30 kwietnia 2010

Wywiad z laureatką Studenckiego Festiwalu Piosenki

Piosenka literacka mówi mądre rzeczy

Rozmowa z Dominiką Barabas z Lądka Zdroju (19 lat), zwyciężczynią 44. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. Przed laty objawili się tam m.in. Ewa Demarczyk, Marek Grechuta, Maryla Rodowicz i Grzegorz Turnau.

fot. archiwum Dominiki Barabas

Poprzedni rok – 2008 – był dla ciebie bardzo pracowity.

Owszem. Od lipca zaczęłam jeździć na festiwale.

Którą ze zdobytych przez ciebie nagród uważasz za najbardziej wartościową?

Są dwie równorzędne – 1 nagroda na festiwalu w Krakowie i nagroda im. Wojciecha Bellona. To są dla mnie duże wyróżnienia. Ostatnio grand prix międzynarodowego festiwalu OPPA w Warszawie.

Trochę zarobiłaś na tych nagrodach. Odłożyłaś to sobie, czy już wydałaś?

Pieniądze raczej się mnie nie trzymają. Dużo wydaję na instrumenty i rzeczy związane z muzyką. Wydaję też na podróże, bo co trzy dni jestem w innym mieście u innych osób. Pomaganie ludziom też pożera finanse. Pracuję po to, żeby wydawać, ale chyba o to chodzi.

Czy myślisz, że nagroda na festiwalu w Krakowie będzie twoją furtką do kariery?

To na pewno coś pomogło, ale przede mną jeszcze dużo pracy. Nagrodą festiwalu OPPA było nagranie płyty. Zaczęliśmy już, ale jest to bardzo męczące, dlatego myślę, że moja ścieżka będzie trudna i nie zawsze obfita w sukcesy, ale jestem dobrej myśli.

Piosenka studencka nie jest już chyba tak popularna jak kiedyś.

Jest gatunkiem niszowym, ale razem z kilkoma osobami mamy duży plan, żeby to zmienić. Tam się mówi mądre rzeczy i kładzie się nacisk na tekst, dlatego uważam, że piosenka studencka powinna być bardziej popularna.

Kogo masz na myśli mówiąc „my"?


Mam na myśli ludzi czynnie działających w piosence literackiej. Staramy się, żeby ten nurt wyszedł poza nasze zamknięte grono.

Wywiad z Jerzym Stuhrem

„Inspiracje”, 24.10.2005, fragmenty

Współczesne kino jest przedmiotem żywej dyskusji zarówno wśród młodych, jak i starszych kinomanów. Na pytania dotyczące problemów współczesnego kina odpowiada Jerzy Stuhr, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów i reżyserów, rektor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie.

fot. BK

Znajomy absolwent katowickiej filmówki powiedział mi, że we współczesnym polskim kinie brakuje albo pieniędzy, albo scenariuszy i dlatego tryumfuje kino offowe. Każdy może chwycić za kamerę i robić, co mu się podoba. „Pręgi”, „Edi”, „Cześć, Tereska” odniosły sukces. Czy wyższa popularność takich filmów świadczy o sukcesie, czy kryzysie polskiej kinematografii?

To pytanie ma dwa oblicza. Z jednej strony niezwykłe ważnym elementem są narodziny kina offowego, powstałego nie tylko z kryzysu, ale również z łatwości dostępu do kamery. Każdy ma dostęp do sprzętu, który może dać profesjonalną jakość obrazu. Offowe kino zawsze musi być uzupełnieniem oficjalnego nurtu. Czasem może go wyprzedzać i stać się awangardą, jak często dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Tam wyznacza ono mody, które przejmuje kino oficjalne. Kariera Jarmuscha lub duńskich artystów skupionych wokół Dogmy są tego najlepszym przykładem.

Źle się dzieje, jeśli takie kino wypełnia lukę, którą tworzy kino oficjalne. U nas te proporcje się zachwiały, chociaż pomimo to powstaje w naszym kraju ok. 15 filmów oficjalnego nurtu rocznie. Taka ilość chyba wystarczy.

Kino offowe istnieje na zachodzie i w Ameryce od kilkudziesięciu lat, a u nas pojawia się teraz. Czy to oznacza zaściankowość polskich filmów?

Nazwałbym to luką i nadrabianiem chaosu twórczego lat 90. Wtedy starsze środowisko filmowe zgłupiało, bo zabrakło mecenasa państwowego, z którym borykali się cenzuralnie – nie finansowo. Filmu nie można już było zrobić od razu. Dawniej minister dawał na to pieniądze, a teraz nie. Drugim problemem był strach, że ludzie nie pójdą do kin, więc zaczęto myśleć jak Amerykanie. Powstała seria nieautentycznych filmów. Polskie kino straciło wyraźną twarz, widzianą z zewnątrz. Odrodzenie pojawiło się pod koniec lat 90.

Obecnie nowe pokolenie wie, jakie chce robić filmy. Niestety, ci, którzy dają na te produkcje pieniądze, jeszcze w nich nie uwierzyli. Poza tym sytuacja kina światowego się zmieniła. Jest ono w głębokiej rozterce, co zauważam podróżując po świecie.

Wspomniał pan, że „dopóki młodzi filmowcy nie poprawią strony technicznej swoich prac, trudno im będzie dostać się na wielkie ekrany”. Co złego pod względem technicznym jest w polskich produkcjach?


Wielkie ekrany to dla mnie ekrany światowe. Zweryfikowałbym to zdanie, bo zauważam coraz więcej taniochy i publiczności, która zaczyna się przyzwyczajać np. do filmów kręconych kamerą cyfrową, a nawet woli je od filmów robionych na normalnej taśmie celuloidowej. Nie przeszkadza jej ziarnistość i strona techniczna, która jest nie do zaakceptowania przez profesjonalistów.

27 kwietnia 2010

Sezon na katowicką filmówkę?

"Suplement", nr 4/2008

Filmy studentów katowickiej filmówki odnoszą liczne sukcesy na polskich i międzynarodowych festiwalach. – Trzeba przełamać monopol łódzkiej szkoły filmowej – mówi operator Paweł Dyllus. – Teraz dużo się zmienia.

W budynku Wydziału Radia i Telewizji pachnie jak w starym domu wczasowym. Jest tam tylko garstka pracowników. Przed wejściem kilkoro studentów pakuje sprzęt do samochodu. Gdzie są wszyscy? Zapewne pojechali na plan.

I

Odbywający się w Łodzi Międzynarodowy Festiwal Camerimage jest jednym z najbardziej znanych festiwali poświęconych autorom zdjęć filmowych. Postrzega się tam operatora jako artystę, podobnie jak reżysera i aktora.

Paweł Dyllus został na Camerimage 2006 laureatem Złotej Kijanki za zdjęcia do filmu Julii Ruszkiewicz „Sezon na kaczki”. W ubiegłym roku tę samą nagrodę otrzymał Tomasz Woźniczka za zdjęcia do filmu Jakuba Czekają „Za horyzont”. – Złote Kijanki są wyjątkowo prestiżowymi nagrodami, które dają przepustkę do życia zawodowego – mówi dr hab. Krystyna Doktorowicz, dziekan WRiTV.

Ważny jest też Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Tam w 2006 roku obraz Rafała Kapelińskiego „Emilka płacze” ze zdjęciami Pawła Dyllusa został wyróżniony nagrodą główną Konkursu Kina Niezależnego.

II

O czym opowiadają studenckie etiudy? – Kiedy dwadzieścia lat temu pracował na WRiTV Krzysztof Kieślowski – mówi dr Doktorowicz – jego duch i myślenie o filmie dokumentalnym w kategoriach estetycznych i etycznych miało ogromny wpływ na twórców z tamtego okresu. Świat się zmienił, ale pewne rzeczy pozostały stałe, tylko pojawiają się w innym kontekście. Na estetykę filmów ma teraz duży wpływ telewizja i szybki montaż, ale wciąż obowiązują tematy ostateczne. Młodzi, jak mają dwadzieścia lat, to wydaje im się, że mogą się wypowiedzieć na każdy temat – o śmierci, o życiu, o miłości. Tak nie jest. Ale gdybyśmy przeglądali etiudy wybitnych reżyserów, którzy mają dzisiaj po 60-70 lat, też zauważylibyśmy podobne podejście.

III

Studenckie etiudy można zobaczyć na festiwalach, takich jak organizowany przez WRiTV Węgiel Student Film Festival, przeglądach lub specjalnych pokazach. Dzieła młodych filmowców można również zobaczyć w telewizji. W ramach przeglądu etiud studenckich Młode Kadry na kanale Kino Polska codziennie od poniedziałku do piątku emitowana jest jedna etiuda. Z kolei TVP Kultura w cyklu „Strefa – Kult Off Kino” w każdą środę prezentuje szeroko rozumiane kino niezależne, w tym też katowickie etiudy.

Jaka idea przyświeca prezentacji etiud szkolnych? Zdaniem Sergiusza Brożka, kierownika technicznego Teatru Korez i organizatora obywających się tam dawniej przeglądów etiud studenckich, celem jest skonfrontowanie tego, co robili studenci WRiTV wcześniej z tym, co dzieje się aktualnie: – Dzięki temu skojarzeniu można sprowokować w widzach i twórcach odpowiedź na pytanie, czy nasi śląscy twórcy to ci, którzy uparcie potrafią iść pod prąd, czy konformiści podążający pokornie za aktualnie obowiązującym nurtem? – Teatr Korez nie organizuje już podobnych przeglądów. – Ludzie nie przychodzą na takie pokazy, nawet nasi studenci – mówi Wanda Rajman, specjalista dziekana WRiTV ds. promocji. – Przychodzą tylko ci, którzy chcą.

Wywiad z Leszkiem Możdżerem

Pianista nie-odkryty

"Suplement", nr 4/2007, fragmenty

– W twórczości nie do końca chodzi o formę, tylko o przeżycie - mówi muzyk Leszek Możdżer. – Jeżeli ktoś mniej obyty w sztuce, stykając się z nią doznaje emocji, to odkrywa ją po raz pierwszy, nawet, jeżeli jest ona wtórna.


fot. archiwum Leszka Możdżera

Po lekturze wywiadu z panem w „Gazecie Wyborczej” [z 18.11.2006] odniosłem wrażenie, że jest pan ciekawym człowiekiem, kimś, kto rozumie swoje decyzje i mechanizmy show-biznesu, potrafi iść na kompromis, a jednocześnie nie rezygnować z uznawanych przez siebie wartości. W związku z tym zastanawia mnie, jaka jest pana wiara?

