20 listopada 2011

Myslovitz bez „Peggy Brown”

www.suplement.us.edu.pl, listopad 2011

W ramach jesiennej trasy promującej album „Nieważne jak wysoko jesteśmy...” 10 listopada br. w katowickim Mega Clubie zagrał zespół Myslovitz.


W katowickim Mega Clubie Myslovitz promował album „Nieważne jak wysoko jesteśmy...”

fot. KM

Po godz. 15.00 część muzyków spotkała się z wielbicielami w katowickim Empiku. Wieczorny koncert otworzył występ zespołu Generał Stilwell, mysłowickiej grupy działającej na przełomie lat 80. i 90. i reaktywowanej cztery lata temu. Był to jeden z pierwszych w Polsce zespołów grających muzykę gitarową inspirowaną brytyjskim rockiem. Marek „Dżałówa” Jałowiecki, lider grupy, jest autorem muzyki do przeboju Myslovitz „Peggy Brown”.

Dwugodzinny koncert gwiazdy rozpoczęła piosenka „Wieża melancholii”. Myslovitz zaprezentował przede wszystkim piosenki z ostatniej płyty, w tym „Przypadek Hermana Rotha”, trzeci singiel, który od października promuje wydany w tym roku album. Tekst piosenki związany jest książką Philipa Rotha „Dziedzictwo. Historia prawdziwa”, w której opisana jest historia ojca pisarza. – Zdiagnozowano u niego nieuleczalną chorobę i miał świadomość odchodzenia – mówił Artur Rojek w wywiadzie dla radiowej Trójki. – Tekst miał dotyczyć przemijania. W końcu zaczął iść w trochę inne sfery. Nie jest to już historia żywcem wyjęta z książki. – W Katowicach zabrzmiała m.in. instrumentalna improwizacja „Man on the Machine” z płyty „Skalary mieczyki neonki”. – Niezły ogień na koncercie – mówi Magda Zabagło, wielbicielka zespołu – Przemek Myszor [klawisze i gitara elektryczna] zamienia się miejscem z Jackiem Kuderskim [gitara basowa], dają czadu, a fani wpadają w trans. – Tego wieczoru zabrakło z kolei piosenek pochodzących z pierwszych trzech płyt zespołu.

Organizatorzy koncertu ulgowo potraktowali studentów i licealistów, przy zakupie biletów przewidzieli dla nich 15 zł zniżki. – Umówiliśmy się tak z managementem zespołu. Miał to być ukłon w stronę osób, które mają małe kiszonkowe. W przyszłości pewnie też zdecydujemy się na podobną formę promocji innych wydarzeń – mówi Tomasz Breś, współwłaściciel klubu.

Premiera nowej płyty Myslovitz, będącej kontynuacją „Nieważne jak wysoko jesteśmy...”, zapowiadana jest na wiosnę 2012 roku.

Na bis w Mega Clubie zespół wykonał m.in. „Długość dźwięku samotności”. Tej piosenki Artur Rojek nie musiał śpiewać sam.

BK

19 listopada 2011

Przychodzimy na UŚ. Zmierzamy do pracy

"Suplement", nr 4/2011

Według obiegowej opinii, wyższe wykształcenie to dzisiaj konieczność, uczelnie ścigają się więc w przedstawianiu kolorowych ofert i dają nadzieję prostych rozwiązań na drodze kariery zawodowej. Jednak alarmujące dane z pola bitwy o miejsce pracy nie napawają optymizmem. Czy sytuacja nie wymyka się spod kontroli?


ilustracja: BK, BS

Jak podaje Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, wzrasta odsetek osób bezrobotnych legitymujących się dyplomami wyższych uczelni. W 2003 roku osoby z wyższym wykształceniem stanowiły 4% zarejestrowanych, a w 2011 roku ich udział wzrósł aż do 11%.

– Niepokojące dane o bezrobociu wśród absolwentów to najważniejsze wyzwanie, jakie stoi obecnie przed uczelniami. Problem w tym, że od lat dużą popularnością cieszą się kierunki masowe, po których trudno znaleźć zatrudnienie – mówiła minister nauki Barbara Kudrycka w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”. – Ważne jednak, aby uczelnie w tworzeniu swojej oferty studiów uwzględniały nie tylko prognozy gospodarcze i potrzeby rynku pracy, ale także kreowały nowe zawody.

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości we współpracy z Uniwersytetem Jagiellońskim do 2014 roku będzie śledzić polski rynek pracy. W ramach projektu Bilans Kapitału Ludzkiego poszukiwana jest m.in. odpowiedź na pytanie: jaki wybrać kierunek kształcenia, by po szkole czy studiach posiadać wiedzę i umiejętności, na które będzie zapotrzebowanie?

