci będą kształcili się w Centrum na kierunkach związanych głownie z nanomateriałami, nanofizyką, biofizyką i chemią leków. – W tej chwili, kiedy Centrum jest na etapie rozruchu, studiuje tam ponad 400 studentów – mówi prof. Ratuszna. – Teraz sprowadzane są sukcesywnie różne przyrządy, zależnie jak i kiedy zakończono procedury przetargowe. Docelowo, kiedy otworzymy już wszystkie pracownie dydaktyczne, w Centrum studiować będzie ponad 1000 studentów.
– Unikatowe specjalności i kierunki autorskie, które uruchomione zostaną w Centrum, wzorowane są na programach edukacyjnych czołowych uniwersytetów najbardziej rozwiniętych krajów świata – mówi rzecznik UŚ. – Jednym z głównych celów SMCEBI jest podniesienie jakości kształcenia i wzrost liczby studentów w dziedzinach priorytetowych z punktu widzenia rozwoju gospodarki, co zostanie uzyskane dzięki ułatwieniu dostępu studentów do nowoczesnej, unikatowej aparatury laboratoryjnej skupionej w nowoczesnych, certyfikowanych laboratoriach.
Głównym gospodarzem i użytkownikiem Centrum jest UŚ. Inne uczelnie będą miały możliwość korzystania z infrastruktury SMCEBI za zgodą uniwersytetu.
Uniwersytet Śląski przy współpracy z Uniwersytetem Ekonomicznym otworzył nową bibliotekę. Powstał też nowy ośrodek badań i studiów. Od kilku lat w planach jest nowy budynek Wydziału Radia i Telewizji oraz kampus akademicki w centrum Katowic. Plany te nie zostały jak dotąd zrealizowane. Co dobrego wyniknie z tych pomysłów dla studentów?
CINiBA
fot. CINiBA
Od 12 października na terenie dawnego lodowiska Torkat przy ul. Bankowej 11a w Katowicach działa Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka. Wspólny obiekt UŚ i Uniwersytetu Ekonomicznego ma spełniać standardy biblioteki XXI w., ma m.in. udostępniać informacje niezbędne do realizacji programów studiów oraz zwiększyć role uczelni w międzynarodowych relacjach naukowych. CINiBA to jedyna w regionie biblioteka hybrydowa, udostępniająca jednocześnie materiały drukowane i elektroniczne. W pierwszym okresie działalności gromadzi ok. 800 tys. książek.
– Studenci otrzymali najnowocześniejszą bibliotekę akademicką w kraju, gdzie korzystanie z księgozbioru jest bardzo wygodne – mówi Jacek Szymik-Kozaczko, rzecznik UŚ.
Starania o pozyskanie terenu dawnego lodowiska pod budowę nowego budynku podjął w 1995 r. ówczesny rektor UŚ prof. Maksymilian Pazdan. Prace budowlane rozpoczęły się 14 lat później. Budowę oraz wyposażenie sfinansowano głównie ze środków Unii Europejskiej.
Budynek według projektu pracowni HS99 Dariusz Herman i Piotr Śmierzewski zdobył już kilka nagród architektonicznych. Otrzymał m.in. nagrodę Obiekt Roku 2011 oraz wyróżnienie Grand Prix w 17. edycji konkursu na Architekturę Roku Województwa Śląskiego, organizowanego przez katowicki odział Stowarzyszenia Architektów Polskich.
Badania bez zakłóceń
10 dni przed otwarciem „hybrydy książki i elektroniki” odbyła się uniwersytecka inauguracja nowego roku akademickiego. Miała miejsce przy ul. 75 Pułku Piechoty 1 w Chorzowie, w Śląskim Międzyuczelnianym Centrum Edukacji i Badań Interdyscyplinarnych.
Budowa SMCEBI, na terenie przeznaczonym na Chorzowski Kampus UŚ, rozpoczęła się w 2010 r. Powstanie budynku, którego głównym projektantem jest prof. Jerzy Gurawski, również sfinansowane zostało w większości z funduszy europejskich.
– Uniwersytet Śląski pod koniec ubiegłego wieku otrzymał teren ok. 20 hektarów, przepiękny park, po likwidacji jednostki wojskowej – mówi prof. Alicja Ratuszna, dziekan Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii. – Położenie tego terenu, na którym brak zakłóceń mechanicznych i elektromagnetycznych sprawił, że uznaliśmy, iż można by tam zbudować kampus nauk ścisłych, z nowoczesnymi pracowniami naukowymi. „My” to grupa fizyków, chemików z Instytutu Fizyki, Instytutu Chemii i pracowników z Instytutu Nauki o Materiałach, a ojcem chrzestnym całego przedsięwzięcia jest prof. Jerzy Zioło.