Artysta, który w siebie nie wierzy, nie ma żadnych szans. Zabije go pierwsza lepsza przeciwność losu. Jeżeli ma kiepski warsztat, ale wierzy w swoją sztukę, jest bardziej przekonujący niż ktoś, kto ma świetny warsztat, ale nie wie, co z nim zrobić.

Kiedyś moja wiara w siebie była chorobliwie duża. Dzisiaj w dużej mierze zależy ona od tego, czy jestem wyspany czy nie.

Koncertuje pan w różnych częściach świata. W jednym z wywiadów przyznał pan, że koncerty w Carnegie Hall w Nowym Jorku czy przed kilkunastoma tysiącami słuchaczy w Chile były bardzo stresujące. Czy odbiór pana muzyki przez publiczność za granicą różni się od tego w Polsce?

Nie widzę różnicy. Grając za granicą czuję się jednak mniej obciążony, bo nie jestem tam produktem popkultury i nie jestem widoczny w mediach. Mam szansę stać się dla każdego osobistym odkryciem. Tutaj często pojawiam się mediach i odbiór mojej osoby jest zakłócony przez papierową legendę.

Na całym świecie publiczność jest podobna. Najgorszą publicznością, dla której grałem, byli chińscy żołnierze oraz polscy politycy. Miałem wrażenie, że kompletnie nie rozumieją, o co mi chodzi.

Grzegorz Turnau często powtarza, że rynek muzyczny przyjmuje więcej muzyki niż jest w stanie unieść...

Myślę, że rynek muzyczny produkuje więcej muzyki niż Grzegorz Turnau jest w stanie przyswoić, zresztą wcale mu się nie dziwię, ja też nie jestem w stanie nadążyć za powstającymi płytami. Rynek uniesie jeszcze dużo więcej, nie ma obawy. To jest tak zwana inflacja, nic wielkiego.

...mówi, że kiedyś płyta była wydarzeniem roku, a teraz co najwyżej miesiąca.

Po prostu produkcja płyt jest o wiele łatwiejsza niż kiedyś. Myślę, że dla artystów nastaje era koncertów. To dopiero będzie weryfikacja umiejętności danego muzyka. Dobra płyta wcale nie jest gwarantem tego, że mamy do czynienia z kimś, kto umie grać czy śpiewać. To się okazuje dopiero na scenie. Grzegorz Turnau umie grać i to nieźle, sam słyszałem, więc ludzie będą kupowali jego płyty.

Wywiad z Kazimierzem Kutzem

"Suplement", nr 4/2007

Reżyser i senator Kazimierz Kutz nie przez przypadek we wszystkich swoich filmach opowiadał o buncie i o buntownikach: – Co by się stało, gdyby Ślązacy powiedzieli: „a my sobie tutaj zrobimy autonomiczną część Polski”? Nic by się nie stało, tylko ludziom by się dobrze żyło.


fot. Fundacja dla Wolności

Redaktor katowickiej „Gazety Wyborczej”, Dariusz Kortko, napisał artykuł „Śląsk mnie wkurza”. Gdybym panu zadał takie pytanie, pan też by powiedział, iż Śląsk go wkurza?

Tak, nawet bardzo. Specjalnie używam obraźliwego słowa i mówię o Ślązakach jako ludziach „dupowatych”.

Według pana Śląsk to „perła w koronie” i „sól ziemi czarnej”. Często powtarza pan, że był on rozkradany i traktowany po macoszemu. Co dokładnie ma pan na myśli?

Ślązacy zawsze żyli w obcym kraju i Polska się nimi nie interesowała. Konsekwencją tego było zgermanizowanie się arystokracji i ziemiaństwa śląskiego. Nie było innych elit i żył sobie taki niemy śląski narodek, zasklepiony w swojej staropolskiej kulturze.

Śląsk stał się wielkim tyglem dziewiętnastowiecznego przemysłu. Został brutalnie przekształcony z regionu wiejskiego w proletariacki. Jednocześnie w II połowie XIX w. pojawiła się nowoczesna polityka narodowa i Niemcy postanowiły stworzyć ze Śląska integralną część Rzeszy. Oznaczało to wynarodowienie Ślązaków. Sprowadzono człowieka do roli muła roboczego. Wielka fala wyzysku niszczyła naturę, powstawały kopalnie i huty, a ludzi wpychano w koszarowe osiedla. Gdyby Niemcy nie miały Zagłębia Ruhry i Zagłębia Śląskiego, nie mogłyby pozwolić sobie na dwie wojny światowe. Ślązacy byli w tym czasie mięsem armatnim. Po wojnie staliśmy się częścią ekonomiki wojennej Związku Radzieckiego i Śląsk ponownie był podstawową bazą dla przemysłu wojennego.

A jak to wygląda dzisiaj?

Po socjalistycznej gospodarce rabunkowej pozostał moloch. Wolny rynek wprowadzono z dziesięcioletnim opóźnieniem. Powstały mafie. Likwidowano huty i razem z ludźmi sprzedawano stare osiedla. Zamknięto 30 kopalń, bo wolny rynek oznacza, że węgla produkuje się tyle, ile można sprzedać. To spowodowało nieodwracalną biedę. Kiedy kilkanaście lat temu byłem w północnej Francji, tam wszyscy górnicy mieli możliwość uczenia się nowych zawodów, które będą im potrzebne po zamknięciu kopalni, a familoki przekazywano im za darmo, żeby nie burzyć struktur rodzinnych.

Tam był od dawna kapitalizm.

To jest kapitalizm cywilizowany. Tu też jest kapitalizm, ale dziki. To są kosztowne reformy, ale one się tam me odbywają kosztem człowieka. Najbardziej przykre jest to, że ludzie w Polsce, którzy uwierzyli w „Solidarność", zapłacili za to najwyższą cenę.

Czy istnieją już jakieś konkrety odnośnie projektu aglomeracji śląskiej, które mógłby pan pochwalić lub skrytykować? Napisał pan w felietonie, że „to jak na razie medialne bajki”.

Żeby Śląsk mógł się reanimować, potrzebna jest autonomia. Nie dlatego, żeby odłączyć się od Polski, tylko żeby dać możliwość decydowania o własnym losie.

Wywiad z Grzegorzem Turnauem

Biały frak Grechuty

"Suplement", nr 2/2007

O najnowszym albumie „Historia pewnej podróży” z piosenkami Marka Grechuty i o tym, dlaczego egzaminy są tak ważne w życiu każdego człowieka, opowiada Grzegorz Turnau.



fot. Tomasz Sikora

Spotykamy się po koncercie, na którym prezentował pan piosenki Marka Grechuty. W „Tygodniku Powszechnym” napisał pan, „że biały frak [Marka Grechuty] skrojony jest tylko na jednego aktora, że nikt nie będzie mógł go przerobić dla innej postaci”. Czy grając jego piosenki nie poczuł się pan takim krawcem, szyjącym biały frak?

Odróżniam niepowtarzalną sztukę estradową Marka Grechuty od piosenek, które po sobie pozostawił. Był twórcą, wykonawcą, autorem tekstów i kompozytorem tych piosenek, ale utwory żyją poza faktem wykonywania ich przez niego. Nie wszystkie nadają się do nowej interpretacji, ale wiele z nich – tak. Nie wszedłem w rolę krawca, który przerabia biały frak, wszedłem w rolę człowieka, który ma przed sobą bogatą spuściznę artysty, którego już nie ma. Chociaż ta płyta była tworzona, zanim okazało się, że będzie poświęcona jego pamięci.

Traktuję spuściznę Marka Grechuty jak coś klasycznego. Mam do czynienia z utworami, które można interpretować na nowo, jak w teatrze, gdzie szuka się nowych kluczy do istniejących już klasycznych utworów.

Proszę opowiedzieć o atmosferze, jaka panowała, kiedy był pan uczniem i studentem.

W 1981 roku wróciłem do liceum ogólnokształcącego po rocznym pobycie w Anglii, gdzie ukończyłem ósmą klasę szkoły podstawowej. Chodziłem na kursy aktu, rysowałem, miałem wielkie ambicje aktorskie i chciałem pójść do szkoły teatralnej.

W liceum było prężnie działające kółko teatralne. Dostałem się do niego, ale kiedy okazało się, że gram na fortepianie, to powiedziano mi, że nie będę aktorem, tylko kierownikiem muzycznym. Mimo woli wróciłem do gry na fortepianie, chociaż miałem jej serdecznie dosyć po doświadczeniach szkoły muzycznej. Zacząłem znowu grać, aranżować, pisać na skrzypce i śpiewać. Od słowa do słowa, zacząłem pisać piosenki i po dwóch latach miałem już całkiem spory, własny, młodzieńczy, z dzisiejszej perspektywy, nieważny już, dorobek.

Musiało być ciężko nadrabiać zaległości w szkole, pisał pan egzaminy komisyjne.

To było po kolejnym powrocie, bo wyjechałem na pół roku do Stanów Zjednoczonych. Miałem egzaminy komisyjne, bo nie chciano mi uznać amerykańskiej szkoły. Byłem w opałach, ale ratowało mnie to, że oprócz tego robiłem swoje, czyli pisałem piosenki i występowałem, a było to w szkole życzliwie przyjmowane.

Wtedy poznał pan twórczość Marka Grechuty.

Zobaczyłem jego recital i zrozumiałem, że jest to rodzaj świata, w którym chciałbym zamieszkać. Chciałem pójść w tym kierunku, poznać poetów, których on odkrywał, śpiewać podobne piosenki i wzorować się na nim. To stało się bardzo szybko, bo jeszcze w liceum wystartowałem na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie i dostałem tam główną nagrodę. To spowodowało z kolei moją obecność w Piwnicy pod Baranami. Będąc młodym człowiekiem wyznaczyłem sobie drogi na dalsze życie.

Rozmowa o modernizmie

Sztuka nowoczesna to nie chaos

"Suplement", nr 1/2008

Neomoderniści mówią: nie kwestionujmy sensu życia, żyjmy w takich warunkach, w jakich możemy i miejmy świadomość, że istnieje jeszcze wiele pięknych rzeczy, które możemy odkryć i prób, które warto podejmować – z historykiem sztuki i pracownikiem Uniwersytetu Śląskiego, dr Irmą Koziną rozmowa o sztuce współczesnej i planach przebudowy katowickiego dworca PKP.


Dr Irma Kozina

fot. Joanna Nowicka

Czy sztuka współczesna jest dla ludzi?


Jest tworzona przez ludzi i dla ludzi. Studenci niemal żądają ode mnie zajmowania się współczesnością. To jest coś, co im bardziej odpowiada i jest ich życiem.