Pod koniec 2010 roku badanie wykazało, że wzrastająca liczba osób kształcących się na poziomie wyższym i wysokie aspiracje edukacyjne uczniów szkół ponadgimnazjalnych powodują wysoki poziom przeedukowania społeczeństwa, który niekoniecznie wiąże się z nadmiarem kompetencji.

Jednocześnie dane Ministerstwa Pracy pokazują, że pod koniec 2010 roku w urzędach pracy osoby do 25. roku życia stanowiły 22% zarejestrowanych bezrobotnych. Do tej grupy zaliczał się co piąty bezrobotny, podczas gdy w latach 1991-2000 zaliczał się co trzeci. Dane ministerstwa potwierdza Międzynarodowa Organizacja Pracy, która ostrzega, że pokazują one już problem cywilizacyjny.


Liczba zarejestrowanych bezrobotnych ogółem i do 12 miesięcy od dnia ukończenia nauki według grup zawodów i specjalności. Stan na koniec 2010 roku

Źródło: Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej

Zdaniem ministerstwa osoby w wieku od 15 do 24 lat cechują się niską aktywnością zawodową. Tylko co trzeci młody człowiek podejmuje pracę. Ministerstwo zaznacza jednak, że pozostała część młodzieży jest bierna zawodowo głównie z powodu nauki i uzupełniania kwalifikacji. Podnoszenie kwalifikacji zawodowych zwiększa szanse na rynku pracy, ale przy założeniu, że kształcenie to odbywa się w kierunkach odpowiadających zapotrzebowaniu.

Poszukiwani: urzędnik i inżynier

Według danych Ministerstwa Pracy, pod koniec 2010 roku najwięcej zarejestrowanych bezrobotnych poszukiwało pracy w przetwórstwie przemysłowym, handlu, budownictwie i usługach. Nadwyżkę siły roboczej odnotowano w rolnictwie i przemyśle, natomiast niedobory pracowników dostrzeżono w administracji publicznej, obronie narodowej, opiece zdrowotnej i pomocy społecznej oraz edukacji.

Serwis rynekpracy.pl zwraca z kolei uwagę na inny problem. Polskie firmy mają kłopoty ze znalezieniem odpowiednich inżynierów specjalistów. Zagraniczne migracje oraz malejąca liczba osób chętnych na studia techniczne generują deficyt, którego efekty będą coraz bardziej odczuwalne przez pracodawców. Serwis zaleca nie tylko polepszanie warunków płacowych, lecz także aktywną współpracę z uczelniami wyższymi.

„Jakie są perspektywy? – pytają redaktorzy serwisu kierunkistudiow.pl. – Coraz większą popularnością będzie cieszyła się znajomość przez pracownika więcej niż jednej branży. Przykładem są inżynierzy budownictwa z dyplomem studiów ekonomicznych”. Inżynierowie stanowią jednak tylko niewielki procent absolwentów Uniwersytetu Śląskiego, a stricte ekonomicznych kierunków kształcenia na uniwersytecie nie ma.

17 listopada 2011

Kraków nadal śpiewa poezję

"Suplement", nr 4/2011

Przesłuchania ponad pięćdziesięciu nominowanych do finału 47. Studenckiego Festiwalu Piosenki rozpoczęły się 19 października br. w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Jury zdecydowało, że pierwszą nagrodę wysokości 7 tys. zł otrzymali...

...ex aexuo Jakub Pawlak i Tomasz Steńczyk. W skład jury weszli Jacek Cygan, Zygmunt Konieczny, Ewa Kornecka, Jan Poprawa, Jerzy Satanowski, Bogusław Sobczuk, Jan Wołek i Zbigniew Zamachowski. Drugą nagrodę przyznano Alicji Pyziak, a trzecią Agacie Rożankowskiej. Ponadto, Nagrodę im. Wojciecha Bellona otrzymał Paweł Leszoski, a Nagrodę im. Jacka Kaczmarskiego Piotr Bukartyk.

Dziesięciu laureatów i wyróżnionych zaprezentowało się podczas koncertu galowego na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego w sobotni wieczór, 22 października br. – Kraków kojarzy się ze Studenckim Festiwalem Piosenki – mówił Zbigniew Zamachowski, prowadzący. Przypomniał, że swoją karierę rozpoczynali tu m.in. Ewa Demarczyk, Maryla Rodowicz, Marek Grechuta, Jacek Kaczmarski, Grzegorz Turnau i on sam.

Występy rozpoczęła Karolina Jankowska z piosenką „Dzieci Hioba” Jacka Kaczmarskiego. – Jak się czujesz, występując na tej samej scenie, co Helena Modrzejewska i ja? – pytał Zamachowski.