– W Centrum realizowane będą kierunki i specjalności doświadczalne, które wymagają odpowiednich warunków do prowadzenia eksperymentów, zapewniających pracę precyzyjnej aparatury, minimalne zakłócenia mechaniczne i elektromagnetyczne – mówi prof. Jerzy Zioło, były dyrektor SMCEBI.
Studenci będą kształcili się w Centrum na kierunkach związanych głownie z nanomateriałami, nanofizyką, biofizyką i chemią leków. – W tej chwili, kiedy Centrum jest na etapie rozruchu, studiuje tam ponad 400 studentów – mówi prof. Ratuszna. – Teraz sprowadzane są sukcesywnie różne przyrządy, zależnie jak i kiedy zakończono procedury przetargowe. Docelowo, kiedy otworzymy już wszystkie pracownie dydaktyczne, w Centrum studiować będzie ponad 1000 studentów.
– Unikatowe specjalności i kierunki autorskie, które uruchomione zostaną w Centrum, wzorowane są na programach edukacyjnych czołowych uniwersytetów najbardziej rozwiniętych krajów świata – mówi rzecznik UŚ. – Jednym z głównych celów SMCEBI jest podniesienie jakości kształcenia i wzrost liczby studentów w dziedzinach priorytetowych z punktu widzenia rozwoju gospodarki, co zostanie uzyskane dzięki ułatwieniu dostępu studentów do nowoczesnej, unikatowej aparatury laboratoryjnej skupionej w nowoczesnych, certyfikowanych laboratoriach.
Głównym gospodarzem i użytkownikiem Centrum jest UŚ. Inne uczelnie będą miały możliwość korzystania z infrastruktury SMCEBI za zgodą uniwersytetu.
3 listopada 2012
Grubsona koncertowy brzuch
www.suplement.us.edu.pl, listopad 2012
27
października raper i DJ BRK promowali w Katowicach wydany w tym roku
album „Gruby brzuch”.
Grubson w Mega Clubie
fot. KM
Poza
tegoroczną płytą rybnicki wykonawca Tomasz Iwańca, Grubson,
nagrał do tej pory dwa krążki, „O.R.S.” (2009) i „Coś
więcej niż muzyka” (2011). „Dynamite Breaks” (2006) i „Mucha
nie siada” (nagrana wspólnie z Jareckim, 2010) to z kolei
dotychczasowe albumy rapera z Opola Bartosza Kochanka – DJ BRK,
„Brzucha” – założyciela studia nagrań Kurnik.
„Artyści
na początku 2012 roku zamknęli się w Kurnik Studio i przygotowali
różnorodny materiał, który dla polskiej sceny muzycznej będzie
sporą dawką pozytywnej energii – reklamował nową płytę
wydawca. – Połączenie dwóch charyzmatycznych osobowości
scenicznych jest gwarancją, że Gruby Brzuch to również
kolejny ciekawy rozdział w karierze Grubsona, którego wokal
doskonale współgra z niskim głosem BRK. Do tworzenia materiału na
album zostali zaproszeni tacy artyści jak Jarecki, Bu czy
Jotoskleja”.
– Weszliśmy
do studia i zaczęliśmy się bawić – mówił Grubson dla
dwutygodnika „Detalks” – większość hiphopowców za bardzo
się spina i wszystko robi na poważnie.
– Ważne,
żeby mieć do tego wszystkiego dystans – mówił dla „Detalks”.
– My mamy takie kawałki jak „Ostatni raz” i „Naprawimy to”,
które są bardzo przemyślane, ale są też takie jak „Można?! Da
się?!”. Jak wsłuchasz się w słowa tej piosenki, to ona naprawdę
ma przekaz, ale tekst jest w stylu, w jakim rozmawiasz na co dzień z
kumplami.
Przed
gwiazdą wystąpiła grupa Heavy Mental. Podczas dwóch i pół
godziny koncertu Grubsona i BRK w Mega Clubie publiczność usłyszała
m.in. piosenki „Nowa fala”, „Na szczycie”, „Koniec”,
„Naprawimy to”, „Słowiańskie korzenie”, cover Skrilleksa i
Damiana Marleya „Make It Bun Dem” oraz piosenki z nowej płyty,
„Śniadanie”, „Szansa”, „Zacieszacz” i „Można?! Da
się?!” – wykonaną wśród publiczności.
Ta
na koncertach Grubsona bawi się wyjątkowo. – Bardzo udany,
pozytywna energia, wyjątkowo długo grali, co też jest fajne –
mówił jeden z uczestników. – Bardzo dobry! Ta atmosfera...
Czekam na kolejny
– dodał inny.
BK
Subskrybuj:
Posty (Atom)