Kant jako pierwszy udowodnił, że piękno i dobro nie muszą iść ze sobą w parze. „Artyści wyciągnęli z tego wnioski dla siebie – pisze Karol Estreicher w swojej »Historii sztuki w zarysie«. – Co było zabawą dadaistów i surrealistów w 1920 roku, w pięćdziesiąt lat później stało się groźnym społecznie ruchem otumanionej młodzieży, snującej się po drogach i miastach świata”. Jak wobec tego powinniśmy szukać piękna w sztuce współczesnej?

Karol Estreicher to nie jest literatura, na którą można się powołać. Piękno nie jest kategorią sztuki, tylko estetyki. Ostatnia teoria estetyczna powstała w XVIII w. Kiedy Francisco Goya namalował na ścianie swojego domu fresk przedstawiający Saturna pożerającego swoje dzieci, pojawiły się wątpliwości, czy można analizować to w kategoriach piękna. Wobec tego środkiem wyrazu jest również ekspresja. Historyk sztuki nie śledzi wyobrażeń piękna i brzydoty, ale sposób komunikowania się artystów z odbiorcami i wyraz artystyczny. Nawet jeśli dzieło sztuki jest obojętne pod względem ekspresji, to pozostaje przekazem pewnego status quo, sposobu myślenia o świecie, który uzewnętrznia się w dziełach sztoki. Jestem przeciwniczką posługiwania się osiemnastowiecznymi kategoriami piękna w odniesieniu do sztuki współczesnej, ale nie podważam ich istnienia, bo nie ma jednoznacznego pojęcia piękna i nie może być ono przyjmowane jako kryterium oceny wartości dzieła.

Jak w epoce postmodernizmu można odróżnić dzieło sztuki od kiczu? Ryszard Kapuściński pisze w swoich ostatnich "Lapidariach", że „sztuka współczesna rozpięta jest między klasycyzmem a skandalem”, a „jednym z niebezpieczeństw postmodernizmu jest to, że jest to raj dla beztalenci”.

Jeśli Ryszard Kapuściński krytykuje, to powinien określić punkt wyjścia. Postmodernizm został tutaj spłycony do zasady, którą sformułował Paul Feyerabend: anything goes – wszystko ujdzie, a tak nie jest. Trzeba by to rozwarstwić i zanalizować. Okaże się, że to, co jest dzisiaj, nie jest już postmodernizmem, a neomodernizmem.

Portret Marka Grechuty

Genialność była w nim

"Suplement", nr 6/2006

In memoriam: portret zmarłego 9 października 2006 roku Marka Grechuty w rozmowie z kompozytorem Janem Kantym Pawluśkiewiczem, współzałożycielem kabaretu, a później zespołu muzycznego Anawa.


fot. archiwum Marty Wielgus

Połowa lat 60. w Krakowie. Miasto przesiąknięte jest awangardową atmosferą. Tadeusz Kantor przywozi z Francji absurdalne malarstwo i happeningi, a Piwnica pod Baranami jest u szczytu popularności, artyści masowo ściągają do Krakowa, aby złożyć hołd Piotrowi Skrzyneckiemu, bohema spotyka się na jego występach, a Cyrankiewicz i Waldorff oblewani są tam wódką...

Tymczasem przy ul. Skarżyńskiego, kilka kilometrów od Starego Miasta, pomiędzy domami akademickimi Politechniki Krakowskiej, znajduje się studencki klub. W jego wnętrzu stoi zdezelowane pianino, jedyny instrument dla tysiąca studentów. Nikt się nim nie interesuje. Nikt, oprócz kilku przyszłych architektów. – Któryś któremuś musiał tam wejść w paradę, Marek mi albo ja Markowi – Jan Kanty Pawluśkiewicz opowiada o tym w czterdzieści lat później, w kawiarni Maska w podziemiach Teatru Starego w Krakowie. – Życie akademickie poza nauką było bardzo atrakcyjne. Interesowały nas rzeczy, które doprowadziły do naszego spotkania.

Spotkanie przy zdezelowanym pianinie

Towarzystwo przy pianinie zaczytane jest w prozie amerykańskiej. Caldwell, Salinger, Faulkner, Hemingway. Marek imponuje im swoją znajomością poezji. – Był w niej kompetentny i rozszerzał nasze literackie zainteresowania. Ale zorientowałem się, że jego zainteresowanie muzyką było kompletnie absurdalne. Jeśli ktoś komponował piosenki, to było to cenne, ale śpiewać to był obciach.

Młodzi studenci szybko dochodzą do wniosku, że mogliby założyć coś na kształt nieformalnej grupy artystycznej, która mogłaby dawać popisy, jak Piwnica. Interesują ich przede wszystkim głupoty. – Chcieliśmy robić coś, w czym wydawało nam się, że jesteśmy kompetentni, czyli w bałaganie i absurdzie. – Powstaje Anawa. Jan Kanty Pawluśkiewicz zaczyna komponować piosenki, a Marek śpiewać. – Był dla nas niezbędnym elementem, bo w kabarecie musi być przerywnik w postaci piosenki. Okazało się, że stanowimy wzajemnie uzupełniające się towarzystwo.

Księżyc, wycinane zwierzęta na sznurkach, chwiejący się las z dykty i teksty o amerykańskiej demokracji, wyszukane w historycznych kalendarzach z Biblioteki Jagiellońskiej – tak wyglądają ich pierwsze skecze.

Po założeniu kabaretu dostają druzgocącą recenzję w czasopiśmie „Politechnik”, ale to tylko utwierdza ich w przekonaniu, że należy dalej występować. – Wiedzieliśmy, że to jest znakomite, więc ten dziennikarz, który to napisał musiał być skończonym klepem.

Kiedy dwudziestodwuletni szczupły blondyn staje na scenie, efekt jest rewelacyjny. – Zupełnie tego nie rozumiałem, drażnił mnie jego infantylny przekaz. Jego myślenie i sposób śpiewania były w porządku, natomiast sylwetka kompletnie mi nie odpowiadała. – Krakowskie dziewczyny są Markiem zachwycone i dlatego wieść o nim szybko roznosi się po mieście. Z miesiąca na miesiąc wszystko toczy się bardzo szybko. Jest rok 1967 i Marek bardzo chce wziąć udział w Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Jury podczas eliminacji na Politechnice nie jest nim tak zachwycone, jak dziewczyny na występach. – Marek proponował zupełnie inną estetykę poetycką. Kiedy śpiewał: „za smutek mój a pani wdzięk / ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii”, to tamte kmioty nie wiedziały, o co chodzi, jaki pęk? Kto mógł sobie wyobrazić, żeby śpiewać utwory Wyspiańskiego, Witkacego, Przybosia, Mickiewicza? Udawaliśmy się w rejony, w które wówczas nikt inny nie zaglądał z piosenką, nawet Piwnica. – Chociaż Marek z ledwością dostaje się do konkursu, w finale otrzymuje drugą nagrodę, lepsza od niego jest tylko Maryla Rodowicz.

23 kwietnia 2010

Wywiad z laureatem Studenckiego Festiwalu Piosenki

Studencki Festiwal Piosenki to nie taniec z gwiazdami

"Suplement", nr 2/2010

– Piosenka studencka i poetycka należą do różnych grup. Są utożsamiane, bo wykonawców piosenki poetyckiej wypromował Festiwal – mówi Łukasz Jemioła, nazywany bardem z Lublina, zwycięzca 45. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie.


fot. Andrzej Banas

Kim właściwie jest bard?

Nie znam definicji, ale dla mnie słowo „bard” kojarzy się dziś ze słowami „gitara” i „poezja”, najlepiej własna. Bardowie piszą piosenki o sprawach ważnych z ich punktu widzenia, a słowa tych piosenek mają tu kluczowe znaczenie. Słowo jest ważniejsze od muzyki. Niektórzy śmieją się z bardów, ich prostoty muzycznej. Od razu dodam, że nie czuję się bardem w takim rozumieniu tego słowa. Staram się istnieć na styku kilku gatunków.

A piosenka autorska, literacka, studencka, poezja śpiewana – jak to odróżnić?

Myślę, że wszystkie wymienione typy należą do tej samej grupy. Może z wyjątkiem piosenki studenckiej, która jest u nas utożsamiana z poetycką z racji Studenckiego Festiwalu Piosenki, który wypromował wykonawców takiego właśnie stylu. Piosenka autorska najczęściej też jest literacką, a piosenka poetycka i literacka to chyba to samo. Nigdy nie lubiłem teoretycznych rozważań o muzyce, bo czy to ważne, jakie są wyznaczniki stylu? Ostatecznie chodzi przecież o to, czy piosenka się podoba, czy nie.

Jak zaczęła się twoja przygoda z piosenką?

Kiedy pierwszy raz usłyszałem The Beatles. Śpiewanie ich piosenek było naturalnym odruchem. Miałem wtedy 7 lat i uwielbiałem je. Teraz też je uwielbiam. Polem było wiele fascynacji, ale zaczęło się od winylowych płyt Beatlesów.

Jesteś samoukiem. Czy mógłbyś nazwać kogoś swoim mistrzem?

Nie mam mistrza ani gitarowego, ani wokalnego, ani tekstowego. Jest kilka osób, które cenię, ale „mistrz” to zbyt wielkie słowo. Jeśli miałbym przywołać kogoś, kogo chciałbym naśladować, to byliby to ogólnie muzycy ludowi. Nie chodzi mi o konkretny styl, a raczej o podejście do muzyki. Prostota wykonania, pokora, radość grania. Te cechy, które są moim zdaniem godne nazwania mistrzowskimi.

Wystąpiłeś w widowisku muzycznym Jana Kondraka „Pieśń z Pieśni”. Premiera odbyła się w grudniu 2009 r. w Lublinie. Co to za projekt?

Jest to widowisko bazujące na biblijnej „Pieśni nad Pieśniami”. Ciekawym zabiegiem jest odgrywanie postaci oblubienicy i oblubieńca przez kilkoro wokalistów. W przedsięwzięcie zaangażowani są zarówno tancerze, jak i muzycy, ale przede wszystkim młodzi lubelscy wokaliści. Jest to warte podkreślenia, ponieważ organizatorzy aktywizują młodych wykonawców, dają im szanse współpracy z zawodowymi muzykami i zaistnienia na scenie.

Blues, folklor, rock, przedwojenne piosenki. W jakim repertuarze właściwie gustujesz?