Druga część koncertu, zatytułowana „C'est la vie”, poświęcona była pamięci krakowskiego piosenkarza jazzowego Andrzeja Zauchy w dwudziestolecie tragicznej śmierci. – Jako jedyny spośród państwa jestem uprawniony do prowadzenia tego koncertu, ponieważ nie skończyłem studiów, a zaczynałem trzy razy – mówił przyjaciel Zauchy Andrzej Piaseczny. Wśród wykonawców pojawili się m.in. Janusz Radek (z rewelacyjnym wykonaniem „Masz przewrócone w głowie”), Andrzej Sikorowski i Grzegorz Turnau („Pani Zosia”) oraz Dżamble – jeden z pierwszych zespołów Zauchy.

Ponad trzygodzinny koncert zamknęła piosenka „C'est la vie” w wykonaniu Ryszarda Rynkowskiego.


Na Festiwalu z wierszem Wojaczka

Na co dzień student informatyki, w wolnych chwilach komponuje i śpiewa poezję. Jakub Pawlak ze Strykowa, 20 l., zwycięzca 47. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie.


Jakub Pawlak

fot. KM

Jak znalazłeś się na Studenckim Festiwalu Piosenki?

Wystąpiłem na Spotkaniach Zamkowych „Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie. Dostałem tam drugą nagrodę i rekomendację do udziału w Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie.

Jaki repertuar wybrałeś na koncert galowy festiwalu?

Komponuję muzykę przede wszystkim do wierszy polskich poetów. Wykonuję na festiwalu trzy utwory. Na koncercie galowym prezentuję „Tańcowały dwa Polaki” Józefa Barana oraz „Balladę o murach Jerycha” Joanny Kulmowej. Oprócz tego, na przesłuchaniach konkursowych, śpiewałem „Sezon” Rafała Wojaczka.

Czy na co dzień zajmujesz się muzyką?

Na co dzień studiuję informatykę w zarządzaniu. Jeśli chodzi o muzykę, robię to z wielką pasją w każdej wolnej chwili.

Gdzie można cię usłyszeć?

Zdarza mi się zostać zaproszonym przez różnych organizatorów imprez artystycznych, niezwiązanych ściśle z poezją śpiewaną, muzyką, piosenką artystyczną. Zdarza mi się zagrać recital w ramach przeglądów, teatrów amatorskich, konkursu literackiego. Jeśli chodzi o nagrania, to nagrywałem tylko amatorsko we własnym zakresie.

Może w najbliższym czasie będziesz występował w Katowicach?

Jeszcze nie mam takich planów.

Po Studenckim Festiwalu Piosenki czeka cię zapewne kariera taka, jak Marka Grechuty czy Grzegorza Turnaua.

Nie wiem, czy można coś takiego o mnie powiedzieć. Na pewno tego typu wyróżnienie może owocować w przyszłości dodatkowymi możliwościami. Nie chcę się na nic nastawiać. W przyszłym roku chciałbym odwiedzić kilka festiwali, nie spocząć na tym, co udało mi się zrobić w tym roku. Chciałbym się dalej rozwijać. Wielkim marzeniem jest nagranie własnej płyty i prezentowanie swojego materiału przed publicznością. Jak będzie, zobaczymy.

14 października 2011

Śląski rap w Sportowej Dolinie

www.suplement.us.edu.pl, październik 2011

W dniach 23-25 lipca br. odbył się festiwal Śląski Rap to Pewniak Fest. Pierwszego dnia w bytomskiej Agorze wyłoniono wykonawcę, jaki wystąpił trzeciego dnia imprezy w Dolomitach Sportowej Dolinie w Bytomiu – Pierwszy Projekt. W kolejnych dniach w Dolomitach wystąpili m.in. Rahim, Grubson, Fokus i Abradab. Dwudniowy karnet kosztował 70 zł.


Śląski Rap to Pewniak Fest w bytomskich Dolomitach

fot. Tomasz Palej, Quiero Events


Lokalizacja festiwalu utrudniała dojazd, a koncerty rozpoczynały się z dużym opóźnieniem. Najwięksi wielbiciele śląskich raperów spędzili noc na specjalnie przygotowanym polu namiotowym.

Organizatorzy są zadowoleni. – Pierwsza edycja była pilotażowa – mówi Anna Kubik z Quiero Events. – Wyszło dobrze, czego dowodem są wpisy na fanpage'u. Dojazd nie był najlepszy. Przy współpracy z miastem planujemy już drugą edycję. Nad miejscem będziemy się zastanawiać. Cena biletów nie była wygórowana. Na koszty wpłynęło to, jak wielu artystów pojawiło się na scenie. Bilety można było wygrać lub kupić po promocyjnych cenach. Zaproszenia rozdawało Radio Czwórka. Każdy występ rządzi się własnymi prawami, stąd małe przesunięcia w rozpoczęciu koncertów.

