– Studia to były trudne chwile, ale nie uważam, żeby cokolwiek w życiu było stracone. – L.U.C, czyli Łukasz Rostkowski, to osoba działająca na wielu artystycznych płaszczyznach. Pierwszą płytę nagrał osiem lat temu w Kanale Audytywnym. Współpracował m.in. ze Zbigniewem Namysłowskim, Leszkiem Możdżerem, Marią Peszek i Abradabem. Laureat wielu nagród. W ramach trasy „Eksperyment Pyykycykytypff!” 23 listopada wystąpił w Katowicach.

Koncert w Oku Miasta. O L.U.C-u mówi się, że porażony jest twórczym ADHD
fot. KM
Wydaną w 2010 roku płytę „Pyykycykytypff” stworzyłeś wyłącznie własnym głosem. Jak wyglądają koncerty, na których prezentujesz ten materiał?
To bardzo energetyczny i taneczny materiał. Zaskoczyliśmy nim ludzi. Nie za bardzo wiedzą, jak mają reagować. Koncerty nie są typowe. Ludzie przywykli do słuchania tekstów na kołyszących podkładach z dużą dozą instrumentów, a tu powstają niemalże klubowe taneczne bity. Tak czy inaczej, nadal wszystko tworzone jest wyłącznie głosem. Potężne wyzwanie technologiczne.
Na trasie występujesz z Projektem Pokolenie. Co to takiego?
To projekt pod mecenatem Absoluta. Marka z jednej strony nie może, a z drugiej nie chce nachalnie się reklamować. To dla mnie jej duży atut. Nie przykleja łatki, tylko promuje młodych ludzi, którzy robią ciekawe rzeczy. Roztacza mecenat – coś rzadkiego w naszej kulturze. Zorganizowała kilka konkursów. „Beat in the box” był przeznaczony dla beatbokserów. Uczestnicy konkursu pojawiają się ze mną na scenie. Przede wszystkim jeden z najlepszych, czyli Jurny. W poszczególnych miastach pojawiali się pozostali – Zgas, Crashu, Grajek i zwycięzca Bartox. Pracowałem z wieloma. Z Jurnym najlepiej poczuliśmy nić porozumienia. Dobrze poradził sobie z dodawaniem groove'ów, czyli tanecznego tła, do groove'ów zapętlonych prze mnie. Potrafi równo beatboksować, a to wielki atut. To spowodowało, że jest ze mną na całej trasie. Miał być Zgasik, mój przyjaciel, ale pokryły nam się trasy.
Sprzeciwiasz się kiczowatym remontom budynków. Akcja Pospolite Ruszenie przynosi rezultaty?
Trudno powiedzieć. To jest tak, jakby być jedną z witamin z zestawu Centrum. To wielki proces, który potrzebuje wielu witamin. Uważam siebie tylko za jedną z nich, jak na razie niemal jedyną, bo niewiele się robi w tej sprawie. Ale na szczęście coraz więcej. Mają miejsce pewne pozytywne zjawiska, ale nie wiem, które są spowodowane Pospolitym Ruszeniem i moim działaniem, a które działaniem innych. Najważniejsze, żeby działać. Być może ludzie zaczynają dojrzewać estetycznie. Pospolite Ruszenie wystartowało doceniając już blok we Wrocławiu, pomalowany z ciekawy sposób.
Jeżdżąc po Polsce widzę coraz więcej renowacji, które są fajnie zrobione. Z posowieckim bałaganem najlepiej poradziła sobie Warszawa, chociaż bałagan ma najgorszy. Bloki odnawiane są tam w najbardziej europejski sposób.
Pewnego dnia byłem u przyjaciela. Staliśmy na balkonie i zobaczyłem, jak zdejmują rusztowanie. Cała ulica została spójnie pomalowana w kolory około żółci. Miałem poczucie, że się udało. Czy to z powodu Pospolitego Ruszenia? Być może, ale nie przeceniałbym jego siły. Na pewno fajnie, że połączyliśmy siły z innymi akcjami – Napraw Sobie Miasto, REBLOK itd.
We Wrocławiu zrobiliśmy duże zamieszanie. Myślę, że dotarło tam do ludzi, że to nie jest fajne szpecić miasto w tysiącach pastelowych kolorów. Moim celem jest mącenie umysłów. Dotarliśmy do mediów, ale oddziaływanie ze strony społeczeństwa jest żenujące. Już wiele razy miałem poczucie, że tematy, które są dla mnie jak wódka dla drinka zupełnie nie interesują ogółu. Robię swoje, ale nie oczekuję, że pejzaż naprawi się z dnia na dzień.
Jako człowiek, który zna kilku designerów, przebywa w ich świecie, wie jak profesjonalnie odnawia się bloki i ma siłę komunikowania, poczułem obowiązek wykorzystania demokracji, którą wywalczyliśmy i powiedzenia tego głośno.