Dodałbym jeszcze kilka. Na przykład ostatnio zachwycam się suitami Bacha. Grałem też w zespole punkowym. Internet pozwala dziś na wszechstronność i byłoby głupotą z tego nie korzystać. Jednak, gdybym musiał zostać przy jednym stylu, to na pewno wybrałbym folklor. Głównie polski i amerykański.

Masz 25 lat, piszesz również własne piosenki. O jakich problemach może w nich opowiadać tak młoda osoba?

Lubię opisywać rzeczywiste sytuacje prostymi słowami. Nigdy nie rozumiałem poezji wysokich lotów. Na przykład, jeśli mam namyśli poranek, to wolę napisać „rano”, a nie „kiedy jutrzenka zbudziła rosę z kwiatów”. Nie napisałem wiele piosenek, może pięć, z tego trzy tłumaczenia tekstów angielskich. Nie mam w sobie poety.

Lynch na surowo

Na wernisażu swoich grafik i fotografii w Rondzie Sztuki znany artysta David Lynch mówił krótko: – Cieszę się, że jestem w Katowicach. To wspaniała wystawa – i po polsku – Dziękuję.


David Lynch podczas wernisażu swojej wystawy w katowickim Rondzie Sztuki

fot. Dawid Chalimoniuk/Agencja Gazeta

W kawiarni zgromadził się tłum. O zaproszenie na 25 listopada 2009 roku było trudno. Po 18.00 artysta wszedł w korowodzie fotoreporterów. Przywitał go prof. Marian Oslislo, rektor katowickiej ASP. Lynch zwrócił się do gości z podziękowaniem za przybycie i obejrzał wystawę katowickich studentów.

Na Śląsk przyjechał z Łodzi, a wcześniej otwierał swoją wystawę w Paryżu. Z przewodnikiem w osobie prof. Mariana Oslislo zobaczył w Zabrzu kopalnię Ludwik, dzielnicę Katowic Załęże oraz plac Sejmu Śląskiego. Poprosił także o spotkanie z Erwinem Sówką, śląskim malarzem prymitywistą.

Lynch znany jest głównie z artystycznych filmów. Był za nie trzykrotnie nominowany do Oscara. Sam nazywa siebie człowiekiem pomysłów. Zanim zaczął kręcić filmy studiował malarstwo. – Lubiłem malować, lubiłem też rysować – pisał o swojej młodości w książce „W pogoni za wielką rybą” wydanej w 2006 roku – I wydawało mi się, niesłusznie, że kiedy człowiek wchodzi w dorosłość, porzuca malowanie i rysowanie, żeby zająć się czymś poważniejszym. – Dalej wspomina spotkanie z kolegą: – W trakcie rozmowy napomknął, że jego ojciec jest malarzem. Pomyślałem, że malarzem pokojowym, lecz dalsza rozmowa uświadomiła mi, że jest znakomitym artystą. Ta rozmowa odmieniła moje życie. Wcześniej pociągały mnie raczej nauki ścisłe, teraz jednak wiedziałem, że chcę być malarzem. I chciałem wieść życie artysty. – W innym miejscu dodaje: – Więc zostałem malarzem.

Na wystawie w Rondzie Sztuki znalazło się ponad trzydzieści grafik wykonanych w pracowni Item Editions w Paryżu w latach 2007-2009 wraz z kamieniem litograficznym na stalowej sztaludze, akty kobiet – detale oraz stare fotografie przerobione w komputerze, zdjęcia z filmu „Inland Empire”, a także wykonane w Łodzi fotografie fabryk. Ponadto filmy krótkometrażowe kręcone od lat 60. wraz z pierwszym obrazem zatytułowanym „Sześć postaci, którym robi się niedobrze”.

– Lynch prezentuje tzw. sztukę ubogą, czyli eksponuje przedmioty surowe – mówi jeden z gości wernisażu i dodaje żartobliwie: – Jeśli Śląsk odkrywa fotografie i grafiki Hansa Bellmera, to może odkryje też Lyncha?

Wystawę można było oglądać do 5 stycznia 2010 roku.

BK

18 kwietnia 2010

Katyń w pamięci rodzinnej

"Śląsk", nr 4 (174), fragmenty

5 marca 1940 roku Józef Stalin podpisał rozkaz rozstrzelania jeńców z obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz przetrzymywanych w więzieniach Zachodniej Białorusi i Ukrainy. W Katowicach działają dwa stowarzyszenia dbające o ich pamięć, Rodzina Katyńska i Rodzina Policyjna 1939 r.


Pomnik Ofiar Katynia w Katowicach

fot. Zbigniew Sawicz

Akcja likwidacji obozów miała charakter tajny. Nim wiadomość o masowych grobach pod Katyniem została publicznie ujawniona, wśród miejscowej ludności krążyły bardzo powściągliwie przekazywane informacje o tym, iż przed kilku laty na terenie lasu koziogórskiego nad Dnieprem mordowano polskich jeńców wojennych. W oparciu o te pogłoski, w lutym 1943 roku, po zajęciu przez hitlerowców Smoleńska, natrafiono na zbiorowe mogiły. W tym samym roku dokonano ekshumacji.

Miejsca straceń i pochówku jeńców z obozów w Starobielsku, Ostaszkowie i więzień zachodniej Białorusi i Ukrainy były nieznane, dlatego Katyń stał się wspólnym symbolem zamordowanych.

Przez prawie pół wieku władze ZSRR utrzymywały, że na zbrodnię katyńską odpowiedzialni są hitlerowcy. Dopiero w 1990 roku prezydent Michaił Gorbaczow przekazał Wojciechowi Jaruzelskiemu dokumenty zbrodni wraz z listami wywozowymi i obozowymi. Dziesięć lat później zbudowano cmentarze wojenne w Charkowie, Katyniu i Miednoje.

W 1990 roku strona rosyjska rozpoczęła śledztwo w sprawie mordu katyńskiego. Trwało ono do 2005 roku, a jego wyniki zostały w większości utajnione. Najwyższa Prokuratura Federacji Rosyjskiej oficjalnie oznajmiła, że „nie ma podstaw do uznania zbrodni katyńskiej za zbrodnię ludobójstwa”.

Eugenia Gambuś, córka Marcina Jaworowskiego:

Po I wojnie światowej ojciec przyjechał na Śląsk. Kupił parcelę w Kochanowicach i wybudował tam dom. Po wybuchu wojny spotkaliśmy ojca podczas ewakuacji. Z uwagi na ciążę mojej matki ojciec dostał zezwolenie, by nas konwojować i w ten sposób dojechaliśmy do Antopola. Ojciec pojechał do Równego zameldować się w dowództwie. Matka błagała go, żeby został. Wtedy widzieliśmy go po raz ostatni. Miałam 10 lat. Po 17 września matka pojechała szukać go do Równego. Nie znalazła, ale widziała tam tysiące aresztowanych żołnierzy i policjantów.

Poszukiwania ojca trwały długo. Zawsze otrzymywaliśmy odpowiedź, że na terenie ZSRR Marcin Jaworowski nigdy nie przebywał. Dopiero po przekazaniu dokumentów stronie polskiej w 1990 roku odnalazł się w Miednoje. Teraz już wiem, jak zginął.


Ogólnopolska rodzina

Stowarzyszenie Rodzina Katyńska w Katowicach powstało w 1989 roku. Jest członkiem powstałej w następnym roku Federacji Rodzin Katyńskich w Warszawie i należy do większych kół w kraju. Na początku w katowickim oddziale było przeszło pięciuset członków, w tym dziewięćdziesiąt osiem wdów po zamordowanych oficerach i policjantach. W tej chwili członków jest około dwustu osiemdziesięciu, w tym dwie wdowy.

Dzięki staraniom członków stowarzyszenia naprzeciw kościoła garnizonowego św. Kazimierza Królewicza w Katowicach w 2001 roku powstał Pomnik Ofiar Katynia. Główna część pomnika na półkolistym cokole przedstawia skazanych przed egzekucją dwóch oficerów i policjanta stojących nad krawędzią skarpy dołu. Zbiórka pieniędzy potrzebnych na jego budowę rozpoczęła się w 1990 roku. Pomogły w niej władze miasta. Bogna Szklarczyk, prezes Rodziny Katyńskiej w Katowicach, opowiada o kwestowaniu pod kościołami, szukaniu sponsorów i sprzedawaniu cegiełek: – Wysyłałyśmy druki przekazów na osiedla Tysiąclecia i Paderewskiego. Poczta nie chciała odstąpić od opłat, ale dostaliśmy dużo odpowiedzi. Ktoś wysłał dziesięć złotych, a pięć musiał oddać poczcie. Autorem pomnika jest profesor Akademii Sztuk Pięknych z Katowic, Stanisław Hochuł, a architektem Marian Skałkowski. Było dużo pomysłów, ale ten był najlepszy. Inne projekty były dziwne.

W prawej bocznej nawie kościoła garnizonowego znajduje się kaplica katyńska. Na dwóch ścianach jest tam około 340 imiennych tabliczek i urna z ziemią z Katynia, Charkowa i Miednoje. – Jest tam pewna nieścisłość – mówi Bogna Szklarczyk. – Jest napisane „Katyń”, „Ostaszków” albo „Starobielsk”, bo w 1990 roku nie wiedzieliśmy jeszcze, gdzie są pochowani ci z Ostaszkowa i Starobielska. Ponieważ tak zaczęliśmy, to ciągniemy tak dalej.

Maria Nowak, córka Józefa Skuzy:

Mój ojciec był policjantem. Urodził się w 1899 roku i jest pochowany w Miednoje. Pochodził z kieleckiego. Został przeniesiony na Śląsk i tutaj poznał moją matkę. Nie wiem, ile o ojcu pamiętam, a ile dowiedziałam się z opowiadań. Był smukły, wysportowany, wysoki, z szablą – tak go zapamiętałam. Zapamiętałam też posterunek ojca. Wpadaliśmy tam czasami jako dzieci. Sadzał nas na biurku i pokazywał różne rzeczy.

Kiedy się z nami pożegnał, a było nas troje dzieci i mama, tak ślad się urwał. Miałam 7 lat. Zostaliśmy sami, bez środków do życia. Kiedy się żegnaliśmy, ojciec wsadził nas na furmanki. Nie zajechaliśmy daleko, tylko za rzekę Nidę i Niemcy nas zawrócili. Matka pracowała dzięki dobrym opiniom i pomocy rodziny. Wiem, co to głód.

Ostatni posterunek ojca był w Wojkowicach. Został zastrzelony w Twerze. O jego śmierci dowiedzieliśmy się, kiedy Jaruzelski przywiózł rosyjskie listy zamordowanych. Wtedy zapisałam się do Rodziny Katyńskiej, a później przyszłam do Rodziny Policyjnej.