Publiczność nie była liczna. Dopiero występy gwiazd zgromadziły pod sceną około setkę osób. Ci jednak, którzy przyszli, mimo niesprzyjającej pogody, bawili się bardzo dobrze. – Żałuję, że nie byłam na Grubsonie – mówiła jedna z uczestniczek festiwalu. – Podobał mi się koncert TRU KRU, ale najbardziej Abradab.

BK

12 października 2011

Frankenstein. O północy na Nikiszu

www.suplement.us.edu.pl, październik 2011


„Historia pewnej zbrodni” w Szybie Wilson

fot. KM

Teatr, muzyka, taniec i „Frankenstein” Mary Shelley. Z połączenia tych czterech elementów powstał spektakl „Historia pewnej zbrodni” w reżyserii Marleny Hermanowicz. Premiera odbyła się 16 września br. w Galerii Szyb Wilson na katowickim Nikiszowcu. Jest to pierwszy spektakl działającego od 2009 roku Teatru Bezpańskiego. Zespół teatru tworzy grupa młodych ludzi ze Śląska, zarówno debiutantów, jak i osób z doświadczeniem scenicznym.

– Najlepiej wspominam próby, na których poszczególne sceny zaczęliśmy łączyć w całość – mówi Kamila Kremiec, która zagrała postać Marii. – Spędzaliśmy po kilkanaście godzin dziennie dopracowując szczegóły, budując scenografię czy ustawiając światła. Niektórzy nocowali nawet w galerii.

Manifest Teatru Bezpańskiego mówi o wychodzeniu naprzeciw konwenansom. Spektakl rozpoczął się niemal o północy i trwał ponad trzy godziny. – Godzina rozpoczęcia była wpisana w treść sztuki – mówi Marlena Hermanowicz. – O północy Victor Frankenstein zostaje wybrany przez tajemniczego profesora Brahmsa na swego ucznia, co stanie się największym przekleństwem Frankensteina i zdominuje jego dalsze losy. Ta nieszablonowa pora stała się naszym znakiem rozpoznawczym.

– Książka znalazła się na moim biurku za sprawą siostry. Postanowiłam stworzyć kolaż, który pozwoli mi zachować miłość do teatru dramatycznego, ale także umożliwi pójście naprzód w poszukiwaniach teatru autorskiego – dodaje.

Obok muzyki klasycznej pojawiła się w spektaklu muzyka popularna, m.in. z musicalu „Sweeney Todd”, „Terminatora” i „Requiem dla snu”.

Pomimo przeszkód technicznych, spektakl był widowiskowy. – Ciężko było zrozumieć niektóre wątki, bo były problemy z nagłośnieniem – mówiła jedna z uczestniczek premiery. – Szkoda, że zaczęło się tak późno, ale jestem pod wrażeniem.

– Jestem surowym odbiorcą własnych dzieł – mówi Hermanowicz. – Dostrzegam niedoskonałości. Poza tym, stale słyszymy, że ludzie czekają, by móc nas zobaczyć. Nowe spektakle są już w fazie przygotowań.

BK

26 lutego 2011

Dziennik z podróży do Chin. Część 3

"Suplement", nr 1/2011

W marcu wysłałem do przedstawicielstwa Chińskiej Rady Stypendialnej w Brukseli podanie o językowe stypendium rządu chińskiego w Pekinie – www.csc.edu.cn. W lipcu przyszła informacja o przyjęciu.

Na początku wszystko było interesujące. Kolej transsyberyjska, nowa kultura. Później zaczął dokuczać mi smog i problemy w porozumieniu się z Chińczykami w języku angielskim. Na koniec groziło mi zatrzymanie na granicy.


27 sierpnia 2010

Za oknem góry, doliny, jeziora, tęcza. Wychodzę z mojego przedziału w wagonie drugiej klasy i robię fotografie moim małym aparatem.

Na podobne stypendium do mojego jedzie też w pociągu Tomasz z Niemiec. Często widzę go, kiedy fotografuje krajobraz.

– To różni studenta z Polski od studenta z Niemiec – powiedział Adam, jeden z zapoznanych w pociągu Polaków. – On w pierwszej klasie i z długim obiektywem w aparacie.


30 sierpnia 2010


W pokoju (dom akademicki Pekińskiego Uniwersytetu Językowego) jestem z Białorusinem Witalisem. Ma 21 lat, jest szczupły, wysoki, ma ciemne włosy. Jest pasjonatem chińskiej kultury. Przez trzy lata studiował sinologię w Mińsku.