Nie tylko oficerowie

Obóz jeniecki w Ostaszkowie, położony około 250 km na północny zachód od Tweru, był największym obozem specjalnym, podległym Zarządowi ds. Jeńców Wojennych NKWD. Położony na wyspie Stołbnyj jeziora Seliger, w zabudowaniach poklasztornych, przeznaczony był do przetrzymywania polskich funkcjonariuszy Policji Państwowej i Policji Województwa Śląskiego.

Ogólnopolskie Stowarzyszenie Rodzina Policyjna 1939 r. założył w 1990 roku nieżyjący już pierwszy prezes Witold Banaś. – Nie byłoby nas, gdyby nie on – mówi obecna prezes Maria Nowak. – Dwadzieścia lat temu trudno było to zorganizować. Szedł i głową otwierał zamknięte drzwi. O policjantach nie było wcześniej mowy, a przecież podczas II wojny światowej zginęło 90% śląskiej policji.

Stowarzyszenie skupia piętnaście oddziałów. Członkami są potomkowie zamordowanych policjantów: wdowy, córki, synowie, wnuki i prawnuki, którzy w związku z utratą bliskich w okresie Polski Ludowej nie mogli liczyć na pomoc władz. Honorowym członkiem jest również jeden żyjący policjant, który nie był w Ostaszkowie, ale bywa na spotkaniach Rodziny, na które przychodzi dzisiaj około pięćdziesięciu członków.

Stowarzyszeniu udało się zbudować i w 2000 roku otworzyć Polski Cmentarz Wojenny w Miednoje, gdzie spoczywają szczątki polskich policjantów, a także Grób Policjanta Polskiego na dziedzińcu Komendy Wojewódzkiej w Katowicach, gdzie co roku odbywają się uroczystości upamiętniające wydarzenia z 1940 roku. – Największe obchody mają miejsce 17 września, bo jest to rocznica pochówku szczątków Policjanta Polskiego – mówi Maria Nowak. – Dostaliśmy miejsce na grób na terenie komendy i skorzystaliśmy z tej propozycji, ponieważ podobne miejsca są często dewastowane.

Jedno z pomieszczeń Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach pełni funkcję Izby Pamięci, która poświęcona jest policjantom pomordowanym przez sowieckie NKWD. W 2008 roku członkowie Stowarzyszenia rozpoczęli realizację wcześniej przygotowanego programu edukacyjnego „Odkrywamy historię”, który przeznaczony jest dla uczniów szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych. – Spotkania z młodzieżą w Izbie Pamięci są dla nas najważniejsze – mówi Maria Nowak.

Mariusz Gaś, syn Jana Gasia:

Kiedy w 1939 roku ojca zabrakło, miałem 6 lat. Pochodził z Radzionkowa. Mieszkaliśmy w Katowicach, a krótko przed wybuchem wojny zostaliśmy ewakuowani w kieleckie. Ojciec najpierw był w policji w Lublińcu, później w Komendzie Rezerwy w Katowicach. Mój dziadek pracował w administracji i też był skierowany na wschód. Dziadek z moim ojcem rozstali się pod Tarnopolem. Dziadek wrócił, a ojciec został internowany i zamordowany w Twerze.

O śmierci ojca dowiedzieliśmy się w 1990 roku po ujawnieniu list. To, że byli uwięzieni w klasztorze, to były wcześniej domniemania. Dowiedzieliśmy się o tym pośrednio, z kartki policjanta z Radzionkowa, który pisał, że w tym obozie przebywa również mój ojciec. W czasie okupacji słyszeliśmy różne wiadomości – że być może jeńcy zostali zatopieni na barce na Morzu Białym.


Do wyjaśnienia

W historiografii PRL-u problemem Katynia się nie zajmowano. – Przyjmowano wyniki powołanej w 1944 roku komisji Nikołaja Burdenki – mówi historyk, dr hab. Sylwester Fertacz, profesor Uniwersytetu Śląskiego. – Miała udowodnić, że zbrodni dokonali Niemcy i taki był efekt jej pracy.

Prof. Fertacz mówi o aspektach sprawy katyńskiej, które wymagają jeszcze badań: – Przede wszystkim losy bodaj 2300 oficerów, którzy zostali zamordowani na terenie dawnych kresów wschodnich. Jedynie w przypadku Katynia dane są dość dokładne. Nie ma dokumentacji dotyczącej selekcji i wykonywania wyroków. Nie znamy osób wyznaczonych do ich realizacji. Lista ofiar nie jest pełna. Na podstawie tego, ilu oficerów zaginęło, można przypuszczać, że zamordowano 23 tys. jeńców. Wynika to z obliczeń polskiego rządu emigracyjnego. Mówi się też o zamordowanych w Katyniu dwóch kobietach. Prawdopodobnie jedną z nich była córka generała Józefa Dowbora-Muśnickiego.

Bogna Szklarczyk, córka Kazimierza Frąckowiaka:

Całe życie mama mówiła, że nie wolno się przyznać, że ojciec zginął w Katyniu. W życiorysach pisaliśmy, że ojciec poszedł w 1939 roku na wojnę i w czasie działań wojennych zaginął.


BK

Wywiad z Marcinem Koszałką

Filmowiec z drugiego planu

"Suplement", nr 5/2009

Operator, reżyser, dokumentalista i scenarzysta. Absolwent i wykładowca Wydziału Radia i Telewizji UŚ. Zdobywca wielu nagród, w tym na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za zdjęcia do filmu „Pręgi” i polskiego kandydata do Oskara – „Rewersu”.


Marcin Koszałka i Magdalena Piekorz na planie filmu "Pręgi"

fot. materiały promocyjne

Gdyby miał pan nakręcić film ze swoim mistrzem, to kto by to był?

Numer jeden, jako człowiek i jako artysta, to dla mnie prof. Bogdan Dziworski, wykładowca na naszym wydziale. Być może za dwa lata zrobimy razem film w Gruzji.

Czy to prawda, że przygodę z kinem zaczął pan jako nocny stróż w kinie?

Tak. W latach 90. pracowałem w krakowskim kinie „Kijów”, a potem w nieistniejącym już kinie „Wanda”.

Jak wpłynęły na pana studia na Uniwersytecie Śląskim?

Zdobyłem zawód, który jest moją pasją. Celowo nie wybrałem szkoły łódzkiej. Chciałem być w szkole, która w tamtych czasach była na uboczu i w której połowa roku nie będzie dziećmi znanych ludzi. Teraz nasi studenci zdobywają coraz więcej nagród i mówi się nawet, że nasza szkoła jest lepsza. Jedyny zarzut, jaki mam, to działanie w ramach struktury uniwersytetu. Dostajemy podobne pieniądze jak biologia czy geografia, a Łódź zawsze miała dofinansowanie z Ministerstwa Kultury. Mamy świetnych wykładowców, ale kiepski sprzęt. Może miasto powinno pomóc?

Rozmawiamy przed kinową premierą „Rewersu” Borysa Lankosza. Jak wyglądała praca na planie?

Borys dał mi dużo swobody. Mamy do siebie zaufanie. Zrobiliśmy czarno-białe zdjęcia, które są dzisiaj rzadkie. Film opowiada historię z lat 50., ale mimo scenografii i kostiumów zdjęcia nie są stylizowane na tamte lata, tylko mają rys nowoczesny. Tak samo muzyka. I to
jest w tym filmie najciekawsze

Pana zawód jest trochę niewdzięczny, bo widzowie rzadko zwracają uwagę na to, kto zrobił zdjęcia do filmu.

Nawet polscy krytycy rzadko coś piszą. Pewnie dlatego powstał festiwal Camerimage, żeby operatorzy byli bardziej doceniani. Jesteśmy ludźmi drugiego planu i nie jestem zły, że przeciętny widz nie zauważa mojej pracy, bo zauważają ją fachowcy.

Jest pan autorem zdjęć do amerykańskiej produkcji „House” z 2007 roku. Jaka była tam różnica w podejściu do pracy operatora?

To była ciekawa przygoda, bo trzeba było zrobić dużo efekciarskich ujęć. Metoda pracy była amerykańska. Reżyser decydował o wszystkim, chociaż liczył się z moim zdaniem. Amerykanie wykonują plan i nie ma za bardzo możliwości, żeby improwizować, a to często mi się nie podoba. W Polsce operator jest ważny, ale na Zachodzie już nie.

W pana dokumencie „Istnienie” aktor Jerzy Nowak przygotowuje się na śmierć. Pojawiły się głosy, że to manipulacja, a aktor wystąpił tam dla sławy. Czy nie boi się pan subiektywizmu i kreacji w dokumencie?


Nie przyjmuję tych zarzutów, bo to są rozważania teoretyczne. Czysty dokument nie istnieje. Żaden dokument nie jest prawdą. Nawet „Muzykanci” Karabasza, którzy uznawani są za czysty obserwacyjny dokument, są kreacją. Ci tramwajarze, którzy grali w orkiestrze, wiedzieli, że stoi kamera.

Dokumenty kręci pan, żeby oswoić swój lęk przed śmiercią. Udaje się?


Tego nie można zrobić. Moją rolą nie jest rozprawianie się z własnymi lękami, tylko sprawa społeczna, żeby widz zastanowił się nad pewnymi rzeczami. Podejrzewam, że gdybym nie miał tego lęku, to nie potrafiłbym robić filmów.

BK

Wywiad z Anną Kariną

Randez-vous z Godardem

"Suplement", nr 3/2009, fragmenty

– Nowa fala to był sposób myślenia i zachowania – francuska aktorka Anna Karina, gość krakowskiego festiwalu filmowego Off Camera, opowiada o początkach kariery i związku z wybitnym reżyserem Jean-Lukiem Godardem.


Anna Karina na planie filmu "Le Soleil dans l'oeil", 30 listopada 1961

fot. newwavefilm.com

Urodziła się pani w Danii. Jak trafiła pani do Francji i została aktorką?


W Danii wystąpiłam w filmie krótkometrażowym „Pigen og skoene” – „Dziewczyna z butami”. Miałam 14 lat. Opuściłam szkołę, zaczęłam pracować jako windziarka. Nie lubiłam tego. Malowałam ilustracje dla gazet, śpiewałam i tańczyłam. Miałam problemy z mamą i nowym ojczymem. Nigdy nie poznałam swojego prawdziwego ojca. Pierwszego ojczyma bardzo lubiłam. Kiedy miałam 11 lat, zabrał mnie i moją mamę do Paryża. Chciałam tam wrócić i zostać aktorką. Pojechałam.

Dlaczego właśnie tam?


Naprawdę chciałam. Lubiłam Francję i jej kulturę. Chciałam jechać do Ameryki, ale doszłam do wniosku, że to za daleko. Nie miałam pieniędzy. Wsiadłam na prom z Kopenhagi do Stuttgartu, a później jechałam autostopem i pociągiem. Na miejscu poszłam zobaczyć się z księdzem w duńskim kościele w pobliżu Pól Elizejskich. Powiedziałam: „Musi mi ksiądz dać miejsce do spania. Nie mogę spać pod mostami”. Odpowiedział: „Nie możesz spać w kościele, to wykluczone!”. Znalazł mi mały pokój. Byłam bardzo szczęśliwa.

Była pani zupełnie sama?

Tak, na początku. Wszędzie chodziłam pieszo. Miałam jedną czarną sukienkę. Nie miałam ciepłej wody i trudno było ją wyprać. Malowałam na ulicy, ale to nie dawało pieniędzy. Pewnego razu, kiedy usiadłam w kawiarni, podeszła do mnie kobieta. Poprosiła, żebym zgodziła się na sesję do magazynu „Jours de France”. Byłam przestraszona. Dziadek mi zawsze mówił, żebym nie rozmawiała z nieznajomymi. Ale to ja byłam nieznajomym! Mówiłam tylko po angielsku. Powiedziałam: „Nie wiem. Nie znam pani. O co chodzi?”. „Chodzi o sesję do bardzo znanego magazynu”. Powiedziałam: „Jeśli będzie pani sama, to nie zrobię tego, ale jeśli przyjdzie pani z innymi ludźmi, to zgoda”. Jeśli przyszłoby więcej ludzi, zawsze ktoś mógłby mnie obronić. To byt bardzo naiwny sposób myślenia. Kobieta zaczęła się śmiać i powiedziała: „Oczywiście!”. Dostałam pieniądze po tygodniu. Później poszłam na sesję do magazynu „ELLE”, prowadzonego przez Helene Lazareff. Obcięli mi włosy, zrobili makijaż. Była tam też inna kobieta. Podeszła i zapytała: „Jak się nazywasz?". Powiedziałam: „Hanna Karin Blarke”. „Słyszałam, że chcesz być aktorką?”. Odpowiedziałam: „Tak, chcę się nauczyć francuskiego i zostać aktorką”. A ona na to: „Więc musisz się nazywać Anna Karina”. To była Coco Chanel. Dostałam się na okładkę magazynu. Dzisiaj mamy ich dużo, ale wtedy było tylko kilka. Ludzie rozpoznawali mnie na ulicy. Zaczęłam dostawać wiele ofert. To był dar z nieba. Odkładałam pieniądze w banku, jadłam bardzo mało. Chciałam iść do szkoły, uczyć się francuskiego. Wystąpiłam w reklamie mydeł Palmolive i Monsavon.

Te reklamy okazały się bardzo ważne w pani karierze.

Tak, bo zauważył mnie Jean-Luc Godard. Poprosił o spotkanie i zaproponował rolę w „Do utraty tchu”. Chciał, żebym się w filmie rozebrała. Powiedziałam: „Nie, nie zrobię tego” i wyszłam. Dla mnie to było porno. Zapomniałam o całej sytuacji. Po kilku miesiącach dostałam nowy telegram, tym razem z propozycją zagrania głównej roli. Pomyślałam: „O co chodzi? Jeszcze nic nie zrobiłam. Jak mogę zagrać główną rolę?”. Pokazałam telegram znajomym. Powiedzieli, że to Jean-Luc Godard, że właśnie nakręcił piękny film z Jean Seberg i Jean-Paulem Belmondo „Do utraty tchu”, że muszę iść. Zapytałam: „Czy to ten facet w ciemnych okularach?”. „Tak, to on”. Powiedziałam: „Pamiętam. Chciał, żebym się rozebrała”. Nalegali, żebym poszła i tak zrobiłam. Byłam nieco zdenerwowana, bo wcześniej mu odmówiłam. Zapytałam, czy będę musiała zdjąć ubranie. Odpowiedział, że nie, że to film polityczny. Nic nie wiedziałam o polityce! Obiecał, że będę robiła tylko to, co mi powie i żebym podpisała kontrakt. Nie mogłam tego zrobić, bo nie miałam 21 lat. On na to: „To przyjdź z mamą, z tatą, z kimkolwiek”. Ale moja mama była w Kopenhadze! Stwierdził: „Och, jesteś naprawdę trudna!”. Wysłali mojej mamie bilety na samolot, przyleciała trzy dni później i podpisała kontrakt. Pojechaliśmy do Szwajcarii kręcić „Żołnierzyka”, ale trwało to bardzo długo, bo Godard co chwilę przerywał.

W pracowni Ryszarda Kapuścińskiego

Czerwona kredka

„Suplement”, nr 2/2009


Ryszard Kapuściński w swojej pracowni, 2003

fot. Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

W domu mistrza na warszawskiej Ochocie byłem w kwietniu 2008 roku. Wcześniej pani Alicja Kapuścińska zgodziła się na wizytę. Osiedle oddzielone jest tam od drogi szeregiem wysokich budynków. Z jednej strony hałas samochodów, z drugiej – cicho i spokojnie. Pani Alicji, niskiej starszej pani, przyniosłem czekoladki z toffi, przysmak moich rodziców. Zaprowadziła mnie na strych, gdzie mieści się pracownia jej zmarłego męża. Poniżej, na piętrze znajduje się ich mieszkanie. Na górze zobaczyłem miejsce, o którym dużo czytałem: fotele, na których mistrz odpoczywał i rozmawiał z gośćmi, tysiące książek, pamiątki, biurko i kolekcję długopisów, na ścianach fotografie i kartki z notatkami.

Jego pierwszą książką, jaką przeczytałem, były „Podróże z Herodotem”. Opis podróży koleją transsyberyjską wzbudził we mnie chęć podróży do Chin. Później w konkursie na reportaż wygrałem egzemplarz „Cesarza”. Przeczytałem go z marszu. Z „Hebanu” dowiedziałem się o innym poczuciu czasu w Afryce i o autobusach, które odjeżdżają tam dopiero wtedy, kiedy są pełne. Przekonałem się o tym później, podczas podróży na czarny kontynent. „Chrystus z karabinem na ramieniu” zaciekawił mnie wyrozumiałością wobec Palestyńczyków i ich walki o niepodległość oraz historią obalenia przy udziale Stanów Zjednoczonych demokratycznego prezydenta Gwatemali, który ogłosił reformy utrudniające amerykańskiej firmie handel owocami.

Wynotowałem sobie jego rady: żeby codziennie napisać chociaż jedno zdanie, że reportaż jest wizją świata reportera i że „ludzie dzielą się na tych, którzy mówią, że chcą napisać książkę i tych, którzy rzeczywiście ją piszą, żeby coś wyrazić”.

Chciałem się z nim skontaktować i porozmawiać o jego reportażach i podróżach. Spotkanie mogło mieć miejsce w Pałacu Młodzieży w Katowicach – z laureatami konkursu dziennikarskiego – ale zostało odłożone ze względu na wyjazd Kapuścińskiego do Włoch, a później chorobę. List do niego miałem już prawie napisany, ale nie dążyłem go dokończyć i wysłać. Następnego dnia po jego śmierci przeczytałem w gazecie: „Ryśku – stamtąd, gdzie poszedłeś, jeszcze nikt nie napisał reportażu. Wierzymy, że znów będziesz pierwszy i – jak wiele razy wcześniej – pomożesz nam zrozumieć jak tam jest”.

Tymczasem na poddaszu na chwilę zostałem sam i myślałem o tym, aby usiąść na jego krześle za biurkiem, ale powstrzymałem się. Źle bym się z tym czuł.

Zeszliśmy niżej do mieszkania i znowu zobaczyłem miejsce znane mi z opisów i fotografii: stół, na którym przygotowywał rzeczy przed podróżami i balkon, gdzie dał się sfotografować w niebieskiej marynarce. Wśród starych mebli zwróciła uwagę nowoczesna sztuka, awangardowe obrazy i liczne nagrody literackie i dziennikarskie. Pani Alicja opowiedziała o planach zorganizowania konferencji, utworzenia muzeum i przejęcia jego zbiorów przez Bibliotekę Narodową. Podczas rozmowy przypomniała sobie o swojej wizycie w Katowicach w 1997 roku. – Pan jest z Katowic? Pamiętam, jak byłam na Uniwersytecie Śląskim z mężem na wręczeniu mu tytułu honorowego doktora.

Na pożegnanie przyjąłem od pani Alicji wydanie albumu ze zdjęciami jej męża z Afryki i skrępowany poprosiłem o jeden z ołówków, które leżały na jego biurku. Kiedy później sprawdziłem, okazało się, że to nie był ołówek, tylko czerwona kredka.

– Jeśli pan będzie jeszcze dzwonił, proszę się nie zdziwić, jeśli usłyszy pan głos męża na sekretarce. Po prostu nie chciałam go kasować.

BK

Koncert Woody'ego Allena

Och, Woody, Woody...

"Suplement", nr 1/2009

Klasyczny nowoorleański Jazz w przyzwoitym wykonaniu i nieprzyzwoitej cenie – w ostatnią niedzielę minionego roku wraz z zespołem wystąpił w Warszawie znany reżyser Woody Allen.


Woody Allen & his New Orlean's Jazz Band podczas koncertu w Sali Kongresowej

fot. Adam Kozak/Agencja Gazeta

Kariera 73-letniego obecnie Allana Stewarta Konigsberga zaczęła się, kiedy jako nastolatek zaczął wymyślać dowcipy dla znanych komików. Z czasem rozpoczął współpracę z telewizją i występował w nocnych klubach. W filmie zadebiutował w 1965 roku scenariuszem i drugoplanową rolą w komedii „Co słychać, koteczku?”. Trzykrotnie otrzymał Oskara: za scenariusz i reżyserię „Annie Hall” oraz scenariusz filmu „Hanna i jej siostry”. W 2002 roku jako drugi reżyser w historii po Ingmarze Bergmanie otrzymał na festiwalu w Cannes specjalną nagrodę za osiągnięcia. Podobno jest jednym z trzech reżyserów obok Clinta Eastwooda i Charliego Chaplina, do pracy których nikt się w Ameryce nie wtrąca lub nie wtrącał.