31 sierpnia 2010

Pierwsze wrażenia. Sklepy są dobrze zaopatrzone. Ceny są niskie: piwo 3 juany (1 juan – 0,43 zł), porcja makaronu 6 juanów, papierosy 5 juanów. Mają McDonald'sy, Coca-Colę, Marlboro, MTV i CNN. Smog powoduje, że odległe budynki są za lekką mgłą. Chińczycy plują, a śmieci i niedopałki wyrzucają na ulicę. Nocą słabo widać gwiazdy.

Jedzą tu ryż, makarony, bułki na parze, mięsa, warzywa, ser sojowy. Tradycyjnym daniem w Pekinie jest kaczka.

Internet jest cenzurowany. MySpace, YouTube, Facebook i mój blog. Pojawia się komunikat „Nie można wyświetlić strony”.


7 września 2010

Przenieśliśmy się do nowego domu akademickiego. Ubikacja – dziura w podłodze – i łazienka są na korytarzu. Pokoje są po remoncie, z nowymi meblami. Jest telewizor i klimatyzacja. Mamy widok na ulicę.

Aby korzystać z biblioteki i stołówki, trzeba kupić kartę studencką. Wpłaca się na nią pieniądze i w ten sposób płaci w stołówce. Myślałem, że wyżywienie pokrywa stypendium.


9 września 2010

Witalis przyszedł z wiadomością, że nie można wypożyczać książek z biblioteki z powodu awarii komputerów. Ich naprawa potrwa dwa tygodnie. Aby zrobić zadanie domowe, chciał skorzystać w czytelni ze słownika. Na jednym piętrze powiedzieli mu, że aby skorzystać z czytelni, powinien mieć tytuł naukowy, na innym piętrze usłyszał, że już nie pracują, a na kolejnym piętrze, że słownika nie ma, bo to czytelnia czasopism. Witalis nie zrobił więc zadania domowego, a kiedy opowiedział o sytuacji wykładowcy, ten powiedział mu, że w takim razie słownik musi sobie kupić sam.


13 września 2010

Mieliśmy zajęcia z drugim wykładowcą. Robi się trudniej, bo zaczynamy posługiwać się tylko znakami. Zajęcia są na dobrym poziomie. Zapoznani studenci mówią mi, że ta uczelnia to najlepszy uniwersytet językowy.

Uczę się wymowy (dialekt mandaryński), łacińskiej transkrypcji pinyin, podstawowych zwrotów i znaków. Po dziesięciu dniach nauki powinienem znać ok. 150 znaków. Powinienem też umieć się przywitać, przedstawić siebie i swoją rodzinę, zamówić jedzenie, zrobić zakupy oraz zapytać o datę i godzinę.


Zajęcia na Pekińskim Uniwersytecie Językowym

fot. Romeo Ortiz

22 listopada 2010

Dziennik z podróży do Chin. Część 2

"Eurostudent", nr 190

W marcu wysłałem do przedstawicielstwa Chińskiej Rady Stypendialnej w Brukseli podanie o językowe stypendium rządu chińskiego w Pekinie – www.csc.edu.cn. W lipcu przyszła informacja o przyjęciu.

Na początku wszystko było interesujące. Kolej transsyberyjska, nowa kultura. Później zaczął dokuczać mi smog i problemy w porozumieniu się z Chińczykami w języku angielskim. Na koniec groziło mi zatrzymanie na granicy.


24 sierpnia 2010

Wsiadłem do pociągu relacji Moskwa-Pekin. W przedziale leżał krępy chłopak.

– Cześć, jestem Altan. Pijesz?

Altan pochodzi z Kałmucji, ale ma też mongolskie obywatelstwo. Handluje pamiątkami sprowadzanymi z Mongolii. Ma 24 lata. Interesuje go boks.


30 sierpnia 2010

Dotarłem do Pekinu i na Pekiński Uniwersytet Językowy – Beijing Yuyan Daxue. Podróż metrem jest prosta. Bilet kosztuje 2 juany (1 juan – 0,43 zł), jest na nim mapa połączeń. Stacje opisane są w alfabecie łacińskim, a w wagonach są podświetlane tabliczki z przebiegiem trasy.

Kampus jest ogromny. Dostałem tymczasowy pokój, za który muszę płacić do 1 października. W pokoju jestem z Białorusinem Witalisem. Ma 21 lat, jest szczupły, wysoki, ma ciemne włosy. Jest pasjonatem chińskiej kultury. Przez trzy lata studiował sinologię w Mińsku.

Pekiński Uniwersytet Językowy

fot. BK


4 września 2010

Zarejestrowałem się na uczelni. Dostałem chińską kartę do telefonu komórkowego. Moje miesięczne stypendium wyniesie 1700 juanów. Jednorazowo dostałem też 1500. Nadali mi chińskie imię Baertuo.


6 września 2010

System zapisu chińskich znaków kształtował się przez ponad 3 tysiące lat. Są piktogramami – obrazkami, hieroglifami – oznaczającymi pojęcia. Podstawową jednostką jest sylaba. Jednej sylabie odpowiada jeden znak. Wyrazy składają się z jednej lub kilku sylab. Niemal każdy znak można podzielić na mniejsze elementy znaczeniowe. Liczbę znaków szacuję się na 50 tys. Wykształcony Chińczyk posługuje się 6-10 tys. Do lektury gazety potrzeba 2-3 tys., a do zrozumienia samej jej treści 1200-1500.

Język chiński jest językiem tonalnym. Sposób wypowiedzenia danego wyrazu decyduje o jego znaczeniu. Nie ma odmiany. Treść wynika z kontekstu i szyku.

Istnieje kilka dialektów, jednak znaki są dla nich wspólne. Najpopularniejszy dialekt to mandaryński – język urzędowy w Chnach – inaczej putonghua. W latach 50. władze uprościły znaki tego dialektu i stworzyły jego transkrypcję pinyin – fonetyczny zapis w alfabecie łacińskim. Standardowo wyrazy wielosylabowe zapisuje się w tej transkrypcji łącznie. – Pinyin tylko pomaga z nauce chińskiego – powiedziała pani Li, mój wykładowca. – Wszystkie chińskie książki i gazety pisane są znakami.

Poszczególnych znaków nie oddziela się odstępami. W druku mają podobną interpunkcję, z wyjątkiem kropki (mały okrąg) i wielokropka (sześciokropek). Liczby często podawane są po arabsku. Stosują tradycyjny przecinek, żeby oddzielić różne części zdania i odwrócony, kiedy wymieniają rzeczy, które mają ze sobą coś wspólnego.

Klawiatury w komputerach mają łaciński alfabet, a tylko niektóre przyciski są opisane chińskimi znakami. Kiedy Chińczycy piszą na komputerze, używają pinyin, a program proponuje odpowiednie znaki.

16 listopada 2010

Dziennik z podróży do Chin. Część 1

"Suplement", nr 4/2010

W marcu wysłałem do przedstawicielstwa Chińskiej Rady Stypendialnej w Brukseli podanie o językowe stypendium rządu chińskiego w Pekinie – www.csc.edu.cn. W lipcu przyszła informacja o przyjęciu.

Na początku wszystko było interesujące. Kolej transsyberyjska, nowa kultura. Później zaczął dokuczać mi smog i problemy w porozumieniu się z Chińczykami w języku angielskim. Na koniec groziło mi zatrzymanie na granicy.


23 sierpnia 2010

Pociąg relacji Praga-Moskwa odjechał z Katowic.


24 sierpnia 2010

Moskwa. Mauzoleum Lenina – pierwsze wrażenie: jest z plastiku. Dalej Muzeum Bułhakowa – zrobiłem obiecaną fotografię kota Behemota.


25 sierpnia 2010

Altan (mój towarzysz podróży z pociągu) zaprosił mnie do siebie do Kałmucji. Powiedział, że sfinansuje podróż i pobyt. Będziemy łowić ryby i polować.


28 sierpnia 2010

Rano minęliśmy Bajkał. Wieczorem przekroczyliśmy mongolską granicę. Altan kupił pierogi i soloną herbatę z mlekiem. Mówi, że Mongołowie ciężko pracują i tracą sól, kiedy się pocą.


Kolej transsyberyjska. Granica rosyjsko-mongolska

fot. BK


29 sierpnia 2010

Altan wysiadł w Ułan Bator. Mam teraz w przedziale Anglika, Francuza i Belgijkę.

Kierujemy się na południe. Temperatura rośnie i dochodzi do 30 stopni. Po horyzont rozciągają się stepy, a na nich owce, wielbłądy i małe drewniane wioski.

Minęliśmy pustynię Gobi.

Dotarliśmy do chińskiej granicy. Mongolscy mundurowi salutowali nam na pożegnanie, a w Chinach powitała nas muzyka klasyczna z głośników. Robotnicy zmieniali zestawy kołowe w pociągu, ponieważ w Mongolii i Chinach jest różny rozstaw torów.

Poznałem Ellen i Gene'a. Pochodzą z małego miasteczka niedaleko Seattle. Gene, starszy mężczyzna z siwą brodą, prowadzi tam sklep ze zdrową żywnością. Ellen, młoda malarka – miała wystawy w Ameryce i Berlinie, jest jego klientką. Gene powiedział jej, że chciałby wybrać się w podróż koleją transsyberyjską, ale nie ma z kim. Ellen zaproponowała, że z nim pojedzie.

Znalazłem na niebie Wielki Wóz.