Komediopisarz i dramaturg

Znamy go głównie z komedii, w których wykreował charakterystyczną postać neurotyka. Jego filmy są staromodne i rzemieślnicze, ale przy tym dyskretnie eleganckie. Zawsze chciał napisać wielki dramat i kręcić poważne filmy. Jest autorem dwóch broadway'owskich sztuk „Don't Drink the Water” i „Zagraj to jeszcze raz, Sam” - ta ostatnia wystawiana m.in. w poznańskim Teatrze Nowym.

Najbardziej zadowolony jest z nakręconego latem 2004 roku filmu „Wszystko gra”, dramatu przedstawiającego historię Chrisa, trenera tenisa, który bogato się żeni i osiąga tym samym życiowy sukces, jednak jego obsesją staje się Nola. Chris przeżywa z nią burzliwy romans, który doprowadzi go do zbrodni. Reżyser miło wspomina również filmy „Purpurowa róża z Kairu” oraz „Mężowie i żony”. – Pod względem artystycznym nie osiągnąłem niczego szczególnego – mówił Erikowi Laxowi, który niemal przez czterdzieści lat przeprowadzał wywiady z Woodym Allenem, czego owocem jest książka wydana w Polsce przez Axis Mundi. – Nie wniosłem żadnego konkretnego wkładu do światowego kina w porównaniu z takimi reżyserami, jak Scorsese czy Spielberg. Dlatego uważam za bardzo dziwne, że przez te lata poświęcono mi tyle uwagi. Kiedy bytem mały, zwykle ukrywałem się w kinie. Czasami oglądałem tygodniowo dwanaście do czternastu filmów. Jako dorosły mogę kręcić filmy i raz na rok żyć w nierealnym świecie. Uciekłem z życia w kino. Ironia losu polega na tym, że kręcę eskapistyczne filmy, ale to nie publiczność ucieka, tylko ja.

Ostatni film Woody'ego Allena, „Vicky Cristina Barcelona”, będzie miał w Polsce premierę 17 kwietnia 2009 roku. Na bieżący rok zapowiadana jest również światowa premiera jego najnowszego obrazu „Whatever Works”.

Muzyk i jego klarnet

Jazzem interesuje się od dziecka. Swój pseudonim zawdzięcza idolowi z lat młodzieńczych, znanemu klarneciście Woody'emu Hermanowi. Córki Allena nazwane zostały na cześć znanych muzyków: Bechet – dla uczczenia saksofonisty Sineya Becheta, a Manzie – perkusisty Manzie Johnsona. W wieku piętnastu lat zaczął uczyć się gry na klarnecie i przez kilka lat grał w domu przy nagraniach z płyt George'a Lewisa. Publicznie zaczął występować z własnym zespołem na przełomie lat 60. i 70. Pewnego razu na pytanie o początek swojej kariery klarnecisty odpowiedział: – Graliśmy, przyjemnie było. – Sam skomponował muzykę do swojego filmu „Śpioch” z 1973 roku i nagrał ją z zaprzyjaźnionym zespołem Preservation Hall Jazz Band. Ponadto od lat w każdy poniedziałek występuje w kawiarni ekskluzywnego hotelu Carlyle w Nowym Jorku, a w 1996 roku Barbara Kopple udokumentowała europejską trasę koncertową Allena i New Orleans Jazz Band. Film „Wild Man Blues” miał swoją premierę rok później, a wraz z nim ukazała się też ścieżka dźwiękowa. W Polsce nagrania Allena wraz z zespołem znalazły się m.in. na składankach „Pozytywne wibracje”.

Reportaż z Kenii. Spotkanie z babcią Baracka Obamy

Obama w cieniu baobabu

"Suplement", nr 7/2008

Samolot ląduje w Mombasie. Głos stewardessy obwieszcza z głośników: „Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych wygrał senator Barack Obama”. Dla Kenii to historyczny dzień.


Sara Obama

fot. Karolina Sobel

– Czy cieszysz się, że wybory wygrał Barack Obama? – pytam naszego kierowcę w drodze z lotniska do centrum miasta. W matatu, czyli „minibusie” w lokalnym języku suahili, jadę z przyjaciółką z Polski i dwoma Kenijczykami. – Oczywiście, to syn naszej ziemi. Jego babcia mieszka w Kogelo.

„Obama, Obama!” – krzyczeli ludzie na ulicach miasta. „Czy znasz Obamę? Czy głosowałeś na niego?” – pytali białych i zachęcali do kupienia jego portretu.

Aby dostać się do Kogelo, trzeba przejechać autobusem lub pociągiem na wschód, nad Jezioro Wiktorii. Jest to ok. półtora dnia drogi, podczas której można zajrzeć do książki i zapoznać się z historią kraju.

„Do X wieku wybrzeże skolonizowane przez Arabów. Od XVI wieku pod panowaniem Portugalczyków. W 1886 roku włączono kraj do posiadłości brytyjskich, a w 1920 roku utworzono kolonię. Od lat 40. trwały walki o niepodległość, w których zginęło 13 500 Afrykańczyków i 100 Europejczyków. Niezależność uzyskano w 1963 roku. Za kadencji pierwszego prezydenta, Jomo Kenyatty, Kenia stanowiła przykład bogactwa i stabilności”.

W grudniu 2007 roku wybory prezydenckie wygrał Mwai Kibaki, lecz opozycja uznała je za sfałszowane. Wybuchły zamieszki, zginęło kilka tysięcy ludzi. – Policja strzelała pod moim domem, miasto było sparaliżowane – mówi Sebastian, Polak spotkany w Mombasie.

Wioska Kogelo

Po drodze trzeba zmienić autobus w Nairobi. Stolica – jedyne w Kenii miejsce z wysokimi wieżowcami – jest największym miastem w kraju. Ok. 18 km na południe, u stóp gór Ngong miała swoją farmę, ogrody i niski kamienny domek Karen Blixen, autorka „Pożegnania z Afryką”.

Tymczasem na ulicach Nairobi ludzie cały czas fetują zwycięstwo Obamy. Na chodnikach straganiarze rozkładają świeże gazety. „Nowy świt w Ameryce” – mówią tytuły – „Pierwsza rodzina”, „Ameryko, nadchodzimy!”, „Zwycięstwo przynosi dumę kenijskiej diasporze”, „Ameryka głosuje na zmiany i nadzieję”.

Po południu docieramy do Kisumu – handlowe miasto nad Jeziorem Wiktorii, jest senne, rozgrzane od popołudniowego słońca, a powietrze jest wilgotne od parującego deszczu. Wszystkie drogi biegną w dół w stronę jeziora i przypominają ogromny bazar obudowany odrapaną, kolonialną architekturą. Miejscowi cały czas nas pozdrawiają – „Obama, Obama!”. Noc spędzamy w hotelu.

Wywiad z Magdaleną Piekorz

Widzowie są najważniejsi

"Suplement", nr 5/2008

Reżyserka Magdalena Piekorz, absolwentka i wykładowca Wydziału Radia i Telewizji UŚ, ponownie we współpracy z chorzowskim pisarzem Wojciechem Kuczokiem nakręciła swój drugi film fabularny. „Senność” to trzy historie o ludziach w emocjonalnym letargu. W rozmowie z „Suplementem” autorka opowiada o swoim nowym filmowym przebudzeniu.


fot. filmpolski.pl

Czy lubi pani oglądać filmy do późna w nocy, pijąc kawę za kawą?

Tak, kiedy byłam małą dziewczynką i rodzice zawozili mnie na weekendy do dziadków, czekałam, aż dziadkowie zasną i oglądałam nocne kino. Pamiętam filmy „Życie Kamila Kuranta”, „Zaklęte rewiry”, „Nóż w wodzie”. Wielu rzeczy nie rozumiałam, ale na pewno te filmy odcisnęły na mnie swoje piętno. Dzisiaj całe dnie spędzałabym w kinie. Kiedy przyjeżdżam do domu w Katowicach, nocami często siedzę z mamą i oglądamy na DVD film za filmem.

Kiedy scenarzysta Wojciech Kuczok zadzwonił do pani z propozycją filmu, powiedział, że byłaby to opowieść o ludziach, którzy przesypiają swoje życie. Pani, jak przyznaje w wywiadach, była w podobnej sytuacji, a ten film był przebudzeniem. Co miała pani na myśli?

Przez ostatnie cztery lata walczyłam o cztery kolejne projekty i traciłam już siły. Myślałam, że nie zrobię następnego filmu. Kiedy Wojtek Kuczok zadzwonił do mnie z propozycją zrobienia filmu o ludziach w stanie twórczej niemocy, pomyślałam, że i mnie to dotyczy. Chociaż u mnie ta niemoc wynikała raczej z przyczyn technicznych, bo nie potrafiłam znaleźć pieniędzy na kolejne filmy.

W 2004 roku za film „Pręgi” dostała pani prestiżową nagrodę Złote Lwy w Gdyni i miała problem ze zrealizowaniem aż czterech projektów?


Środowisko uznało chyba, że powinnam odetchnąć i dojrzeć do następnego filmu. Poza tym u nas traktuje się nagrody jako zwieńczenie pewnego etapu pracy, nie idą za nimi ani zainteresowanie producentów, ani większe możliwości. O każdy następny film trzeba walczyć od podstaw.

Miała pani wpływ na scenariusz, na podstawie którego Wojciech Kuczok napisał powieść. Książka i film są do siebie wyjątkowo podobne. Jaki miała pani udział w tworzeniu tych scenariuszowo-książkowych historii?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo nie czuję się scenarzystką. Każde zdanie napisane w scenariuszu jest Wojtka. Wymyślał historie na głos i razem się nad nimi zastanawialiśmy. Nie odważyłabym się napisać dialogu, a Wojtek ma do tego talent. Włączałam się w jego proces tworzenia jedynie wtedy, kiedy wydawało mi się, że pewne rzeczy są albo nieprzekładalne na język filmu, albo zbyt literackie. Wojtek często prowadzi historie w stronę smutnych zakończeń, a ja lubię zostawiać bohaterom światło. Myślę, że dopóki nie dojdziemy do sytuacji ostatecznych, zawsze jest szansa, żeby się odbić. Książka powstała w tym przypadku później niż scenariusz, właściwie na jego kanwie, ale była dla mnie odkrywcza, bo w filmie trójwątkowym nie ma miejsca dla dygresyjności, literatura jest dużo bardziej pojemna.

Krytycy nie zawsze są „Senności” przychylni. Za ten film dostała pani jednak nagrodę Złoty Klakier na festiwalu w Gdyni za najdłużej oklaskiwany film. Czy udało się nie zawieść publiczności?