30 sierpnia 2010

W pokoju jestem z Białorusinem Witalisem. Ma 21 lat, jest szczupły, wysoki, ma ciemne włosy. Jest pasjonatem chińskiej kultury. Przez trzy lata studiował sinologię w Mińsku.

Spotkanie z Henryką Krzywonos

"Suplement", nr 4/2010

– Jestem pewna, że wasze matki, ojcowie, babcie i dziadkowie uczestniczyli w tych strajkach – mówiła 19 października 2010 na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego Henryka Krzywonos-Strycharska, sygnatariuszaka Porozumień Sierpniowych. – Zrobiliśmy to wszyscy.

Agnieszka Wiśniewska "Duża Solidarność, mała Solidarność. Biografia Henryki Krzywonos"

fot. Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Spotkanie na WNS UŚ było promocją książki Agnieszki Wiśniewskiej „Duża Solidarność, mała Solidarność. Biografia Henryki Krzywonos”. Krzywonos towarzyszyli Łukasz Moll z Krytyki Politycznej, Małgorzata Tkacz-Janik z partii Zieloni 2004 i Agnieszka Wiśniewska.

„Najpierw zatrzymała tramwaj – reklamuje książkę Wydawnictwo Krytyki Politycznej – a kilka dni później Lecha Wałęsę z tłumem stoczniowców kończących >>swój<< zwycięski strajk – wszystko to w odruchu solidarności z tymi, którzy latem 1980 roku rzucili wyzwanie całemu systemowi. Henryka Krzywonos, nikomu nieznana motornicza z gdańskiego Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego, tymi gestami sprzeciwu – pod gdańską operą i pod stoczniową bramą – sprawiła, że sierpniowy protest mógł przerodzić się w ruch na rzecz społecznej zmiany”.

– Pomyślałam, że to ważne, aby napisać biografię – mówiła Agnieszka Wiśniewska – bo w 30. rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych zabraknie rozmowy o robotnikach. Nie myliłam się. Przejrzałam zdjęcia, YouTube, archiwa. Zastanawiałam się, dlaczego ci ludzie strajkują. Poza tym, brakuje biografii kobiet "Solidarności". Wszędzie są sami mężczyźni. Książka ma luźną formę, bo napisałam ją tak, jak opowiadałam o Henryce znajomym.

– W roku 1980 ludzie chcieli opieki od państwa – dodała Wiśniewska. – Po 1989 zostało to zaprzepaszczone. Opiekę socjalną zastąpiono wolnym rynkiem. Jeżeli nie stać cię na przedszkole, na mieszkanie, na studia, jesteś głupi.

– Która "Solidarność" jest prawdziwa? Kogo mam słuchać? – pytał Krzywonos jeden ze studentów.

– Nie mogę powiedzieć o dzisiejszej "Solidarności", bo ona nie broni praw pracowniczych. Nowy przewodniczący zmieni związek. "Solidarność" będzie związkiem, a nie partią.

Krzywonos mówiła, że nie poszła do IPN zobaczyć swojej teczki. – Bałam się dowiedzieć, co tam jest. Pochodzę z patologicznej rodziny. Może moja mama potrzebowała na butelkę i coś powiedziała.

Zachęcała do udziału w wyborach i głosowania na kobiety, „ponieważ są dobre w organizacji”. Dodała, że nie zamierza startować w wyborach. Wiele osób prosi ją o poparcie, ale udziela go tylko sensownym ludziom. – Popieram ciebie, Małgosiu – powiedziała do Małgorzaty Tkacz-Janik, która startuje w wyborach do sejmiku województwa śląskiego z Gliwic.

30 sierpnia w czasie przemówienia na zjeździe "Solidarności" z okazji 30. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych Krzywonos skrytykowała Jarosława Kaczyńskiego: – Pan niszczy godność Lecha [Kaczyńskiego].

– Jestem wolna, więc mówię prawdę, bo nikogo się nie boję – mówiła Krzywonos podczas spotkania na WNS UŚ.

Głos zabrał jeden z wykładowców: – Od kilku lat pytam studentów, czy słyszeli coś o Henryce Krzywonos. Do tego roku akademickiego tylko jedna osoba odpowiedziała, że tak. Dzisiaj, po pani wystąpieniu na zjeździe "Solidarności", słyszała o pani większość.

– Mnie szkoda pana Kaczyńskiego – mówiła Krzywonos – bo on przeszedł straszną traumę, a nie ma przyjaciela, który by wziął go za rękę i zaprowadził do psychologa, do psychiatry czy gdziekolwiek, bo przyjaciel tak powinien zrobić.

Jeden ze studentów zastanawiał się, czy wystąpienie Krzywonos podczas zjazdu "Solidarności" było promocją książki.

– Pomysł na książkę powstał w styczniu, więc nie pisałam jej w nocy, kiedy o Henryce Krzywonos było już głośno – powiedziała Wiśniewska.

– Książka Agnieszki bardzo mi się podoba – mówiła Krzywonos. – Tylko to czerwone „K” na okładce wchodzi mi do nosa.

BK

4 października 2010

Poświatowska. Reportaż dla przyjaciela

"Śląsk", nr 9 (179), fragmenty

[dla Marty]

„Poznałam takiego początkującego literata – przyprowadzili mi go do domu – ślepy od urodzenia prawie – domyśla się Pan, że to zrobiło na mnie wrażenie” – pisała Halina Poświatowska do aktora Jana Niwińskiego w 1957 roku.


W Yonkers w USA, 1958

fot. archiwum rodzinne

„Napisałam książkę, już dawno, trzy lata tamu, ale wyjdzie dopiero w tym roku. To nie te wiersze od Czytelnika. Tamta nazywa się Opowieść dla przyjaciela i jest tyle o mnie, co i o Tobie” – pisała do niewidomego literata w 1966 roku. Urodził się w Częstochowie, był jej rówieśnikiem i studiował polonistykę. Korespondencja między poetką a przyjacielem trwała do 1966 roku i była bardzo obfita – ponad sto listów. Autobiograficzna Opowieść została wydana rok później. – Aby opublikować Opowieść, trzeba było uzyskać od Komitetu Centralnego Partii „zgodę na wydanie puli papieru” – mówi Zbigniew Myga, brat poetki.

Rytm bijącego serca

„Portret Haliny Poświatowskiej? – wspomina w książce Marioli Pryzwan Zbigniew Myga. – 167 centymetrów wzrostu, zgrabna, ładna, fryzura różna: przed wyjazdem do Stanów długa, potem na ogół krótka, pod koniec życia taka za uszy. Nie była blondynką, nieprawda, miała kasztanowe włosy. Oczy zaś szare, ale mówiła, że zielone”. – Myślałem, że każda starsza siostra pisze wiersze – dodaje.

Urodziła się w 1935 roku w Częstochowie. Była najstarszym z trójki dzieci Stanisławy i Feliksa Mygów. Matka zajmowała się domem, kończy w tym roku 96 lat, a ojciec z zawodu był ślusarzem, zmarł w 1977 roku. W okresie walk o wyzwolenie Częstochowy dziewczynka spędziła z rodzicami trzy dni w piwnicy domu przy przy Alei Najświętszej Marii Panny. W konsekwencji rozchorowała się na anginę, która następnie spowodowała zapalenie stawów i powstanie wady serca. Z tej przyczyny niemal przez całe życie poetka często przebywała w szpitalach i sanatoriach.

W 1953 poznała Adolfa Poświatowskiego, również chorego na serce, studenta Szkoły Filmowej w Łodzi, zainteresowanego malarstwem i fotografią. Pobrali się rok później, jednak małżeństwo trwało niespełna dwa lata – mąż zmarł w Krakowie na atak serca.

Debiut

Profesor Akademii Medycznej w Krakowie, Julian Aleksandrowicz, poznał poetkę z Wisławą Szymborską i Stanisławem Grochowiakiem. – Profesor wiedział, że Halina pisze wiersze – mówi Zbigniew Myga. – Chciał zorganizować jej terapię zajęciową, aby nie nadwyrężała serca. Szymborska miała o jej wierszach rewelacyjne opinie. Halina podbudowana opinią krakowskich poetów zaczęła nad sobą pracować. – Po latach, kiedy Halina zamieszkała w Krakowie, poetki zostały sąsiadkami, mieszkały w kamienicy przy ul. Krupniczej. Poświatowska debiutowała w 1956 roku w Gazecie Częstochowskiej. W 1957 roku przyszła noblistka podarowała poetce wydanie swoich wierszy Wołanie do Yeti. Znajduje się tam dedykacja: „Halinie Poświatowskiej z przyjaźnią i życzeniami, aby jak najprędzej wydała własny tomik”. W rok później Halina wydała swój pierwszy tomik wierszy – Hymn bałwochwalczy.

„Jej warsztatem pracy było rozgrzebane łóżko – wspomina Zbigniew Myga. – Pisała, siedząc obłożona poduszkami. Długopis w ręce, jakaś książka, słownik. Woziła ze sobą całą bibliotekę. Tu pisała swoją pracę doktorską. Pisała też wiersze. Ten proces twórczy wyglądał niepozornie. W pewnym momencie smarowała coś na kartce i mówiła: – Mamci, napisałam wierszyk. – Mama siadała do maszyny. Wystukiwała wiersz, rano wysyłała i za tydzień był już w Życiu Literackim”.