Żebym mogła odpowiedzieć na to pytanie, musi upłynąć trochę czasu. Film jest w kinie dopiero dwa tygodnie. W niedzielę, zupełnie prywatnie, poszłam jednak na seans, bo byłam ciekawa, jak zwykła publiczność odbierze ten film. Była pełna sala, a ludzie fantastycznie reagowali. Spotkałam tam jednego z chłopaków, który zagrał w „Senności”. Kiedy mnie zobaczył, zaczął krzyczeć i zrobiło się zbiegowisko. Kilka osób podeszło i podziękowało. Mówili, że film się podobał. Cieszy mnie też Złoty Klakier, bo to nagroda publiczności, a dla niej przede wszystkim robi się filmy. Oczywiście przykro mi, że „Senność” nie została zauważona przez jurorów w Gdyni, ale analizuję każdą recenzję i staram się wyciągać wnioski. Nie lubię tylko złośliwej krytyki. Poza tym czas zweryfikuje wszystkie opinie.

Wywiad z zespołem Delons

Płyta po dziewiętnastu latach

Onet.pl, 30.03.2005

Za drzwiami słychać głośną muzykę. Po kilku minutach czekania na koniec piosenki pukam do drzwi. Wchodzę do ciasnej sali Młodzieżowego Domu Kultury w Mysłowicach. Tutaj muzycy zespołu Delons odbywają próby. Na spotkanie z wokalistą, Markiem "Dżałówą" Jałowieckim, przychodzę punktualnie. Po powitalnym uścisku dłoni oznajmia mi, że zaprawił się ostatnio w udzielaniu wywiadów. Strofując obecnych w pomieszczeniu kolegów słowami "Chłopaki, musicie być teraz cicho", daje mi do zrozumienia, że możemy zaczynać.


fot. Last.fm

Wasz debiut, album "Wersja z napisami", ukazał się kilka dni temu. Jak się czujesz?

Marek Jałowiecki: Bardzo się cieszę, bo spełniło się moje marzenie. Wyszła bezkompromisowa płyta zespołu, któremu wymyśliłem nazwę, gdzie piszę muzykę i słowa. Nic lepszego nie mogło mnie spotkać w tym roku.

Spodziewałeś się, że będziesz czekał 19 lat na nagranie i wydanie tej płyty?

Marek Jałowiecki: Kiedy dwa lata temu pojawił się pierwszy sygnał, że może się ukazać, będąc urodzonym sceptykiem, nie wierzyłem w to. Z czasem wydanie płyty stawało się coraz bardziej realne. Marzyłem o jej wydaniu, ale wcześniej się tego nie spodziewałem.

Może te lata były potrzebne?

Marek Jałowiecki: Z czasem bagaż doświadczeń nie tyle muzyka, ile słuchacza spowodował, że muzyka stawała się nam bliższa. Im bardziej profesjonalnie podchodziliśmy do grania, tym większych nabierała rumieńców. Duża zasługa w tym gitarzysty Wojtka Wołyniaka. Ta płyta jednak nie wyszłaby bez wpływu Przemka Myszora [gitarzysta oraz klawiszowiec Delons i Myslovitz] oraz Maćka Pilarczyka, naszego managera. Interesując się muzyką alternatywną od wielu lat jestem w stanie stwierdzić, że nawet Generał Stilwell mógł wydać płytę.

A gdyby tak się stało?

Marek Jałowiecki: W tamtym czasie wydał płytę warszawski zespół Fotoness, który odszedł od stylistyki punkowej na rzecz indie rocka, indie popu, muzyki gitarowej. Ta płyta przeszła do historii, była opisywana, ale teraz nikt o niej nie pamięta. Być może bylibyśmy zespołem, o którym dzisiaj pamiętaliby jedynie ludzie słuchający podobnej muzyki. Nie sądzę, że dokonalibyśmy przewrotu.

Paweł Jankowski, gitara basowa: Myślę, że gdybyśmy mieszkali w innym kraju, tę płytę mielibyśmy dużo wcześniej. Gdybyśmy żyli w normalnym kraju, mielibyśmy większe możliwości.

To znaczy?

Marek Jałowiecki: To znaczy w normalnym kraju pod względem przemysłu muzycznego, gdzie mielibyśmy do dyspozycji sieć niezależnych wytwórni, dobrą, liczną i fachową prasę muzyczną. W muzyce codziennie coś się dzieje, a w Polsce nie ma świeżości informacji. Gazeta "Teraz Rock" opisuje tylko zespoły, które są na wierzchu, recenzuje płyty z półrocznym poślizgiem. Nie każdy potrafi dotrzeć do nowości, przeważnie przez internet, gdzie są one opisane w języku angielskim. Nie ma dobrego, alternatywnego radia. Kiedyś Trójka prezentowała poziom, a teraz jej najciekawsze autorskie audycje są w nocy. Wiele polskich zespołów nie jest prezentowanych w radiu. Nie wiem, jak będzie z nami.

Idąc tym tropem, czy Generał Stilwell nie był zespołem przełomowym, pierwszym grającym muzykę gitarową w Polsce?

Marek Jałowiecki: Dokonalibyśmy przełomu, gdyby ludzie, którzy chodzili wtedy na nasze koncerty i słuchali naszej muzyki, byli świadomi, czego słuchają. W 1986 r. ludzie w Mysłowicach znali tylko gitarowe zespoły ze szczytów, jak np. The Cure i nie kochali zespołów, na których my się wzorowaliśmy. Nie było w stanie wykształcić się specyficzne gitarowe środowisko, tak jak to miało miejsce w Wielkiej Brytanii.

11 kwietnia 2010

Wywiad z Bartkiem Konopką i Weroniką Bilską

Piękne zdjęcia do „Brzydkich słów”

"Suplement", nr 01/2010

Studentka V roku realizacji obrazu filmowego Wydziału Radia i Telewizji UŚ, Weronika Bilska (26 lat), za zdjęcia do filmu „Brzydkie słowa” w reżyserii Marcina Maziarzewskiego, na zakończonym w Łodzi Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych Plus Camerimage 2009 otrzymała Złotą Kijankę w Konkursie Etiud Studenckich oraz Nagrodę Stowarzyszenia Filmowców Polskich.


Weronika Bilska

fot. archiwum Weroniki Bilskiej

Jakie nowe doświadczenia towarzyszyły ci przy pracy nad „Brzydkimi słowami”?

Nowym doświadczeniem przy realizacji był przede wszystkim temat, w którym główna postać zmaga się z dość uciążliwą przypadłością, czyli zespołem Tourette'a. Wyzwaniem było opracowanie takiej koncepcji formalnej filmu, żeby nie udziwniać dodatkowo świata bohatera. Dlatego zdecydowaliśmy się na bardzo prosty sposób opowiedzenia tej historii.

Przeklinasz na planie?

Zdarza mi się pod nosem, od czasu do czasu.

Najpierw interesowałaś się fotografią. Niewiele kobiet zajmuje się operatorstwem. Skąd ten wybór?

Wybór operatorki wziął się z tego, że moje zainteresowanie fotografią w dość naturalny sposób przeszło w zainteresowanie filmem, a następnie samą pracę z kamerą. Fotografia przestała mi bowiem wystarczać.

Dlaczego zdecydowałaś się na studia w Katowicach, a nie w Łodzi?

Studia w Katowicach wybrałam, ponieważ system nauczania, o którym słyszałam, pasował mi bardziej niż zasady w łódzkiej filmówce. I swojego wyboru nie żałuję, mimo różnych trudnych momentów, z którymi w czasie studiów musiałam się zmierzyć. I dalej się zmagam.

Sfotografowany przez Weronikę Bilską film powinien być...

Poruszający, czyli taki, który coś w widzu uruchamia.

Nad czym aktualnie pracujesz?

Kończę zdjęcia do dokumentu i przygotowuję się do pracy nad paroma projektami.

BK

„Królik po berlińsku”. Film przyrodniczy o socjalizmie

"Suplement", nr 01/2010

Bartek Konopka – 37 lat, absolwent Wydziału Radia i Telewizji UŚ – został nominowany do Oskara w kategorii najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny. To pierwsza nominacja do tej nagrody dla absolwenta katowickiej filmówki.


Bartek Konopka

fot. archiwum Bartka Konopki

Do gali zostało 15 dni. Czy bilet do Los Angeles już kupiony?


Nie. Czekam do ostatniej chwili, bo tak naprawdę bardziej wyczekuję drugiego dziecka, które ma nam się narodzić w tym samym czasie. W końcu to dopiero pierwsza nominacja.

Artystyczne dokumenty to nie jest w Polsce popularny gatunek. Dlaczego zdecydował się pan na opowiedzenie historii o berlińskim murze i to w dodatku ze zwierzętami w roli głównej?

Robię dokumenty i reportaże od 13 lat. Zrobiłem kilkanaście półgodzinnych filmów, dwa godzinne. Znudziły mi się tradycyjne formy. Uważam, że dokument paradoksalnie daje większą swobodę twórczą niż fabuła. Nie ma ograniczeń budżetu, konwencji, aktorów. Długo czekałem na zrobienie czegoś oryginalnego i zaskakującego. To najbardziej lubię w kinie.

Mówi pan, że to film o socjalizmie jako zjawisku przyrodniczym. Co ma pan na myśli?

Inaczej – film przyrodniczy o socjalizmie. Przyglądamy się pod lupą królikom doświadczalnym, jakimi byliśmy w PRL-u, NRD, Czechosłowacji itd. Ta epoka jest coraz bardziej odległa. Można pozwalać sobie na coraz większy nawias w opowiadaniu o niej. Nie było dotąd takiego dokumentu o murze. Tego typu odwilż zaczęła się w fabule niemieckiej – „Good Bye Lenin!”, „Słoneczna Aleja” – ale nie w dokumencie. Tym bardziej miło nam, że polskimi łapkami zrobiliśmy wyłom w tej dziedzinie.

Jesienią ruszyły zdjęcia do pańskiego debiutu fabularnego „Lęk wysokości”. Jaką historię chce pan opowiedzieć tym razem?

To jest zupełnie inna bajka. Osobisty, intymny film. Opowieść o spotkaniu normalności z szaleństwem. Historia reportera telewizyjnego, któremu chory psychicznie ojciec zakłóca karierę, za pośrednictwem telewizji i telewizorów. Premiera na jesieni.

Uniwersytet Śląski to dla pana...

Odskocznia w świat wyobraźni i przeżyć artystycznych. Tam, na WRiTV, zaczęła się moja głębsza przygoda z filmem. Zaczęło się eksperymentowanie, od pierwszego ćwiczenia. Miałem też świetny rok i inspirujących mistrzów.

BK